Reklama

Reklama

Bruksela chce kar za nieprzyjęcie uchodźców. Polska nie kryje oburzenia

Bruksela wyraźnie zaostrza ton wypowiedzi w sprawie dławiącego Europę kryzysu migracyjnego. Przekaz jest jasny: Skoro dotąd nie udało się osiągnąć solidarności wspartej na fundamencie dobrowolności, trzeba zrobić wszystko, żeby tak czy inaczej zaistniała. Choćby za cenę obarczenia jej ciężarem obowiązkowości. Nacisk, nawet ten wywierany w dobrej wierze, rodzi jednak bunt, a ten ostatni zawsze pociąga za sobą ofiary. Koniec końców widmo wprowadzenia surowych kar za nieprzyjęcie uchodźców może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego, a palący problem i tak nie doczeka się rozwiązania.

Najnowszy, przedstawiony przez Komisję Europejską i stworzony na wypadek sytuacji kryzysowych, plan podziału uchodźców pomiędzy kraje członkowskie zakłada istnienie "solidarności obowiązkowej". Jeśli jakiś kraj nie będzie chciał partycypować w rozwiązywaniu kryzysu aktywnie i nie zdecyduje się na przyjęcie migrantów, za każdą odmowę będzie musiał zapłacić. I to całkiem sporo, bo aż 250 tysięcy euro.

Reklama

Bruksela zastrzega, że tak ostry wariant jest zastrzeżony tylko i wyłącznie dla sytuacji nadzwyczajnych. Znalazłby on zastosowanie tylko wówczas, gdyby doszło do nadmiernego napływu uchodźców do jednego państwa zrzeszonego w Unii Europejskiej. Wówczas nadwyżka rozkładana byłaby na pozostałych członków Wspólnoty.

Mechanizm solidarnej dystrybucji

Bliższe szczegóły kontrowersyjnego planu nie są jeszcze znane. Nie określono na przykład progów uruchamiających mechanizm solidarnej dystrybucji. Pewne jest jedynie to, że na każdy kraj przypadnie liczba osób proporcjonalna do jego liczby ludności i poziomu PKB. W sytuacji gdy odmówi ich przyjęcia, to za każdego odrzuconego zapłaci 250 tysięcy euro. Zebrane w ten sposób fundusze zostaną przekazane tym państwom, które otworzą dla cudzoziemców swoje granice.

Unijni eksperci mówią wprost i nie kryją, że żądana kwota ma zniechęcać do nieprzyjmowania uchodźców i nie jest tożsama z kosztem związanym z utrzymaniem imigranta. Na razie jednak zamiast pożądanej solidarności i gotowości do podjęcia wysiłków zmierzających do rozwiązania kryzysu, który zdążył już osiągnąć gigantyczną skalę, z wielu stron posypały się głosy ostrej krytyki zaprzepaszczające szanse na wypracowanie jakiegokolwiek kompromisu.

Grupa Wyszehradzka torpeduje propozycję Brukseli

W gronie oburzonych najnowszą propozycją Brukseli  znalazły się kraje Grupy Wyszehradzkiej. Budapeszt określił ją mianem szantażu, a Warszawa ustami ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego "primaaprilisowym żartem".

Zdaniem eksperta ds. polityki migracyjnej z Instytutu Spraw Publicznych Rafała Baczyńskiego-Sielaczka, zasugerowane przez Komisję Europejską rozwiązanie można rozpatrywać w co najmniej w dwóch aspektach.

- Można go interpretować jako karę nałożoną przez UE na państwa sprzeciwiające się jakimkolwiek propozycjom wysuwanym przez Komisję Europejską, co oczywiście sprowadza się do pewnej formy nacisku. Z drugiej strony jednak zakłada ono możliwość "wykupienia się" od obowiązku przyjmowania uchodźców - wyjaśnia w rozmowie z Interią.

Polska jako członek Unii Europejskiej - chcąc nie chcąc - będzie musiała zmierzyć się w taki czy inny sposób z problemem uchodźczym.

Baczyński-Sielaczek zwraca uwagę, że im szybciej podejmiemy w tym celu odpowiednie kroki, tym będzie dla nas lepiej. Bez pewnych reorganizacji prawnych jednak się nie obejdzie. - Zaproponowana przez Brukselę kwota w wysokości 250 tysięcy euro za nieprzyjęcie uchodźcy jest oczywiście bardzo wysoka. Z drugiej strony patrząc na inną propozycję wysuniętą przez Komisję Europejską, czyli pewnej reorganizacji porozumień dublińskich, zakładającej pozostawienie mechanizmu, że to jednak pierwsze państwo, do którego trafi cudzoziemiec poszukujący ochrony, ma obowiązek rozpatrzenia wniosku o azyl, ale w przypadku napływu cudzoziemców powyżej ustalonej kwoty ci cudzoziemcy będą relokowani wewnątrz UE, jest moim zdaniem rozwiązaniem jak najbardziej rozsądnym - argumentuje.

- Co więcej w dłuższej perspektywie nie da się go uniknąć. Dowodem na to jest Grecja, która kompletnie nie radzi sobie z napływającymi migrantami - dodaje.

"Nieprzyjmowanie uchodźców to skazywanie milionów ludzi na wegatację"

Obecna sytuacja wymaga konkretnych rozwiązań. Zdaniem naszego rozmówcy Polska, podobnie jak pozostali członkowie Grupy Wyszehradzkiej, w sprawie kryzysu uchodźczego - przynajmniej jak na razie - zrobiła niewiele.

- Minął już rok od początku wybuchu kryzysu migracyjnego i tak naprawdę ze strony takich państw jak Polska, Węgry, Czechy czy Słowacja wszelkie propozycje Komisji Europejskiej spotykają się niekonstruktywną krytyką - argumentuje ekspert.

- Co więcej, Warszawa nie wypracowała dotąd żadnego alternatywnego rozwiązania, a odpowiedzi polskiego rządu sprowadzają się w istocie do ogólników, że należy strzec granic i pomagać uchodźcom w obozach poza granicami UE. Tymczasem widzimy, że konflikt w Syrii trwa nadal, a sytuacja w obozach przeznaczonych dla uchodźców w Turcji czy Libanie jest bardzo trudna. Nieprzyjmowanie uchodźców sprowadza się tak naprawdę do skazywania milionów ludzi na wegetację w obozach tymczasowych, co nie stanowi tak naprawdę żadnego rozwiązania - przestrzega.

Do aktywnego uczestnictwa w rozwiązywaniu problemów zobowiązuje Polskę również członkostwo we Wspólnocie. 

- Polska jako strona Konwencji Genewskiej jest zobowiązana do rozpatrywania do wniosków składanych przez uchodźców o udzielenie im ochrony, a jako członek Unii Europejskiej na zasadach solidarności powinna włączać się w rozwiązywanie kryzysu migracyjnego - wylicza.

"Europa musi podjąć odpowiednie kroki"

Szanse na to, że propozycja przedstawiona przez Komisję Europejską w tak restrykcyjnej formie wejdzie w życie są znikome, ale z pewnością stworzy okazję do pogłębienia już i tak wyraźnych różnic pomiędzy poszczególnymi członkami  działającymi w ramach unijnej wspólnoty.  - Z pewnością procedowanie tego rodzaju rozwiązania doprowadzi do powstania wewnątrzunijnych sojuszy. Z  jednej strony takie państwa jak Grecja, Włochy, czy Niemcy będą optować za tym, żeby nowy system podziału uchodźców wszedł w życie. Natomiast Grupa Wyszehradzka będzie poszukiwała wsparcia wśród jego przeciwników - wskazuje Rafał Baczyński-Sielaczek.

Musimy mieć jednak świadomość tego, że obecna sytuacja nie jest żadnym wyjściem z kłopotliwej sytuacji. - To, że w pewnym stopniu udało się zmniejszyć napływ migrantów potrzebujących ochrony jest sukcesem niewielkim. Z pewnością też zastosowane dotąd środki nie są perspektywiczne - przestrzega ekspert.

Dowodem na to jest sytuacja uchodźców w Grecji czy we Włoszech.  - Zamknięcie szlaku bałkańskiego spowodowało uruchomienie najniebezpieczniejszej trasy na świecie, wiodącej z terenów Libii przez Morze Śródziemne do Włoch. Na tym szlaku znowu giną ludzie i dlatego Europa musi podjąć odpowiednie kroki - wskazuje nasz rozmówca.

- Cały paradoks tej sytuacji polega na tym, że grupy przestępcze zajmujące się przerzutem ludzi przez Morze Śródziemne tak naprawdę umożliwiają uchodźcom, którzy potrzebują realnej ochrony na terenie UE, złożenie wniosków w jednym z państw europejskich  - dodaje.

"Metoda konsensusu nie działa"

Zdaniem Baczyńskiego-Sielaczka, w obecnej sytuacji Europa mogłaby powrócić do rozwiązań, które znalazły zastosowanie w latach ubiegłych, a obecnie nie są wykorzystywane, jak miało to miejsce w przypadku przesiedleń podejmowanych wspólnie z agendą ONZ ds. uchodźców. 

Wiele wskazuje jednak na to, że wprowadzenie pewnych sztywnych mechanizmów rozdziału uchodźców może okazać się konieczne. - Śledząc wydarzenia związane z kryzysem migracyjnym na poziomie decyzyjnym można stwierdzić, że metoda konsensusu nie działa. Przez rok nie udało się wypracować spójnego rozwiązania pozwalającego odpowiedzieć na pytanie, co zrobić z uchodźcami, którzy dotarli do Europy - argumentuje.

Jednocześnie wskazuje na błędy w podejściu do samego problemu. - Mam  wrażenie, że od samego początku, odkąd w ogóle pojawiła się propozycja przyjęcia uchodźców z programu relokacji, my cały czas zadajemy to samo pytanie: czy przyjmować uchodźców, czy nie i pomijamy najważniejszy aspekt. Kluczowym zagadnieniem jest to, jak integrować, czy jak usprawnić obecne programy integracyjne tak, aby były one efektywne. W nich samych jest wiele elementów wymagających naprawy - zaznacza

- Patrząc  z perspektywy czterdziestomilionowego kraju, przyjęcie siedmiu tysięcy uchodźców nie powinno stanowić problemu. Tymczasem ten problem został przez polityków rozdmuchany do rangi katastrofy czy  ogromnego zagrożenia, którym ci ludzie na pewno nie są - puentuje nasz rozmówca.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje