Reklama

Reklama

By było nas więcej...

Żłobki, których nie ma

Podstawowy problem ze żłobkami jest jeden. Jest ich za mało. O wiele za mało.

Reklama

Według ostatnich danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, obecnie funkcjonuje w kraju 1511 żłobków i klubików dziecięcych. Z roku na rok liczba ta systematycznie rośnie. Jednak - jak podkreśla Fundacja Rzecznik Praw Rodzica - zbyt wolno.

Reklama

Biuro prasowe MPiPS podaje, że na początku 2011 roku działało 511 jednostek opieki nad dziećmi do lat 3. W ciągu dwóch lat wzrost liczby placówek wyniósł więc około 140 proc. Większość nowych miejsc utworzyły samorządy i osoby fizyczne. Do końca 2013 roku 5,5 proc. najmłodszych dzieci zostało objętych opieką instytucjonalną.

Żłobków coraz więcej, ale nadal za mało

Skąd ten wzrost? Ministerstwo zwraca uwagę na nowelę tzw. ustawy żłobkowej z lipca 2013 roku, która zmieniła sposób finansowania placówek. Do tej pory budżet państwa pokrywał połowę kosztów budowy żłobka. Obecnie może dołożyć aż 80 proc. Dodatkowo o dofinansowanie mogą ubiegać się nie tylko samorządy, ale także przedsiębiorcy i organizacje pozarządowe.

Małgorzata Lusar, członek zarządu Fundacji Rzecznik Praw Rodziców, przypomina, że ustawa złagodziła warunki niezbędne do zarejestrowania żłobka, dzięki czemu podmiotom prywatnym jest łatwiej.

Obecnie na najmłodszych czeka 55 tys. miejsc w żłobkach i klubach dziecięcych. Problem jednak w tym, że musi to wystarczyć dla kilkuset tysięcy dzieci, bo średnio w Polsce przybywa ok. 380 tys. noworodków rocznie.

- Od wielu już lat chętnych jest znacznie więcej niż miejsc. Np. w Warszawie przebicie jest trzykrotne - podkreśla Lusar.

Przeciążone samorządy

Dlaczego zatem - skoro kierunek słuszny - miejsc dla najmłodszych nadal brakuje? Jak zawsze odpowiedź jest jedna: pieniądze!

W roku 2014 roku - tak jak w 2012 i 2013 - ministerstwo przeznaczy 101 mln zł na "realizację zadań wynikających z ustawy o opiece nad dziećmi w wieku do lat 3". Czyli kwota ta, choć i tak mała, nie pójdzie w całości na żłobki, ale także na kluby dziecięce, opiekunów dziennych i nianie.

Ministerstwo broni się, że to niejedyne pieniądze mające pomóc w zwiększeniu dostępności miejsc w żłobkach.

"W 2012 r. łącznie wydatki na organizowanie opieki nad dziećmi w wieku do lat 3 z budżetu państwa oraz ze środków własnych gmin wyniosły 508,2 mln zł" - podaje biuro prasowe resortu. Czyli gminy z własnych budżetów wyłożyły ponad 400 mln zł. Skąd jednak te pieniądze mają brać samorządy?

- Trzeba zwrócić uwagę na proporcje: w latach 2011-2013 gmina Kraków otrzymała z budżetu państwa prawie 9 mln zł na wykonanie tych zadań. Jednak w tym czasie kosztowało to budżet gminy, czyli krakowskiego podatnika, ok. 75 mln zł - wylicza dyrektor Biura ds. Ochrony Zdrowia w Urzędzie Miasta Krakowa, Michał Marszałek.

Dlatego Kraków nie tworzy nowych placówek opieki dla najmłodszych. W zeszłym roku zwiększył tylko liczbę miejsc w żłobkach samorządowych oraz dotuje prywatne żłobki i kluby dziecięce. Dlaczego? Bo taniej.

- Koszt utrzymania 100 miejsc w żłobkach samorządowych wynosi rocznie ok. 1 200 000 zł. Za tę kwotę można dotować przez cały rok ok. 350 dzieci - mówi Michał Marszałek i podkreśla, że "zgodnie z przepisami tzw. ustawy żłobkowej tworzenie, prowadzenie i utrzymywanie żłobków i klubów dziecięcych oraz dziennego opiekuna jest wprawdzie zadaniem własnym gminy, ale fakultatywnym".

Ambitne plany a rzeczywistość

Na zbytnie obciążenie samorządów wskazuje też Małgorzata Lusar. - Państwo złożyło na barkach samorządów zbyt duży ciężar, zrzucając z siebie odpowiedzialność za system wsparcia dla rodziców. Samorządy po prostu nie radzą sobie z tym finansowo. Program "Maluch" - biorąc pod uwagę koszt utworzenia i funkcjonowania żłobka - to jest kropla w morzu potrzeb - zaznacza ekspertka Fundacji Rzecznik Praw Rodziców.

Postawione pod ścianą samorządy radzą sobie, jak mogą. - Nie określono zasad regulujących naliczanie opłat w żłobkach. Samorządy, które patrzą przez pryzmat dopięcia swojego budżetu, mają w tym względzie zupełną dowolność. Mogą na przykład stwierdzić, że chcą od rodziców ściągać po 500 zł, więc tak określają,  często w oderwaniu od rzeczywistości, kwoty za poszczególne składowe opłaty, żeby ostatecznie wyszło 500 zł - tłumaczy Lusar.

Mimo tych problemów, ministerstwo nie prowadzi na razie prac nad zmianą przepisów.

Rząd chce, by w 2020 roku odsetek dzieci do lat trzech korzystających ze zinstytucjonalizowanych form opieki wyniósł 33 proc. Plany są ambitne, ale obecna sytuacja nie wróży im powodzenia.

W 2010 roku z różnych form opieki korzystało 2,6 proc. dzieci do lat trzech. Dziś to 5,5 proc., czyli w ciągu trzech lat nastąpił wzrost o 2,9 punktu procentowego. Jeśli do 2020 roku tempo nie ulegnie przyspieszeniu, nie ma szans na osiągnięcie pułapu 33 proc.

Mój Żłobek 2020?

W niedawnej rozmowie z INTERIA.PL Agnieszka Chłoń-Domińczak, była podsekretarz stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, apelowała o zwiększenie nakładów finansowych na realizację ustawy żłobkowej. - Mieliśmy program budowania orlików. Może powinniśmy pomyśleć o podobnym programie, tylko wspierającym rozwój żłobków, klubów dziecięcych - powiedziała.

Przypomnijmy - w ramach rządowych programów "Moje Boisko - Orlik 2012" i "Biały Orlik" w latach 2008-2012 dofinansowano z budżetu państwa budowę 2604 boisk sportowych i 119 lodowisk. Rocznie przeznaczano na to 240 mln zł z kieszeni podatnika. Dla porównania: program "Maluch", z którego dofinansowywana jest budowa żłobków, to zaledwie 101 mln zł rocznie, co musi wystarczyć jeszcze na inne działania wynikające z ustawy żłobkowej.  

Nie twierdzę, że program budowy Orlików sam w sobie był zły, ale państwo, które co roku boryka się z dopięciem budżetu, powinno mieć jasno ustalone priorytety. Przy czym wydawałoby się, że w czasie zapaści demograficznej polityka rodzinna powinna być jednym z nich.

Rodzice w pułapce

Z zupełnie innej strony podchodzi do problemu Małgorzata Lusar, która zwraca uwagę na podstawową niesprawiedliwość obowiązującego w Polsce systemu.

- Rodzice, którzy wracają do pracy mogą skorzystać z dotowanych przez państwo, choć oczywiście w niewystarczającym stopniu, instytucjonalnych form opieki, np. ze żłobków, a rodzice, którzy chcą zostać w domu, nie otrzymują nic, ponieważ urlopy wychowawcze są bezpłatne. Dlaczego dyskryminujemy tę grupę rodziców? - pyta ekspertka i proponuje wprowadzenie tzw. bonu wychowawczego, z którego na równych zasadach mogliby korzystać zarówno pracujący rodzice jak i ci, którzy chcą zostać z dzieckiem w domu.

Lusar tłumaczy, że polscy rodzice są dziś w pułapce - z jednej strony rodziny nie stać na to, by jedno z rodziców zostało na bezpłatnym urlopie wychowawczym, a z drugiej, w sytuacji zbyt małej liczby publicznych żłobków, często muszą się zdecydować na prywatny, co z kolei oznacza, że większość pensji idzie na opłatę.

- Dodatkowo zwróćmy uwagę na presję ze strony państwa, pracodawców i opinii społecznej na rodziców - wracajcie jak najszybciej do pracy, a dziecko oddajcie do żłobka! To nie powinno tak wyglądać. Rodzice powinni mieć wybór! A dziś tego wyboru nie ma, bo szybki powrót do pracy odbywa się często pod przymusem finansowym albo w obawie o utratę stanowiska - podsumowuje Małgorzta Lusar.

Mimo że postulat "bonu wychowawczego" pojawia się już w debacie publicznej od dobrych kilku lat, ministerstwo na razie nie prowadzi żadnych prac w tym kierunku.

Podobnie jak żłobki-orliki, również system bonów wymaga pieniędzy. Morał? System opieki nad dziećmi do lat trzech nie zacznie działać tak, jak powinien, dopóki państwo nie przeznaczy na to odpowiedniej sumy pieniędzy. Wniosek prosty i rozsądny, ale - jak widać - na razie niemożliwy do przyjęcia przez rządzących.

Dowiedz się więcej na temat: żłobki | demografia | kryzys demograficzny