Reklama

Reklama

Kultura cyrkowa wraca na salony

Kiedyś Polska należała do europejskiej czołówki sztuki cyrkowej. Dzięki Carnavalowi Sztukmistrzów w Lublinie wracamy na salony.

Lublin to wyjątkowe miejsce na kulturalnej mapie Polski. Nie ma drugiego takiego miasta w kraju, gdzie na ulicy można zostać zaczepionym przez kuglarza, buskera lub wejść do namiotu, w którym odkrywa się tajemnice śmiechu i strachu. Carnaval Sztukmistrzów to impreza, która wciąż ma dużo do zaoferowania, a która już na stałe zagościła w świadomości Polaków.

Reklama

Wydawałoby się, że pomysł z miejsca skazany jest na porażkę. Bo cyrk? Klaun? Sztuczki z kapeluszem? Wydaje się płytkie i głupie. Stereotypowo tak to wygląda, ale sztuka nowego cyrku to coś więcej. To prawdziwy teatr, artyzm, który w wyjątkowy sposób na ulicach Lublina łączy się z biesiadowaniem i szczerym uśmiechem. Łączy też różne światy, bo każdy znajduje coś dla siebie - zarówno ci, którzy oczekują wyższych doznań, kupują bilet i przeżywają ambitne spektakle nowego cyrku, ale też ci, którzy z nieśmiałością i podziwem zerkają na połykacza ognia na ulicy. Tu każdy znajdzie coś dla siebie.

Potwierdzają to liczby, bo według badań organizatorów ci, którzy przyjeżdżają na Carnaval Sztukmistrzów, wracają do Lublina rok później (60 proc.). Szacuje się, że w ciągu czterech dni ścisłe centrum stolicy Lubelszczyzny odwiedza ok. 200 tys. osób. To imponujący wynik, tym bardziej, że sztuka cyrkowa dopiero wychodzi z lat zapaści.

Kartka z kalendarza

A lata temu naprawdę mieliśmy się czym pochwalić. Jeszcze przed I wojną światową powstał w Warszawie cyrk stacjonarny. W 20-leciu międzywojennym polscy artyści odnosili duże sukcesy, również międzynarodowe. Prawdziwy "boom" sztuka cyrkowa przeżywała po zakończeniu II wojny światowej.

W latach 50. Polska była jedną z największych baz w Europie Środkowej. Do Julinka pod Warszawą, gdzie do dziś mieści się szkoła cyrkowa, przyjeżdżały cyrki z Francji, Belgii, Włoch, Grecji, Skandynawii i Europy Wschodniej. Na ówczesne lata było to niezwykłe miejsce, gdzie były np. stajnie i lecznica weterynaryjna. Było tam wszystko, co potrzebne adeptowi sztuki cyrkowej.

- Jeśli chodzi o same umiejętności cyrkowe, jesteśmy daleko w tyle za latami 60. i 70. Wtedy trwał wyścig na umiejętności i ludzie osiągali rzeczy nieprawdopodobne. Artyści byli perfekcyjnie przygotowani. Trenowali nieustannie. Nie mogli przenosić emocji na scenę, bo od tego zależało twoje życie i życie twojego partnera. Dlatego byli tak doskonali - przypomina Rafał Sadownik, dyrektor Carnavalu Sztukmistrzów.

Znakomite tradycje polskiej kultury cyrkowej są przekazywane i dzięki pasji młodych ludzi nie zostaną zapomniane. Ba, odradzają się w nowej, innej formie, czego najlepszym przykładem jest lubelski karnawał.

- Dziś jest inna potrzeba. Kiedyś artyści imponowali umiejętnościami, a kolejne rekordy przyprawiały o zawrót głowy. W pewnym momencie ta formuła się wyczerpała, bo zmieniły się potrzeby - dziś potrzeba opowieści i narracji - opowiada Sadownik.

W tę niszę na polskiej scenie kulturalnej idealnie wpasował się Lublin. Przez kilka dni w roku ulice opanowane są tam przez artystów. Wchodząc na Stare Miasto ma się wrażenie, że wchodzimy w inny świat. Świat, który wrze, w którym dużo się dzieje.

Ciało i krew

Carnaval Sztukmistrzów, jego nazwa i idea, opiera się na trzech filarach - słynnej na cały świat książce noblisty Isaaca Bashevisa Singera pt. "Sztukmistrz z Lublina", sztuce i kulturze ludycznej, a także sztuce ulicznej.

- Wszyscy mamy tożsamość zbudowaną kulturą wysoką. Wielką literaturą, dziełami teatralnymi. Jesteśmy zbudowani kulturą narodową, ale mamy wielkie braki w kulturze regionalnej. Nie potrafimy powiedzieć, czym wyróżnia się nasz region, przytoczyć charakterystycznych zwrotów. To też jest nasza, polska kultura, nasze dziedzictwo. W Carnavale chciałem to wszystko połączyć - mówi Sadownik.

- Jeśli kultura wysoka jest duchem narodu, to kultura ludyczna jest jego ciałem i krwią - dodaje.

Karnawał to święto, które spuszcza powietrze. Jest potrzebne, bo sztuka staje się bardziej przystępna, jest dla każdego. Nie trzeba kupować drogiego biletu, by poczuć się wyjątkowo. Przez to Carnaval staje się bliski, a widz czuje, że jest częścią czegoś dużego.

Sadownik: - Carnaval odmienia myślenie o przestrzeni publicznej. Zazwyczaj kultura była zamykana w salach koncertowych, teatralnych, kinowych. Carnaval wyszedł na ulicę. Artystę można dotknąć, porozmawiać z nim. Poczuć przynależność do miejsca, wspólnej przestrzeni. - Carnaval odniósł taki sukces, bo brakowało na mapie Polski tak sprofilowanego wydarzenia. Jesteśmy jedyną imprezą w Polsce, która łączy sztukę współczesnego i nowego cyrku z kulturą ludyczności. Dla mnie i dla ludzi z mojego pokolenia było to wypełnienie miejsca, którego brakowało - przekonuje dyrektor lubelskiego wydarzenia.

Potencjał

Sadownik ma ambitne plany. Chce, by Carnaval Sztukmistrzów jeszcze bardziej zaznaczył obecność na kulturalnej mapie Polski. Ma w tym pomóc bardziej zróżnicowany program artystyczny. Mimo że już dziś widzowie mogą przebierać w bogatej ofercie, przyszłe edycje mają dać większy wybór koneserom, ludziom kultury, którzy coraz chętniej przyjeżdżają do Lublina.

Marta Kuczyńska, performerka, aktorka, reżyser: - Zależy mi, by środowisko teatralne zauważyło potencjał, jaki tkwi w cyrku. By reżyserowie i aktorzy teatralni pojawiali się tutaj i ruszyli na spektakle, już teraz często wymagające w odbiorze. To też jest dla nich.

- 10 lat temu ludzie nie mogliby powiedzieć, co to jest współczesny cyrk. Ta świadomość się powiększyła, ale nadal nie jest taka, jak np. we Francji, gdzie nowoczesny cyrk traktowany jest równorzędnie obok tańca, teatru, literatury i kina. Na szczęście dzięki Carnavalowi Sztukmistrzów to myślenie się zmienia - dodaje.

Coney Island

Kto wie, a być może za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat Lublin stanie się polskim Coney Island. To magiczne miejsce na mapie USA, gdzie od około 150 lat pisze się historia amerykańskiej rozrywki, stolica cyrków i wesołych miasteczek. To specjalnie wydzielona strefa, która jest jednym z najbardziej demokratycznych kulturowo obszarów dla artystów z całego świata, a w konsekwencji - także atrakcją turystyczną.

- Nie ma fizycznie w Polsce takiego miejsca jak Coney Island, ale można je stworzyć mentalnie. Lublin jest tego zdecydowanie najbliżej, bo od dziewięciu lat robi miejsce w polskiej kulturze, by myśleć o cyrku jako czymś wartościowym. Potrzeba edukacji i zrozumienia, czym jest rozrywka cyrkowa w Polsce. Jeśli miałabym sobie wyobrazić, co się może stać, to marzyłabym, by powstało tu jakieś miejsce stacjonarne, które mocniej zaznaczy charakter Lublina - mówi Karolina Sulej, wraz z Mateuszem Kubikiem autorka książki "Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island".

- Nie można bać się zrobić z Lublina centrum, które ogniskuje różnych teoretyków i praktyków. Zresztą to już się dzieje. Cyrk nie jest zapomnianą i umarłą wyspą. To, co mamy do zaoferowania, to refleksja i tradycja sztuki cyrkowej. Potrzebne jest jednak wsparcie. Państwo powinno zauważyć, że jest to rodzaj kultury, o którą warto zadbać - podkreśla Sulej.

Czy Lublin stanie się polskim Coney Island? A może Carnaval Sztukmistrzów zniknie na kilkadziesiąt lat z polskiej świadomości, tak jak polscy artyści cyrkowi z lat 70.? Czas pokaże, w którą stronę pójdzie ta impreza, ale z całą pewnością dziś jest to miejsce wyjątkowe, inne od wszystkich. Myśląc i mówiąc o prawdziwie polskiej kulturze, nie można zapominać o niezwykłej lubelskiej inicjatywie.

- Jesteśmy wizytówką nie tylko miasta, ale też kraju. Przyjeżdżają do nas artyści i "highlinerzy" z całego świata, m.in. z Ameryki Południowej, Bliskiego i Dalekiego Wschodu, nie mówiąc już o Europie. Często ich pierwszy kontakt z Polską to kontakt z Lublinem. Chcemy być dobrze zapamiętani. Chcemy być ambasadorami polskiej otwartości i kultury - podkreśla Sadownik.

ŁUK

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje