Reklama

Reklama

Adrian Zandberg: Polska powinna zamknąć terminal w Małaszewiczach

- Czasowe zamknięcie kolejowego terminala w Małaszewiczach byłoby silnym rozwiązaniem, mamy je w ręku - mówił w dogrywce "Gościa Wydarzeń" na Interii lider Lewicy Razem Adrian Zandberg, wskazując, w jaki sposób Polska powinna zareagować na migracyjne działania Białorusi. Polityk odniósł się również do wzrastającej liczby zakażeń koronawirusem. - Rząd jest zakładnikiem niewielkiej, ale głośnej grupy polityków PiS, którzy poglądami nie różnią się od Konfederacji - stwierdził Zandberg.

Adrian Zandberg ocenił, że reakcją Polski na sprowadzanie przez Białoruś migrantów mogłoby być czasowe zamknięcie terminala kolejowego w lubelskich Małaszewiczach. Jest to centrum przeładunkowe PKP położone nieopodal Terespola, w którym znajduje się przejście graniczne. 

Do Małaszewicz docierają pociągi jeżdżące po torach o wschodnim, szerokim rozstawie szyn - m.in. z Chin. Szacuje się, że trafia tam 90 proc. towarów, jakie z ChRL docierają koleją do Europy. - Zamknięcie terminala byłoby rozwiązaniem silnym, które mamy w ręku, ale od wielu miesięcy niestosowanym. Nie rozumiem, dlaczego - mówił polityk Lewicy Razem w internetowej części "Gościa Wydarzeń".

Jego zdaniem "wysłanie Chińczykom prostego komunikatu, że zaostrzanie się sytuacji migracyjnej może spowodować czasowe wyłączenie Małaszewicz, mogłoby zakończyć kryzys bardzo szybko". - Białoruś ma poważne związki z Chinami, a ChRL posiada silne wpływy - ocenił Zandberg. 

Reklama

Adrian Zandberg: Narzędzia ekonomiczne są podstawą wywierania presji

Jak przypomniał, rząd zagroził zamknięciem innego przejścia kolejowego - w Kuźnicy Białostockiej - dopiero wtedy, gdy "lewicowe związki zawodowe z OPZZ zwróciły się o to", uznając, że kursy na Białoruś są niebezpieczne dla maszynistów. - W dzisiejszym świecie narzędzia ekonomiczne są podstawą wywierania presji - stwierdził. 

Ocenił również, że dotychczas stosowana metoda tzw. push-backów, czyli zawracania migrantów na granicę polsko-białoruską, była "niehumanitarna i nieskuteczna". 

"Rząd jest zakładnikiem grupy posłów PiS, którzy poglądami nie różnią się od Konfederacji"

Adrian Zandberg mówił także o IV fali koronawirusa i związanymi z nimi wysokimi dziennymi poziomami zakażeń. Prowadzący Marcin Fijołek przypomniał, że poprzedni gość programu - rzecznik rządu Piotr Müller - stwierdził, iż tak radykalne ruchy, jak przymus szczepień połączony z lockdownem w Austrii nie są możliwe w polskich warunkach prawnych.

- Rzecznik mówił to, co mówił, bo rząd jest zakładnikiem niewielkiej, ale głośnej grupy polityków PiS, którzy poglądami nie różnią się od Konfederacji. Premier nie zrobi nic, bo się ich boi - odpowiedział lider Lewicy Razem. 

Dodał, że kilka miesięcy temu apelował o wprowadzenie certyfikatów covidowych, umożliwiającym jedynie zaszczepionym wstęp m.in. na imprezy masowe czy do restauracji. Prowadzący przypomniał wtedy o "argumencie wolnościowym", który podnoszą przeciwnicy takich regulacji. 

- Tą "wolnością" ktoś ogranicza czyjeś prawo do życia. Warto, by wyborcy PiS w starszym wieku mieli świadomość, że rządzący - aby przypodobać się niezdecydowanym 30-letnim wyborcom - ryzykuje ich życiem i zdrowiem - odparł Zandberg.

Zandberg odpowiada Tuskowi: Czuje się patriotą, szef PO myli się

W jego ocenie niezaszczepieni nie powinni mieć prawa wstępu wszędzie tam, gdzie "stwarzają zagrożenie epidemiczne". - Jestem zwolennikiem szczepień powszechnych, ale nie zdążymy ich wdrożyć; rząd zawalił. Pół roku temu Jarosław Kaczyński miał wszystkie narzędzia, aby poziom wyszczepienia był wyższy - powiedział. 

Polityk komentował również słowa Donalda Tuska z 5 listopada. - Do wyborów (parlamentarnych) pójdziemy zjednoczeni. Kto tego nie rozumie, ten zostanie na marginesie polityki. Tego chcą w większości Polacy i wymaga interes narodowy. To taki test na patriotyzm - mówił szef PO. 

Zandberg zapewnił, że "czuje się na tyle pewnie patriotą, że gdy słyszy polityków, którzy chcą przeprowadzać 'testy', może się uśmiechnąć". - Ja swój patriotyzm rozumiem jako pracę dla wspólnoty, a nie jako licytowanie się. Donald Tusk myli się. Jeśli coś może przybliżyć PiS do trzeciej kadencji to zmobilizowanie się wyborców obawiających się do powrotu świata sprzed 2015 roku - wyjaśnił.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy