Reklama

Reklama

Andrzej Seremet zeznaje przed komisją śledczą ds. Amber Gold

"Istotą nieudolności" śledztwa ws. Amber Gold w Prokuraturze Rejonowej w Gdańsku-Wrzeszczu było to, że nie było nad nim należytego, właściwego nadzoru - ocenił b. prokurator generalny Andrzej Seremet, który w czwartek zeznaje przed sejmową komisją śledczą ds. Amber Gold. "Premier Donald Tusk był "mocno poirytowany" na spotkaniu w 2012 r. w sprawie Amber Gold, krytycznie wyrażał się o działalności służb, w tym także prokuratury" - zeznał Andrzej Seremet.

Jak jednocześnie przypomniał na początku zeznań w ramach tzw. swobodnej wypowiedzi, ówczesny regulamin wewnętrznego funkcjonowania prokuratury de facto zakazywał prokuratorowi generalnemu obejmowania nadzorem innych postępowań niż te, które toczyły się w prokuraturze apelacyjnej, czyli szczebel niżej.

Reklama

"Nadzór był bowiem usytuowany na zasadzie nadzoru dwuszczeblowego, czyli mógł być wykonywany przez prokuraturę okręgową wobec rejonowej, apelacyjną wobec okręgowej i generalną wobec apelacyjnej. Stąd też możliwości wykonywania czynności nadzorczych przez prokuratora generalnego w odniesieniu do sprawy takiej jak ta, która toczyła się w prokuraturze rejonowej w Gdańsku-Wrzeszczu był niemożliwy" - wyjaśnił Seremet.

"Sądzę, że oczekiwania, które miałyby jakiś posmak sensacyjny, jeśli chodzi o treść moich zeznań, z całą pewnością nie zostaną spełnione" - powiedział. Dodał, że "tu żadnych sensacji przy działalności mojej czy prokuratury nie ma, oprócz tych faktów, które były już opinii publicznej i komisji także znane".

Seremet wskazał, że w okresie, którego dotyczą prace komisji, obowiązywała zasada niezależności prokuratora prowadzącego określone postępowanie. Mówił, że "stanowiła ona odpowiedź na zbyt rygorystyczne i ścisłe kierowanie prokuraturą". 

Seremet powiedział, że jeśli by przyjąć, że ta zasada oznacza, iż decyzja prokuratora mogła być zmieniona wyłącznie przez bezpośredniego przełożonego, to uważał on, że "nie jest to do końca trafne i właściwe" i dlatego domagał się przez całą swą kadencję zmiany tych zasad.Świadek przyznał, że był za to krytykowany. "Przypisywano mi złe intencje, intencje zmierzające do tego, by poszerzyć swoje imperium kosztem niezależności prokuratorów" - opisywał. 

"To ja miałem odpowiadać za konkretne błędy prokuratury w sytuacji, kiedy nie miałem żadnych narzędzi do tego, żeby wpływać na tok tego śledztwa" - dodał. "Nie jest tajemnicą (...) że między innymi istotą nieudolności tamtejszego postępowania w Prokuraturze Rejonowej w Gdańsku-Wrzeszczu było to, że nie było należytego, właściwego nadzoru" - oświadczył. 

Dodał, że o ten nadzór dopominał się ówczesny szef KNF w piśmie do prokuratury z 2011 r. "Tego nadzoru nie było nawet w sposób formalny, mimo że zapewniono, że ten nadzór został wdrożony" - mówił Seremet.

Spotkanie z Donaldem Tuskiem

Andrzej Seremet powiedział przed komisją śledczą, że o sprawie Amber Gold rozmawiał z ówczesnym premierem Donaldem Tuskiem, gdy stała się ona już głośna. W okresie wakacyjnym 2012 r. rozmawiał o tej sprawie także z ówczesnym szefem KNF Andrzejem Jakubiakiem.

"Rozmawiałem oczywiście z premierem Donaldem Tuskiem, wtedy kiedy sprawa stała się już głośna" - powiedział w czwartek Seremet, odpowiadając na pytanie przewodniczącej komisji. Dodał, że było to chyba przed jego wystąpieniem sejmowym ws. Amber Gold, co miało miejsce 30 sierpnia 2012. "Wygłosiłem je przerywając urlop, to był sierpień" - dodał Seremet. "Chyba także w okresie wakacyjnym miałem spotkanie z panem premierem" - oświadczył Seremet. Dodał, że było to "pewnie po wybuchu afery".

Zeznał też, że z Jakubiakiem "rozmawiał wielokrotnie, także przy okazji spotkania u premiera Tuska". Było to "w okresie wakacyjnym, już po wybuchu afery" - dodał. Powiedział, że chyba z nim nie rozmawiał o Amber Gold przed wybuchem afery. "Nasze spotkania zintensyfikowały się po wybuchu afery, dlatego że przygotowaliśmy program szkoleń, opracowaliśmy pewną metodykę działań; uznaliśmy np., że wszystkie pisma KNF trafiają do mnie osobiście w zakresie zawiadomień" - powiedział b. prokurator generalny.

Seremet nie pamiętał zaś, by rozmawiał z ówczesnym prezesem NBP Markiem Belką, który - jak mówiła Małgorzata Wassermann - powiedział, że już wcześniej informował Seremeta, "że to jest afera i będzie problem". "Wydaje mi się, że z nim nie rozmawiałem" - powiedział b. szef prokuratury.

Seremet potwierdził, że interesował się postępowaniami dyscyplinarnymi wobec prokuratorów mających do czynienia ze sprawą Amber Gold i chciał wiedzieć, jakie mogą być efekty działań rzecznika dyscyplinarnego. Na pytanie, co zrobił z informacjami od rzecznika, że "zarzuty nie rokują na uwzględnienie", Seremet odparł: "Na pewno dyskutowaliśmy". "Co do niektórych zarzutów przyznawałem mu rację w tym sensie, że możliwość postawienia dobrych, trafnych zarzutów, które mogłyby skutkować uwzględnieniem zarzutów w sądzie, jest dosyć trudna" - oświadczył b. prokurator generalny.

Odpowiadając na pytanie Andżeliki Możdżanowskiej (PSL), ile razy spotkał się z Tuskiem ws. Amber Gold, Seremet odpowiedział, że jakieś trzy razy. "Rozmawialiśmy przede wszystkim, kiedy pan premier zaprosił mnie na spotkanie z udziałem kilku ministrów, którego przedmiotem była konieczność zaradzenia takim wydarzeniom w przyszłości" - powiedział. 

"Premier był lekko, a może mocno, poirytowany tym, co się stało; krytycznie wyrażał się o działalności różnych służb, w tym także prokuratury" - dodał Seremet. 

Podkreślił, że Tusk dążył to tego, by przyjąć metody lub zmianę prawa, aby skutecznie walczyć z piramidami finansowymi.Na pytanie posłanki, czy była wtedy mowa o zatrudnieniu syna Tuska w należących do Amber Gold liniach lotniczych OLT Express, Seremet odparł: "Nie rozmawialiśmy o tym". "Z innych spotkań wiem, że premier opowiadał, że nie miał z tym nic wspólnego" - dodał.

Według Seremeta, kilka razy po tym spotkaniu jego zastępca odbywał spotkania w Komitecie Stabilności Finansowej ws. możliwych rozwiązań. Dodał, że efektem tych spotkań było m.in. żądanie Tuska przedstawienia mu analizy nt. przestępczości gospodarczej za kilka ubiegłych lat. "Taki raport sporządziliśmy i przedstawiliśmy premierowi" - dodał Seremet.

Kwestia odpowiedzialności dyscyplinarnej

Seremet przyznał, że w kwestii prokuratorskich postępowań dyscyplinarnych za jego kadencji zachodziła konieczność "zreformowania stanu wówczas istniejącego". "To leżało mi na sercu i stanowiło dla mnie niezwykle istotne zagadnienie, być może związane z moją przeszłością jako rzecznika dyscyplinarnego w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie" - mówił.

"Ta sprawa nie została rozwiązana za czasów mojej kadencji, mimo że przedstawiałem propozycje gotowe, z którymi wykonałem peregrynacje po wszystkich klubach Sejmu poprzedniej kadencji, albo jeszcze poprzedniej. Właściwie prawie żaden z klubów nie był zainteresowany" - powiedział były szef prokuratury.

Jak dodał, brak takich zmian miał ten skutek, że istniało oczekiwanie, aby prokuratorzy odpowiadali za błędy karnie z przepisu o przekroczeniu uprawnień lub niedopełnieniu obowiązków. "To jest przepis, który jest 'bronią atomową' przeciwko prokuratorom i wszystkim funkcjonariuszom publicznym" - powiedział. Przyznał, że zawsze był bardzo sceptyczny wobec takiej odpowiedzialności prokuratorów, bo "prokurator, któremu będzie grozić to niebezpieczeństwo, będzie wolał nic nie robić".

"Ale zgodzę się z tym, że istnieje pewnego rodzaju luka pomiędzy odpowiedzialnością dyscyplinarną (...), a odpowiedzialnością za sposób prowadzenia sprawy" - wskazał Seremet. Dodał, że m.in. sprawa Amber Gold i prokuratorskich "dyscyplinarek" na jej kanwie uwidoczniła te braki.

Szefowa komisji śledczej Małgorzata Wassermann (PiS), odnosząc się do tych wątków, stwierdziła m.in., że ówczesna władza, która miała możliwość przyznania Seremetowi jako szefowi prokuratury kompetencji, "tego nie robiła". "To był wedle mnie celowy zamysł, aby tak wyglądała prokuratura, która w tym momencie została takim chłopcem do bicia, a w praktyce funkcjonowała zupełnie inaczej" - dodała.

Wassermann nie zgodziła się, że prokurator popełniając błędy w prowadzeniu postępowania "wpadał w pewną lukę" pomiędzy postępowaniem dyscyplinarnym a odpowiedzialnością z art. 231 Kodeksu karnego, mówiącym o odpowiedzialności funkcjonariusza publicznego za przekroczenie uprawnień lub niedopełnienie obowiązków.

Podkreśliła, że "każdy, kto pracuje, popełnia błędy", ale "jest pytanie o ilość i o sumę tych błędów, bo to, że ktoś czegoś zapomni, nie zrobi, zrobi mniej dokładnie, było dużo pracy - to jest naturalne, może się zdarzyć".

"Tylko wie pan, ilość błędów i zaniechań w tym postępowaniu (ws. Amber Gold), których dopuścił się referent, jakość nadzoru (...), reakcja prokuratury okręgowej oraz ten rzekomy nadzór, który miał być, a którego nigdy nie było - taka ilość błędów tak rażących, że trudno tu mówić, że nie było pola, żeby wyciągnąć z tego konsekwencji" - powiedziała.

Nawiązując do postępowań dyscyplinarnych wobec czworga prokuratorów z Gdańska w związku ze sprawą Amber Gold (zostali oni uwolnieni od zarzutów) stwierdziła, że "czysto po ludzku w głowie się nie mieści, jakie są wyroki w obliczu tego, co tutaj dzień po dniu ujawnia komisja".  

Sprawa pisma KNF

Gdyby pismo przewodniczącego KNF trafiło do mnie bezpośrednio, sprawa mogłaby wyglądać podobnie, gdyż gdańska prokuratura okręgowa zapewniała, że sprawę Amber Gold objęła nadzorem - oświadczył były prokurator generalny Andrzej Seremet w czwartek przed komisją śledczą.

Chodzi o pismo z końca listopada 2011 r., które przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Andrzej Jakubiak wysłał do Seremeta. Zawierało ono krytyczne uwagi na temat postępowania ws. Amber Gold. Pismo to nie trafiło jednak do Seremeta - zostało przekazane do departamentu postępowania przygotowawczego PG, który skierował je do zastępcy prokuratora apelacyjnego w Gdańsku, a stamtąd trafiło do gdańskiej prokuratury okręgowej.

W czwartek o losy tego dokumentu pytała Seremeta posłanka PiS Joanna Kopcińska. "Czy takie pismo do pana dotarło? Jaki był sposób postępowania z tego typu pismami?" - dociekała.

"To pismo nie dotarło do mnie. Zostało ono zadekretowane przez zastępcę dyrektora biura PG wprost na dyrektora biura departamentu postępowania przygotowawczego i przesłane do prokuratury apelacyjnej" - odparł b. szef PG.

Seremet tłumaczył, że w PG nie było obowiązku przedstawiania mu wszystkich pism, które wpływały do tej prokuratury, bo "to było fizycznie niemożliwe". "To pismo trafiło do komórki, do której powinno trafić, czyli departamentu postępowania przygotowawczego" - zaznaczył.

Ocenił też, że gdyby to pismo trafiło do niego bezpośrednio na biurko, to "myślę, że ono wywołałoby zainteresowanie z mojej strony".

Zaznaczył jednak, że wiele by to nie zmieniło w sprawie, gdyż w konsekwencji pisma "stało się tak, jak chciał tego skarżący", czyli KNF. Seremet tłumaczył, że gdańska prokuratura okręgowa w swojej odpowiedzi na to pismo zapewniała, że sprawa Amber Gold została odwieszona i objęta nadzorem. "Nie została ona de facto objęta nadzorem, ale zapewniono, że została ona objęta nadzorem" - mówił.

"Wobec czego, gdyby to pismo trafiło do mnie i gdyby zapewniono mnie, że sprawę tę objęto nadzorem, że sprawa ma swój bieg, tak jak prokuratura okręgowa zapewniała, to stałoby się tak, jak się stało. Żadnej różnicy by nie było" - ocenił.

Kopcińska dopytywała, czy pismo nie było zbyt długo analizowane w PG, gdyż - jak wskazywała - wpłynęło ono do PG 28 listopada, a do prokuratury apelacyjnej zostało skierowane 7 grudnia.

"Nie podzielam takich opinii, że pismo było długo procedowane (...) Prokuratorzy mają także bieżące zajęcia, więc sądzę, że to pismo było procedowane według właściwej kolejności" - stwierdził. 

Rozmowa z Bondarykiem

Tomasz Rzymkowski (Kukiz'15) pytał, kiedy Seremet dowiedział się o sprawie Amber Gold. B. prokurator generalny odpowiedział, że przypomina sobie rozmowę z szefem ABW gen. Krzysztowem Bondarykiem na ten temat.

"To jest ten moment, który mogę ze swojej pamięci wydobyć" - zaznaczył, choć przyznał, że, jak mu się wydaje, wcześniej, wiosną 2012 r., mógł zetknąć się z publikacjami nt. Amber Gold.

"Przedmiotem naszej rozmowy było to, że prezes Amber Gold używał jakichś pism ABW, które uznano potem za fałszywki" - powiedział Seremet.

Były prokurator generalny przyznawał też, że problemy w prokuraturze z takimi sprawami jak Amber Gold wiązały się z m.in. tym, że "istnieje obawa przed wkroczeniem prokuratora na zasadzie kategorycznej, by nie został posadzony o zakłócenie działalności spółki". "Uważano, że prokurator utrudnia działalność przedsiębiorcom, to się przekładało na decyzje podejmowane przez prokuratorów" - mówił Seremet.

Na uwagę szefowej komisji Małgorzaty Wassermann (PiS), że prokurator może prowadzić czynności bez "wchodzenia" do spółki, np. przez kontrolę w urzędach kontroli skarbowej, odpowiedział: "Mówię o atmosferze, która jakoś się prokuratorom udzielała, natomiast to nie tłumaczy zaniechań prokuratorów".

Był on także pytany, czy jest zadowolony z działalności swojego rzecznika dyscyplinarnego Jacka Radoniewicza, skoro nikt z prokuratury z Gdańska, którzy mieli do czynienia ze sprawą Amber Gold, nie poniósł konsekwencji dyscyplinarnych.

Odpowiedział, że z działalności rzecznika jest zadowolony, a natomiast "inną sprawą" jest działalność sądów dyscyplinarnych. Sądy te, jak dodał, podchodziły czasami "w sposób zbyt restryktywny" do zarzutów rzeczników. "W przypadku jednej z tych spraw (dot. Amber Gold) wynik postępowania dyscyplinarnego budzi moje poważne zastrzeżenia" - podkreślał.

Postępowania dyscyplinarne miało czworo prokuratorów: Barbara Kijanko, która była prokuratorem referentem sprawy Amber Gold w Prokuraturze Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz; Witold Niesiołowski, który był szefem tej prokuratury do lutego 2011 r.; Marzanna Majstrowicz, była następczynią Niesiołowskiego i kierowała tą prokuraturą do września 2012 r. oraz Hanna Borkowska, która w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku odpowiadała za nadzór nad Prokuraturą Rejonową we Wrzeszczu. Ostatecznie przed sądem dyscyplinarnym prokuratorzy zostali uwolnieni od zarzutów. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje