Reklama

Reklama

Wypadek jak zabójstwo, czyli czym grozi lekceważenie przepisów

We Włoszech "zabójstwo drogowe" to oddzielne przestępstwo. W Niemczech kierowca może zostać po prostu skazany za morderstwo. W Polsce prokuratorzy na razie sięgają po zarzut zabójstwa z zamiarem ewentualnym.

Wyjątkowa pogarda dla przepisów na drodze może oznaczać (i powinna), że spowodowanie wypadku nie będzie już rozpatrywane jedynie jako niezamierzony efekt wykroczenia drogowego. Polscy prokuratorzy coraz częściej wskazują, że choć taki kierowca nie chciał zabić, to jednak z takim efektem swojej jazdy przynajmniej się liczył.

A nie jest wykluczone, że i polskie prawodawstwo pójdzie tropem tych, gdzie pozbawianie życia przy skrajnym ignorowaniu przepisów, traktowane jest jako morderstwo.

Jak to się robi w Niemczech?

W ubiegłym miesiącu w Niemczech głośno było o wyroku wydanym na 22-letniego kierowcę, który doprowadził do śmiertelnego wypadku w miejscowości Moers. W kwietniu 2019 r. ten młody człowiek jechał samochodem z mocnym silnikiem przez miejscowość z prędkością 170 km/h, gdy uderzył w bok małego auta. Prowadziła je 43-letnia kobieta. Została wyrzucona z pojazdu. Nie przeżyła wypadku.

Reklama

Okazało się, że 22-latek wraz z innym kierowcą prowadzili nielegalny wyścig ulicami miejscowości. Dlatego niemiecki sąd okręgowy w Kleve ukarał obu mężczyzn z dużą surowością.

22-latek został skazany nie za wypadek a za morderstwo. Sąd wymierzył mu karę dożywotniego więzienia. Jego kompan usłyszał karę pozbawienia wolności na blisko cztery lata.

Niemcy zmodernizowali swoje prawo karne po spektakularnym wypadku w 2016 r. w Berlinie. Tam także kierowcy ścigający się w mieście doprowadzili do tragedii. Niemiecki kodeks karny ma więc teraz specjalny paragraf dotyczący "zakazanych wyścigów samochodowych (§ 315d). Karani na jego podstawie są organizatorzy takich wyścigów, ale i sami kierowcy, którzy poruszają się z wielkimi prędkościami i rażąco łamią kodeks drogowy. Ci, którzy w takich okolicznościach doprowadzą do wypadku drogowego muszą się liczyć z karą do 10 lat więzienia.

Włoski sposób - "morderstwo drogowe"

Także Włosi postanowili położyć kres największym dzikusom za kierownicami. W marcu 2016 r. zmieniono prawo i wprowadzono do kodeksu karnego pojęcie "morderstwa drogowego". To usztywniło wysokość kar za spowodowanie takich wypadków. Ten, kto jedzie szybciej o co najmniej 50 km/h od dopuszczalnego limitu i spowoduje wypadek, w którym zabije człowieka, idzie do więzienia na co najmniej 8 lat. A może i zostać skazany na 12 lat pozbawienia wolności. Taka kara grozi też tym, którzy spowodują wypadek śmiertelny pod wpływem alkoholu (co najmniej 1,5 promila) bądź narkotyków.
Jeśli w takich okolicznościach kierowca zabije więcej niż jedną osobę, maksymalny wymiar kary wzrasta do 18 lat.

Po ten paragraf Włosi sięgnęli ostatnio m.in. w styczniu tego roku, po tym jak w miasteczku Lutago pijany kierowca wjechał w grupę turystów. To byli młodzi Niemcy, którzy wracali z dyskoteki. Stali obok autokaru, który miał ich odwieźć do hotelu. Sześciu z nich zginęło, a 11 zostało rannych.
28-letni kierowca z pobliskiego Chienes miał w organizmie wysoki poziom alkoholu. Ponieważ zabił więcej osób w wypadku, grozić mu będzie do 18 lat więzienia.

Słowacy i "umyślność" po wyścigu

Także Słowacy traktują surowiej kierowców, którzy skrajnie lekceważą przepisy i doprowadzają do wypadków. Było o tym głośno, gdy w 2018 r. zarejestrowano brawurową jazdę trzech polskich kierowców, z których jeden wjechał w prawidłowo jadącą słowacką rodzinę czego skutkiem była śmierć jednej osoby.

Do aresztu trafili wówczas 42-letni kierowca porsche Marcin L., 27-letni kierowca ferrari Adam Sz. i 26-letni dziennikarz motoryzacyjny Łukasz K., który jechał mercedesem wypożyczonym mu do testów.
Słowaccy śledczy zaostrzyli wówczas pierwotnie stawiane im zarzuty do "spowodowania ogólnego niebezpieczeństwa", za które dwóm brawurowo jadącym Polakom groziły kary 10-15 lat pozbawienia wolności, a bezpośredniemu sprawcy wypadku groziło 15-20 lat więzienia.

Polski system - "zabójstwo z zamiarem ewentualnym"

Polskie organy ścigania całkiem niedawno również wypracowały odpowiednie narzędzie dla kierowców, których skrajna brawura doprowadza do śmierci na drogach.

Szlak przetarł wyrok z 2017 r., w którym Sąd Apelacyjny we Wrocławiu skazał 18-letniego Wojciecha P. za zabójstwo z zamiarem ewentualnym. Wojciech P. w styczniu 2016 r. najpierw dokonał rozboju a potem uciekał samochodem przed policją. Przez miasto gnał nawet 100 km/h. W pewnym momencie przejechał na czerwonym świetle i wjechał w pieszego przechodzącego przez przejście. Zabił 37-letniego mężczyznę. Ale nawet się nie zatrzymał.

Obrońca P. podnosił w sądzie, że jego klient nie miał woli zabicia pieszego. Sąd pierwszej instancji potraktował jednak sprawę jak zabójstwo a nie wypadek ze skutkiem śmiertelnym i biorąc pod uwagę pozostałe zarzuty wymierzył oskarżonemu karę 20 lat więzienia.

Sąd apelacyjny podzielił taki pogląd. Zauważono, że "w zależności od rodzaju stworzonej przez kierującego pojazdem mechanicznym sytuacji drogowej, wynikającej z naruszenia podstawowych zasad ruchu drogowego, ze świadomością wysokiego prawdopodobieństwa zaistnienia negatywnych skutków, którym sprawca nie stara się przeciwdziałać, możliwe jest uznanie, że potrącenie na przejściu dla pieszych człowieka ze skutkiem śmiertelnym, stanowi zbrodnię zabójstwa popełnionego w formie zamiaru ewentualnego (art. 148 § 1 k.k.), a nie wypadek komunikacyjny określony w art. 177 § 2 k.k.". Sąd Apelacyjny we Wrocławiu złagodził jednak karę do łącznie 15 lat pozbawienia wolności.

Eksperci w Polsce namawiają Ministerstwo Sprawiedliwości do wprowadzenia i u nas kwalifikacji "morderstwa drogowego". Optuje za tym m.in. Janusz Popiel, szef Stowarzyszenia Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i Kolizjach Drogowych "Alter Ego". - Dajmy prokuratorom i sądom dodatkowe narzędzie tak, by w przypadku drastycznie winnych śmierci kierowców, nie musiały sięgać do katalogu innych przestępstw - proponował niedawno publicznie.

Wygląda na to, że kto nie chce być dobrym kierowcą - takim jaki ukształtować próbuje Robert Kubica w kampanii PKN ORLEN #Dobry Kierowca - musi liczyć się z coraz bardziej surowymi sankcjami za skrajnie niebezpieczne zachowania.

Łukasz Zboralski, BRD24.pl

Partnerem Raportu "Jak być dobrym kierowcą" jest PKN Orlen.

Koncern, który wykorzystując autorytet Roberta Kubicy w kampanii #DobryKierowca przekonuje, by stosować się do obowiązku jazdy na suwak, tworzenia korytarza życia, ale też ustępowania pierwszeństwa pieszym i stosowania się do ograniczeń prędkości.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy