Reklama

Reklama

Katastrofa Airbusa w Alpach

Francuscy eksperci wątpią w doniesienia "New York Timesa"

Francuscy eksperci lotniczy nie kryją wątpliwości w sprawie rewelacji podanych przez New York Times. Amerykański dziennik napisał, że tuż przed katastrofą Airbusa w Alpach jeden z pilotów wyszedł z kabiny i mimo prób nie mógł już do niej wrócić.

Najpierw wielka niedowierzanie, później znaki zapytania i próby wytłumaczenia tego, co się mogło stać w samolocie - takiej ewolucji ulega zmiana niezależnych ekspertów. Członkowie ekipy z biura dochodzeniowego wciąż odmawiają potwierdzenia rewelacji podanych przez amerykański dziennik. Eksperci francuscy podkreślają, że taka możliwość istnieje. Piloci mają specjalne kody umożliwiające im wejście do kokpitu. Zainstalowane jest to po to, aby nie wtargnęła tam osoba postronna. Osoba wtajemniczona nie może skorzystać z kodu tylko wtedy, gdy pilot lub drugi pilot będący w środku kabiny ręcznie zablokuje wejście. Tak mogło być tym razem, ale wtedy otwiera się pole do działania nie tylko dla ekspertów lotniczych, ale i dla psychologów stawiających pytania o motywacje pilota. Nie wyklucza się tendencji samobójczych, mimo że osoby za sterami samolotów przechodzą regularne badania medyczne i psychologiczne. 

Reklama

Rzecznik Lufthansy, spółki-matki tanich linii Germanwings, powiedział, że przewoźnik wie o artykule w "NYT". Ale "nie mamy - jak zastrzegł - informacji od władz, które potwierdzałyby te doniesienia i potrzebujemy więcej danych. Nie będziemy uczestniczyć w spekulowaniu na temat przyczyn katastrofy".

Francuskim śledczym, badającym przyczyny katastrofy, udało się odzyskać część danych z jednej czarnej skrzynki. Urządzenie CVR, czyli Cockpit Voice Recorder, zapisuje wszystkie dźwięki z czterech mikrofonów w kokpicie - rozmowy pilotów między sobą oraz z wieżą kontroli lotów, a także wszystkie inne dźwięki i alarmy, które rozlegają się kabinie.

Trwa poszukiwanie drugiej czarnej skrzynki maszyny, czyli rejestratora parametrów lotu (urządzenie FDR, Flight Data Recorder). W środę znaleziono jego obudowę, ale bez zawartości.

Komisja ds. katastrof lotniczych (BEA) zastrzegła, że jest za wcześnie, by podawać przyczyny tragedii, w której zginęło 150 osób. Śledczy nie wiedzą m.in., dlaczego piloci nie reagowali na próby nawiązania z nimi kontaktu przez kontrolerów lotu.

Szef BEA zastrzegł, że śledczy nie wykluczają żadnej hipotezy. Podkreślił jednak, że Airbus A320 nie eksplodował w powietrzu i "leciał aż do końca". Rozbił się o zbocze góry, gdy znajdował na wysokości 6 tys. stóp, czyli 1820 metrów - poinformował.

Z filmu szkoleniowego firmy Airbus wynika, że w kokpicie maszyny A320 znajdują się zabezpieczenia na wypadek, gdyby pilot znajdujący się w środku z jakiegoś powodu stracił sprawność, a drugi znajdował się poza kokpitem, lub gdyby obaj piloci stracili przytomność. 

W zwykłej sytuacji osoba chcąca wejść do kokpitu prosi o pozwolenie, a znajdujący się w środku pilot, patrząc przez wizjer w drzwiach lub korzystając z umieszczonej przy nich kamery, decyduje, czy ją wpuścić. Jeśli członek załogi chcący dostać się do kokpitu nie otrzymuje odpowiedzi na swoją prośbę, wprowadza kod awaryjny, po raz kolejny prosząc o pozwolenie na wejście. Jeśli nie nastąpi po tym żadna reakcja z kokpitu, drzwi otwierają się automatycznie. Jeśli jednak osoba w kokpicie odmówi dostępu, drzwi pozostają zamknięte przez pięć minut.

Airbus wystartował we wtorek przed godz. 10 z Barcelony i leciał do Duesseldorfu w Niemczech. Rozbił się w miejscowości Meolans-Revel w Alpach francuskich. Nikt nie przeżył katastrofy. Większość ofiar stanowią Niemcy i Hiszpanie; wśród zabitych są też obywatele kilkunastu innych krajów.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje