Reklama

Reklama

Wyszli na ulice. Nie chcą u siebie ośrodka dla migrantów

​W kolejnym bułgarskim mieście protestowano w niedzielę przeciw otwarciu ośrodka dla migrantów. Liczni mieszkańcy oddalonego o ok. 60 km od Sofii Samokowa wyszli na ulice, zaniepokojeni możliwością umieszczenia migrantów w opuszczonych podmiejskich koszarach.

Przyczyną protestu, na którego czele stał mer Władimir Georgijew, była przeprowadzona przez przedstawicieli resortu spraw wewnętrznych inspekcja koszar w Samokowie i dwóch pobliskich wioskach. Na wiecu Georgijew podkreślił, że odbyło się to po kryjomu, bez jakichkolwiek konsultacji nie tylko z mieszkańcami, lecz także z władzami miasta.

Samokow znajduje się w pobliżu Borowca, jednego z trzech największych zimowych kurortów w kraju, i według mieszkańców ewentualne ulokowanie ośrodka migracyjnego wpłynie negatywnie na przemysł turystyczny, będący podstawowym źródłem dochodów dla regionu.

Reklama

Uczestnicy protestu uzgodnili treść apelu do władz ze sprzeciwem wobec planów rządowych. Poirytowany mieszkaniec oświadczył przed kamerami telewizyjnymi: "Dzisiaj z plakatem, jutro z karabinem".

Ministerstwo spraw wewnętrznych potwierdziło, że przeprowadzono oględziny koszar w Samokowie, lecz planów utworzenia tam ośrodka migracyjnego nie ma. We wrześniu resort obrony powiadomił o przekazaniu MSW szeregu nieużywanych obiektów.

Władze dementują wszystkie informacje dotyczące konkretnej lokalizacji nowych ośrodków dla migrantów, chociaż rząd podjął decyzję o utworzeniu trzech nowych placówek.

W sierpniu na zamkniętym posiedzeniu gabinetu przyjęto uchwałę o ich budowie bez wskazania miejsc. Uchwała przewiduje przekazanie środków z budżetu na integrację uchodźców, w tym na ubezpieczenie zdrowotne i pomoc socjalną. W Bułgarii, kraju o najniższych dochodach w UE, gdzie około miliona mieszkańców nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, gotowość wypłat z budżetu dla cudzoziemców budzi szczególne niezadowolenie.

W piątek protesty odbyły się w Sofii oraz na południowym wschodzie kraju - w Burgas i Charmanli. W Sofii działają trzy ośrodki, w Charmanli mieści się największy, w którym mieszka 3 tys. osób. Ma on być poszerzony o dodatkowe 400 miejsc. Zarówno w stolicy, jak i w Charmanli nierzadko dochodzi do konfliktów z migrantami ostatniej fali, których 80 proc. stanowią Afgańczycy. Ludzie domagają się zamknięcia ośrodków w miastach i przeniesienia ich w pobliże granic.

Nastroje antyimigracyjne w Bułgarii nasilają się niezależnie od zapewnień władz, że napływ migrantów zmniejsza się, a granice zostaną szczelnie zamknięte, szczególnie dzięki pomocy ze strony nowo powołanej unijnej agencji ds. straży granicznej i przybrzeżnej. Na jej uroczystej inauguracji w czwartek na granicznym przejściu z Turcją Kapitan Andreewo premier Bojko Borysow zapewnił, że zielona granica zostanie "szczelnie zamknięta".

Statystyki na razie tego nie potwierdzają. Według cotygodniowych danych MSW, od 29 września do 6 października zatrzymano kolejnych 498 migrantów, a we wrześniu - 2312. Po zamknięciu granicy Serbii z Bułgarią i ograniczeniu ruchu migrantów na zachód w Bułgarii zostało zablokowanych ok. 10 tys. osób. Ich obecność powoduje konieczność budowy nowych ośrodków, co budzi niezadowolenie mieszkańców i zmusza władze od ukrywania planów lokowania migrantów.

Obserwatorzy spodziewają się, że nastroje antyimigracyjne będą się nasilać podczas kampanii przed wyznaczonymi na 6 listopada wyborami prezydenckimi. Antyimigracyjny wątek jest obecny w kampanii kandydata zjednoczonych formacji nacjonalistycznych Krasimira Karakaczanowa, który według analityków może liczyć na trzecie miejsce. Takie elementy pojawiają się również w kampanii lewicy.

Z Sofii Ewgenia Manołowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje