Reklama

Reklama

Ciasne cztery ściany

Najpierw ruiny i bieda. Potem ciasnota i wystane w kolejkach meble. O tym jak od czasów wojny zmieniał się design naszych mieszkań opowiada Agata Szydłowska, wykładowczyni na Wydziale Wzornictwa ASP w Warszawie.

Interia: W zrujnowanej, powojennej Polsce trudno mówić o wystroju wnętrz...

Reklama

Agata Szydłowska: Był uzależniony od powierzchni. Brakowało miejsca, W Warszawie rodziny gnieździły się w jednym pokoju. W latach powojennych charakterystyczne były dwa źródła pozyskiwania elementów wyposażenia. Pierwszym był szaber. Drugim: na tzw. ziemiach odzyskanych ludzie się wprowadzali często do gotowych mieszkań, pozostawionych przez Niemców.

I nadszedł stalinizm...

- W czasach stalinizmu był problem z rzeczami konsumpcyjnymi, nie było miejsca na konsumpcję. Gospodarka była nakierowana na potrzebny do odbudowy przemysł ciężki. Ówcześni politycy tłumaczyli już po śmierci Stalina, że jest to etap konieczny, że najpierw odbudujemy miasta, wyprodukujemy czołgi i traktory, a dopiero potem będziemy mogli produkować przedmioty konsumpcyjne. Z tym wszystkim związana była stalinowska wizja społeczeństwa. Nie było w niej miejsca na prywatność. A mieszkanie należy do domeny prywatności.

Rok 1959: postanowiono wtedy, że M4 będzie miało powierzchnię 48 metrów. Czy od tego roku możemy mówić o "małej stabilizacji"?

- "Małą stabilizację" łączymy z władzą Władysława Gomułki. Wtedy zmieniło się między innymi podejście do zamieszkiwania. Wolno mi się zamknąć w mieszkaniu i wolno mi się urządzać. Wolno mi zacząć dbać o prywatność. Trochę łatwiej było też o rzeczy codziennego użytku. Działały manufaktury. To, jak ludzie się urządzali, zależało w dużej mierze od ich klasy społecznej. Wśród inteligencji popularna była przedwojenna Spółdzielnia "Ład", która została potem wcielona do Cepelii. Były to proste, drewniane meble. Produkowane były też mieszczańskie kompleciki: okrągły stół, foteliki, serwantka, kredens. Wszystko solidne, ciężkie i drewniane. Przeciwko nim występowali "arbitrzy dobrego gustu", projektanci związani z Instytutem Wzornictwa Przemysłowego, prasa: "Ty i Ja", "Kobieta i Życie", "Przekrój", magazyn "Stolica". Zaczęto wytaczać batalię przeciwko anachronicznemu urządzaniu się w małych wnętrzach. Zamiast kompletów proponowano proste mebelki, funkcjonalne, atrakcyjne. Czyli meble segmentowe.

I rozpoczyna się długa era meblościanek...        

- Najsłynniejsza z nich, wręcz kultowa, to meblościanka Bogusławy i Czesława Kowalskich po raz pierwszy pokazana w Poznaniu w 1961 roku. Mebel pomyślany tak, aby przynajmniej w teorii można było dopasowywać go do potrzeb. Meblościanka Kowalskich zagrała nawet w filmach. W "Małżeństwie z rozsądku" główni bohaterowie grani przez Daniela Olbrychskiego i Elżbietę Czyżewską idą na zakupy i tańczą w pawilonie zaaranżowanym meblami Kowalskich. Tekst piosenki, przy której tańczyli napisała Agnieszka Osiecka. "Może mówię czasami od rzeczy, / lecz uważaj żeby nas nie zjadły rzeczy. / W dawnych czasach wszak bywały takie gafy, / że człek świata nie dostrzegał zza swej szafy. / My nadziei nie stracimy przez byle co, / wszak wiadomo, że te rzeczy się rozlecą". Puenta tej sceny była bardzo realistyczna: okazało się, że i tak wymarzona meblościanka jest tylko elementem ekspozycji. W filmie "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz" kolejka do "Emilii" stoi po segment Kowalskich.

Czyli nareszcie możemy wyposażyć nasze mieszkanie? 

- Zastanawiając się, w jaki sposób mamy się urządzić, jeśli jest nas pięcioro plus pies i mamy do dyspozycji 40 metrów kwadratowych. Dlatego łóżka zastępują składane wersalki. Meble nie zajmują już środka pokoju tylko są podsunięte pod ściany. Kurczy się kuchnia, w której znika stół. Chruszczow argumentował, że takie zmiany są dobre dla kobiet. Nie będą - jak Amerykanki - w swoich wielkich kuchniach ptakami w złotej klatce, tylko pracującymi i nowoczesnymi kobietami, które w kuchni spędzają mało czasu.

Gierek to duża stabilizacja?

- Nie, epoka gierkowska to okres tzw. propagandy sukcesu. Z Gierkiem było trochę inaczej, zaciągnął kredyty, pojawiły się dewizy. Na krótki moment wzrósł standard życia, Polacy mogli sobie pozwolić na więcej. Ludziom zaczęło się lepiej powodzić. Z jednej strony luksus a z drugiej bloki i wciąż mały metraż.

To wejdźmy do mieszkania epoki Gierka....

- Będzie w nim stała meblościanka, ale inna, bardziej fikuśna, zaokrąglone okienka z szybkami, podświetlany barek...  W barku koniaki a w lodówce - Coca Cola. Agnieszka Osiecka wymyśliła wtedy hasło: "Coca Cola to jest to". W regale będzie stał porządny telewizor. Pojawią się też zwiastuny gustu nowobogackiego, inspiracje egzotyką, Indiami, Bliskim Wschodem. Znów nawiążę do filmu. W jednym odcinku "Czterdziestolatka" bohaterowie robią remont, aby wnętrze wyglądało tak, jak mieszkanie środowiska, do którego aspirują. Wyrzucają drzwi, wykuwają łuki, kupują portret "przodka", angażują pretensjonalnego architekta wnętrz. Chcą się pokazać, zaimponować.

Potem przyszły mniej optymistyczne lata osiemdziesiąte.

- Stanęła gospodarka, sklepy były puste. To była epoka "zrób to sam". Radzenia sobie ze zdobycznymi rzeczami, naprawiania. Jeszcze w PRL-u można było zdobyć meble z Ikei - odrzuty z eksportu, bo szwedzka firma od 1961 roku miała w Polsce swoje fabryki.. W latach 80. super popularny był ikeowski zestaw Kon-Tiki, synonim inteligenckiego mieszkania. Fotele te, co ciekawe, "zagrały" w filmie "Seksmisja".

I docieramy do współczesności.

- W latach 90-tych porzuciliśmy meblościanki i modernizm i zaczęliśmy sięgać do wyobrażonej tradycji sielsko-dworkowej. W tym czasie też przez nasze mieszkania przeszedł spóźniony postmodernizm. W USA i na zachodzie Europy był popularny co najmniej dziesięć lat wcześniej. Próbowaliśmy nadrobić głód indywidualizmu, koloru, różnorodności. Pojawiły się wtedy przedziwne fikuśne sprzęty, kanapy w jaskrawych kolorach, wszystko czego wcześniej nie było. Zaczęła się też pojawiać kultura ekspercka: magazyny wnętrzarskie, architekci wnętrz.

A teraz, jak można by określić przestrzenie, które zamieszkujemy?

- Mieszkania współczesnych mieszczan są często urządzone w bardzo oszczędnym stylu. Kosmopolityczna klasa średnia zaczęła sprzeciwiać się estetyce dorobkiewiczów z lat 90. Zamożni specjaliści i menedżerowie chętnie sięgają do stylu międzynarodowego, do chłodu, pustki, racjonalności. Do zimnej nowoczesności. Wnętrza te często wyglądają jak pokoje hotelowe. Wśród wielkomiejskiej inteligencji, zwłaszcza wykonującej zawody kreatywne, pojawiła się też moda na meble vintage, często i z czasów PRL-u i kwiatki w doniczkach. Ciekawą tendencję związaną z mieszkaniami kupionymi na kredyt zauważyli socjolodzy. Często są one niemal puste, bo ich właściciele celebrują przestrzeń. Nie chcą jej zagracać. Kupili ją, zadłużyli się na 30 lat i chcą ją czuć. Mówimy tutaj jednak wciąż o klasach średnich w dużych miastach, bo to dla nich przede wszystkim wnętrze jest miejscem realizacji indywidualności.

Gdzie szukać tu roli projektantów?

- Dom wciąż jest dla projektanta czymś interesującym. Projektowanie nie musi być wymyślaniem na nowo formy krzesła, ale odpowiadaniem na problem recyklingu niepotrzebnych już mebli. Coraz częściej myśli się o rzeczach tanich, ekologicznych i dostosowanych do małych, tymczasowych powierzchni. Ta tendencja będzie się pogłębiała, bo świat się zmienia. Ludzie rzadziej się bogacą, częściej przemieszczają. W dodatku - co jest bardzo ważne - my wciąż często mieszkamy w mieszkaniach, które powstały w latach 50-tych i 60-tych. Ale dobre rozwiązania dobre z lat 60-tych teraz nie sprawdziłyby się, chociażby dlatego, że są nieekologiczne.

Mamy świadomość tego, że bardzo nadwyrężamy naszą wspólną planetę.  Mamy nadmiar wszystkiego. Nadmiar jest też przestrzenią dla projektantów. Więc nowych przestrzeni dla projektantów do eksploracji nie brakuje.

Rozmawiała EW

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne