Reklama

Reklama

Śladami migrantów na pokładzie Viana Do Castelo

- To zupełnie inni migranci niż ci, których spotykaliśmy na szlakach prowadzących do Grecji. Oni nie uciekają przed wojną. Po prostu chcą lepszego życia w Europie - słyszę na pokładzie portugalskiego okrętu wojennego Viana Do Castelo. Biorąca udział w misji "Tryton" jednostka, właśnie wysadziła w porcie w Syrakuzach 97 migrantów przechwyconych między Tunezją i Lampedusą.

Viana Do Castelo jest imponujący. Zacumowany w porcie w Syrakuzach ustępuje tylko ogromnemu żaglowcowi Sea Cloud. Właśnie zakończył operację na Morzu Śródziemnym z ramienia Frontexu. Jednostka operowała w ramach misji "Tryton", której Włochy są krajem-gospodarzem.  

Już z daleka widzę kapitana Madaleno Galochę. Czeka na dolnym pokładzie, tuż przy rampie. Na pierwszy rzut oka wygląda bardziej jak pokładowy mechanik - niewysoki, w jednoczęściowym kombinezonie. Jednak naszywki nie pozostawiają wątpliwości. Powagi dodaje wyszyta na mundurze grupa krwi - Galocha ma 0 Rh+.

Reklama

Pierwsze wrażenie o mechaniku znika bardzo szybko. Gdy kapitan wita mnie na statku w jego głosie słychać serdeczność, ale przede wszystkim zdecydowanie. To człowiek, który wie, czego chce, nawykły do wydawania rozkazów.

Szybko przechodzi do konkretów. - Byliśmy na morzu 12 dni. W tym czasie przechwyciliśmy pięć łodzi z migrantami. Głównie z mężczyznami. Były tylko trzy kobiety i dwoje nastoletnich dzieci. Dziewczynki płynęły z matką, by dołączyć do ojca, który jest już w Europie.

Jakiej narodowości byli? - Tylko jeden Algierczyk, reszta Tunezyjczycy.

Potem jeden z dwóch screenerów pracujących na okręcie powie mi, że to mężczyźni od 16. do 40. roku życia. - To zupełnie inni migranci, niż ci których spotykaliśmy na szlakach prowadzących do Grecji. Oni nie uciekają przed wojną. Po prostu chcą lepszego życia w Europie - mówi.

Tunezyjczycy płyną do Włoch na drewnianych łodziach rybackich. Nie są one tak przepełnione, jak pontony wypływające z Libii. Dlatego w rejonie między Lampedusą i Tunezją bardziej chodzi o ochronę granic niż ratowanie życia migrantów.

- Podczas tej misji jedną z łodzi zauważyliśmy w nocy. Płynący nią nie chcieli się zatrzymać. Nie chcieli pomocy. Chodziło im tylko o to, by dostać się na Lampedusę. Ale przecież nielegalnie wpłynęli na włoskie wody terytorialne, dlatego ich zatrzymaliśmy i wzięliśmy na pokład - opowiada kapitan.

Na 37 mężczyzn w tej łodzi tylko trzech miało dokumenty.

Viana Do Castelo nie podpływa bezpośrednio do łódek migrantów. Jest zbyt duży. Migranci przewożeni są do sznurowej drabinki spuszczonej po burcie mniejszą łodzią pontonową. W pogotowiu zawsze stoi dwóch nurków w pełnym oprzyrządowaniu. Na wypadek, gdyby ktoś wypadł z łodzi.

- Wprowadzenie wszystkich na pokład zajmuje nam około czterech minut. W przypadku tych 37 mężczyzn zajęło nam to trochę ponad 3,5 minuty - podkreśla kapitan.

Po wejściu na okręt migranci są natychmiast przeszukiwani, m.in. sprawdzane jest, czy nie mają broni. - To dla naszego bezpieczeństwa - wyjaśnia Galocha.

Zbierane są też wszystkie rzeczy osobiste migrantów, m.in. telefony i pieniądze. Dostaną je z powrotem w momencie zejścia na ląd. - Choć włoskie służby bezpieczeństwa mogą im je znów odebrać. Pamiętajmy, że to wszystko są dowody. Migracja bezpośrednio związana jest z przestępczością, głównie przemytem ludzi. Wszystko co może nam pomóc namierzyć przemytników jest zbierane i raportowane - wyjaśnia Galocha.

Następnie migranci pojedynczo przechodzą na górny pokład, gdzie czekają screenerzy, czyli funkcjonariusze zbierający pierwsze, podstawowe informacje. Tu zaczyna się wywiad: imię i nazwisko, skąd jesteś, gdzie mieszkałeś, kiedy się urodziłeś, jak tu dotarłeś, z kim się kontaktowałeś, ile zapłaciłeś... Znów wszystko, co może pomóc Włochom w identyfikacji przejętych osób.

Obecna cena za przedostanie się z Tunezji do Włoch to od dwóch do trzech tysięcy euro. Grupy migrantów albo skrzykują się i wspólnie kupują łódź, albo opłacają ich właścicieli, by dowieźli ich np. na Lampedusę.

W trakcie wstępnej identyfikacji migranci dostają specjalne bransoletki - identyfikujące m.in. to, z której łodzi zostali przejęci oraz to, która torba z rzeczami osobistymi jest ich.

Po wywiadzie czas na pomoc medyczną. - Tym razem nie mieliśmy problemów. Wszyscy migranci byli w miarę dobrej kondycji. Mieliśmy tylko jeden przypadek hipotermii, kilka choroby morskiej i 11 osób z niewielkimi obrażeniami - wymienia kapitan. Na okręcie pracuje lekarz, pielęgniarka i dwóch ratowników przeszkolonych w pierwszej pomocy.

Po oględzinach lekarskich jedzenie - owoce, batony energetyczne, woda - i koce. Potem migranci przechodzą już do części pokładu, na której spędzą resztę podróży. - Wszyscy mężczyźni siedzieli razem, choć podzieleni na sektory ze względu na to, z której łodzi ich przechwyciliśmy. Kobiety i dzieci w namiocie medycznym - tłumaczy.     

Były jakieś incydenty? - Żadnych. Wydaje mi się, że migranci uspokajają się po wejściu na pokład. Wiedzą, że są bezpieczni i że płyniemy w stronę Włoch. Czasem, gdy są jeszcze w swoich łódkach i nas zobaczą, zaczynają śpiewać. Świętują - opowiada Galocha.

Wszystkie informacje na temat przechwyconych migrantów - liczba, miejsce przejęcia, stan zdrowia, podejrzane elementy - raportowane są do centrum operacyjnego misji "Tryton" w Rzymie. To tam podejmowane są najważniejsze decyzje, jak np. to, do którego portu ma wpłynąć okręt kończący operację.

Po zejściu na ląd migranci są natychmiast przewożeni do hotspotów lub innych specjalnie dla nich utworzonych ośrodków. O tym też decyduje Rzym. Frontex pomaga jeszcze na kolejnych etapach identyfikacji, jednak dowodzą Włosi.

Viana Do Castelo ma też salę - a właściwie salkę - medyczną, gdzie mogą być wykonywane podstawowe operacje. - Mamy też defibrylator i możemy przyjmować porody - zaznacza kapitan. Czy takie przypadki miały miejsce? - Nie, ale dzieci rodziły się już na norweskim Olympic Commander, drugim największym statku pływającym w ramach Frontexu - opowiada.

Obok sali znajduje się niewielka izolatka na dwie osoby, z osobną łazienką. - Na wypadek, gdybyśmy mieli do czynienia z chorobami zakaźnymi - wyjaśnia.

Na koniec kapitan prowadzi na dziób okrętu. - A to jest nasza broń - mówi z uśmiechem. - Nasze działko. To przecież okręt wojenny. W Portugalii prawo zezwala marynarce wojennej prowadzić zarówno misje wojskowe, jak i cywilne - podkreśla Galocha.

To ważne, bo prowadząc misje takie jak "Tryton" Frontex musi brać pod uwagę prawo obowiązujące we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Na przykład w "Trytonie" nie bierze udziału niemiecka marynarka wojenna. Nie dlatego, że Berlin nie chce pomóc. Ale dlatego że niemieckie prawo zabrania zagranicznemu oficerowi na wejście na pokład jednostki wojskowej. Tymczasem misje Frontexu wymagają, by na każdej jednostce był oficer kraju-gospodarza. Gdy więc potrzebne było wsparcie w misji "Posejdon" (analogiczna do "Trytona" misja, której krajem-gospodarzem jest Grecja) Niemcy wysłali łodzie swojej straży granicznej.

Galocha żegna się ze mną zdecydowanym uściskiem dłoni. - Mam nadzieję, że się podobało - dodaje.

Na statku nie widać już żadnych śladów tego, że zaledwie kilka godzin wcześniej pokład opuściła prawie setka osób. Wszędzie czysto, ani grama śmieci. Widać, że 53-osobowa załoga dobrze się spisała. Okręt jest gotowy do kolejnej misji.

Agnieszka Waś-Turecka, Syrakuzy

***

Obserwuj autorkę na Twitterze

Reklama

Reklama

Reklama