Reklama

Reklama

Amber Gold. Były funkcjonariusz KWP: To moja największa porażka

"Sprawa Amber Gold to największa porażka mojej pracy w policji; nie wiem czy moja podwładna Anna Fołta-Nowacka nie dopełniła obowiązków, ale wiem, że ona się starała" - mówił we wtorek przed komisją śledczą były funkcjonariusz KWP w Gdańsku Maciej Zajda.

Zajda, który w latach 2007-2012 był naczelnikiem wydziału do walki z przestępczością gospodarczą w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, odpowiadając na pytania przewodniczącej komisji Małgorzaty Wassermann (PiS), podkreślił, że pamięta sprawę operacyjną "Bursztyn" dot. Amber Gold. Sprawę tę prowadziła jego ówczesna podwładna, obecnie była funkcjonariuszka KWP w Gdańsku Anna Fołta-Nowacka, która zeznawała przed komisja śledczą wcześniej we wtorek.

Początek sprawy Amber Gold

Z wypowiedzi, jakie padły podczas przesłuchania Fołty-Nowackiej wynika, że sprawa "Bursztyn" rozpoczęła się latem 2010 r. po tym, jak pozyskała informację o Amber Gold od "źródła osobowego" i zakończona została w pierwszych dniach stycznia 2012 r.

Reklama

Jak zeznał Zajda, Fołta-Nowacka przyszła do niego z propozycją zamknięcia postępowania sprawdzającego. "Przyszła z propozycją, żeby to zamknąć, że ona już tam nic więcej w tej sprawie nie jest w stanie zrobić" - podkreślił.

Amber Gold powstała na początku 2009 r. i miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji. 13 sierpnia 2012 r. ogłosiła likwidację; tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich. Według ustaleń w latach 2009-2012 w ramach tzw. piramidy finansowej firma oszukała w sumie niemal 19 tys. swoich klientów, doprowadzając do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł.

Zajda w czasie przesłuchania nie pamiętał, kiedy usłyszał pierwszy raz o szefie Amber Gold Marcinie P. Jak mówił nie jest z Gdańska i wcześniej pracował "gdzieś indziej". 

Dodał, że sprawa "Bursztyn" została zarejestrowana na podstawie jednostkowej informacji, którą przyniosła funkcjonariuszka policji, dotyczącej nieprawidłowości przy tworzeniu instytucji finansowej o nazwie Amber Gold. 

Kompromitująca teczka

Świadek zeznał też, że przeglądał teczkę sprawy "Bursztyn". "Nie było tam zbyt dużo czynności, jakieś analizy, sprawdzenia, tak mi się wydaje (...). Cały czas funkcjonariuszka mówiła mi, że ma brak całkowitego dotarcia operacyjnego do tego, aby pogłębić tę wiedzę" - zeznał Zajda.

Podczas przesłuchania Wassermann wręczając teczkę operacyjną tej sprawy zwracała uwagę, że znajdują się w niej wydruki np. z KRS z niepełnymi danymi dotyczącymi np. podniesienia kapitału zakładowego Amber Gold, czy też brak jest tam dokumentów dotyczących sprawozdania finansowego spółki.

"Przejrzał pan tę teczkę, czy pan jest w stanie wskazać jak informacja, która do państwa przyszła została zweryfikowana?" - pytała szefowa komisji. "Nie jestem w stanie" - odparł Zajda.

"Mówiąc wprost, czy w tej teczce są jakieś ślady lub przejawy tego, że ta informacja została zweryfikowana?" - pytała szefowa komisji. "Nie widać" - odpowiedział Zajda. "To jak pan zatwierdzał to do zamknięcia?" - dopytywała Wassermann, ale nie uzyskała odpowiedzi.

Szefowa komisji pytała też co powinien zrobić Zajda będąc przełożonym Fołtyn-Nowackiej, jeśli ta nie podjęła żadnych działań podczas postępowania. "Dlaczego pan nic nie zrobił w tej sprawie?" - pytała. "Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie" - odparł.

"To jest największa porażka mojej pracy w policji" - przyznał.

Wassermann zapytała więc, czy Fołta-Nowacka nie dopełniła swoich obowiązków prowadząc postępowanie ws. Amber Gold. "Nie wiem. Wiem, że się starała" - odpowiedział świadek, co wywołało śmiech komisji.

Świadek pytany czy kiedykolwiek jego przełożeni sygnalizowali, że jego wydział popełnił fatalny błąd w skutkach, jeśli chodzi o sprawę "Bursztyn" stwierdził: "nikt mi tego nie wytykał". "A czy to postępowanie było prowadzone w pana ocenie prawidłowo?" - pytał Jarosław Krajewski (PiS). "Nie do końca" - odpowiedział Zajda.

"Dowiedziałem się z gazety"

Witold Zembaczyński (Nowoczesna) pytał, czy świadek wiedział, że Amber Gold jest na liście ostrzeżeń Komisji Nadzoru Finansowego. "Z gazety się dowiedziałem" - odpowiedział Zajda. Pytany, czy to nie wynikało z teczki sprawy, odparł, że nie. Marek Suski (PiS) zwrócił uwagę, że w teczce sprawy wyraźnie było napisane o Marcinie P. "oszust, wielokrotnie skazany, prowadzi nielegalnie działalność". "Ale oprócz tego wiedziałem też z mediów" - powiedział świadek.

Zembaczyński zapytał wówczas, czy profesjonalny wydział walki z przestępczością gospodarczą pozyskuje informacje z Google i z mediów. "To jest warsztat waszej pracy, czy ta policjantka w ogóle była przygotowana merytorycznie do prowadzenia takiej sprawy?" - pytał poseł Nowoczesnej. "Uważam, że tak, co najmniej od kilku lat jeździła na wszelkiego rodzaju organizowane konferencje dot. przestępczości bankowej" - mówił Zajda.

Odpowiadając na kolejne pytania, Zajda podkreślił, że widział reklamy Amber Gold i wzbudzało to jego zainteresowanie tak, że przeglądał na stronie internetowej ofertę Amber Gold. "Co mnie zaciekawiło, co można powiedzieć uwiarygodniło w tamtym okresie tę firmę, było to, że gros pionu zarządzającego Amber Gold, czyli dyrektorzy poszczególnych działów, pionów, to byli fachowcy z kilkunastoletnim stażem pracy w różnych bankach na terenie Polski" - powiedział świadek.

Pytany skąd miał tę wiedzę, odparł, że ze strony Amber Gold. Świadek podkreślił, że nie jest w stanie powiedzieć, w którym roku widział tę listę. Członkowie komisji wskazywali świadkowi, że taka lista była dopiero w lipcu 2012 r. "Przede wszystkim w 2010 r. części tych pracowników nie było, większej części" - zwróciła uwagę posłanka Wassermann.

"Układ gdański"

Zembaczyński spytał, czy działo się coś złego w gdańskiej komendzie policji i czy słyszał o układzie gdańskim. "Nie, nie słyszałem o układzie gdańskim" - odparł Zajda. Zapewniał też że nikt "nie hamował sprawy Amber Gold".

Zajda powiedział, że po zamknięciu sprawy "Bursztyn" 5 stycznia 2012 r. dopiero w lutym bądź marcu dowiedział się, że gdańska Komenda Miejska Policji również prowadziła postępowanie w sprawie Amber Gold (dochodzenie takie podjęto w maju 2010 r. - PAP). Świadek poinformował jednocześnie, że pomimo ciągłych kontaktów z komendą miejską nikt nie informował go, że prowadzi ona postepowanie ws. Amber Gold.

Pytany przez komisję czy sprawą Amber Gold próbował zainteresować inne instytucje Zajda przyznał, że już po zamknięciu tej sprawy, która "cały czas mnie nękała" rozmawiał z szefem delegatury ABW. Ta rozmowa - zeznał - miała miejsce ok. lutego 2012 r. "Zainteresowanie od razu było takie, że po kilku dniach panowie z ABW wystąpili z wnioskiem o przeglądnięcie teczki (operacyjnej)" - powiedział. Jak dodał, później nie miał kontaktów z ABW ws. Amber Gold.

"Czy oni mieli już wtedy wiedzę na temat Amber Gold?" - dopytywał Zembaczyński. "Na pewno tak" - odparł świadek zaznaczając, że nie wie jaka to była wiedza. Przyznał, że w czasie trwania operacji "Bursztyn" nie kontaktował się z prokuraturą ws. Amber Gold.

Zajda przyznał też, że KWP nie kontaktowała się z KNF. "Nie sugerowałem takiego kontaktu z jednego banalnego powodu. Wcześniej mieliśmy próby nawiązywania kontaktów operacyjnych z KNF w innych sprawach i odbijaliśmy się, nie byliśmy partnerem dla KNF" - tłumaczył.

Dodał, że nie kontaktowano się również z ówczesnym resortem gospodarki. Amber Gold podawał na początku swojej działalności, że prowadzi działalność składową podlegającą właśnie pod ministerstwo gospodarki. "To mógł być błąd, bo jeśli byśmy się zwrócili, to może otrzymalibyśmy jakieś informacje" - ocenił świadek.

Pytany przez Marka Suskiego czy KWP zgłaszało się do BGŻ, czy przechowuje złoto Amber Gold na pokrycie lokat świadek stwierdził, że bank nie odpowiedziałby na to pytanie zasłaniając się tajemnicą bankową. "Nie raz, w innych sprawach, zwracaliśmy się do BGŻ i zawsze była odpowiedź - tajemnica bankowa" - tłumaczył.

Krzysztof Brejza (PO) pytał, czy zdaniem świadka za Marcinem P. i Amber Gold mógł ktoś stać. "Biorąc pod uwagę jego przeszłość kryminalną i rozmach z jakim to rozwinął, to te dwie rzeczy mi nie pasują" - odpowiedział Zajda.

"Wyobraźmy sobie abstrakcyjną sytuację, że jest ten "Wielki Szu", który trzyma pieczę nad miastem i nagle mu wyrasta mały robaczek, który zaczyna się rozrastać i zagrażać różnym interesom. Nie wierzę, że ten "Wielki Szu" nie wie o tym małym robaczku" - dodał.

"A kto był tym Wielkim Szu?" - pytał Brejza. "Właśnie nie wiem" - odpowiedział Zajda.

"Dla mnie to jest niewyobrażalne (...), jeżeli Marcin P. zebrał ok. 850 mln zł, z czego 300 mln wrzucił w linie lotnicze i niech będzie 100 mln na pomoc charytatywną, to zostaje jeszcze 400 mln. Może mają państwo wyobraźnię, jak w półtora - dwa lata wydać te 400 mln. Ja myślę, że te pieniądze nie są wydane" - stwierdził Zajda.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy