Reklama

Reklama

Wielka Brytania decyduje o przyszłości. Nie tylko swojej

Dzisiaj Brytyjczycy po raz pierwszy od 1975 roku wypowiadają się na temat członkostwa w Unii Europejskiej. Do głosowania w referendum zapisało się rekordowe 46,5 mln obywateli. Brexit, czyli wyjście Wielkiej Brytanii z UE, będzie politycznym i gospodarczym trzęsieniem ziemi. Jeszcze nigdy żadne państwo nie opuściło Wspólnoty.

W referendum Brytyjczycy odpowiadają na pytanie: Czy Zjednoczone Królestwo powinno pozostać członkiem Unii Europejskiej czy wyjść z Unii Europejskiej?

Odpowiedzi brzmią: "Pozostać członkiem Unii Europejskiej" i "Wyjść z Unii Europejskiej".

Głosowanie potrwa od godziny 7 do 22 czasu lokalnego. Wyniki poznamy w piątek nad ranem. Sondaże typu exit poll, w których ankieterzy przepytują wyborców przed lokalami wyborczymi, tym razem nie będą przeprowadzane ze względu na zbyt duży margines błędu.

Referendum odbywa się, ponieważ, w największym skrócie, obiecał to David Cameron. Premier Wielkiej Brytanii zapowiadał, że jeśli wygra wybory w 2015 roku, to takie referendum zarządzi. I słowa dotrzymał, choć niewykluczone, że straci przez to stanowisko.

Reklama

David Cameron jednoznacznie opowiada się bowiem za pozostaniem w Unii. Decyzja o wyjściu będzie swego rodzaju votum nieufności dla premiera.

Warto zaznaczyć, że czwartkowe referendum nie jest wiążące. Ewentualne opuszcznie Unii Europejskiej będzie musiał jeszcze przegłosować parlament. Nikt jednak nie wyobraża sobie, by decyzja wyborców miała zostać podważona.

Zresztą sam David Cameron zapowiedział, że w przypadku zwycięstwa Brexitu niezwłocznie uruchomi procedurę przewidzianą w artykule 50. traktatu lizbońskiego.

- Zgodnie z procedurą, negocjowanie warunków wyjścia potrwa dwa lata, jednak poukładanie wszystkich spraw wynikających z opuszczenia UE zajmie kolejnych osiem lat - mówi Interii dr Sue Onslow z University of London.

Jak wylicza dr Onslow i jak wynika z badań, za pozostaniem w UE opowiadają się przede wszystkim elity, duże miasta, duży biznes, środowiska akademickie, naukowe, rolnictwo przemysłowe, młodzi, Szkoci, Irlandia Północna; natomiast wyjścia z UE domagają się: prowincja, przedmieścia, mały biznes, niższa klasa średnia, robotnicy, ludzie starsi.

Stosunek do referendum tym razem nie dzieli brytyjskiej sceny politycznej w tradycyjny sposób, czyli konserwatyści po jednej stronie a laburzyści po drugiej.

Partia Konserwatywna jest rozdarta do tego stopnia, że za wyjściem z UE agituje nawet część ministrów Davida Camerona, w tym minister sprawiedliwości Michael Gove, a także m.in. były burmistrz Londynu Boris Johnson. Z kolei Partia Pracy, dowodzona przez krytycznego wobec Unii Jeremy’ego Corbyna, oficjalnie opowiedziała się za pozostaniem w UE. Konsekwentnie antyunijna pozostaje Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), a jej lider, Nigel Farage, stał się wiodącą postacią kampanii referendalnej (tu znajdziecie jego ostatnie przemówienie).

Sondaże przeprowadzone tuż przed referendum nie pozwalają na przewidzenie wyniku. Na prowadzenie w czerwcu wyszli "Brexiterzy", jednak wydaje się, że zwolennicy pozostania odrobili straty na ostatniej prostej. Może im też pomóc wysoka frekwencja.

- Wysoka frekwencja powinna sprzyjać opcji "pozostać", ponieważ demograficznie rzecz biorąc, jej zwolennicy wywodzą się ze środowisk mniej zdyscyplinowanych, jeśli chodzi o udział w wyborach (np. młodzi czy lewicowcy), podczas gdy Brexiterzy są z reguły starsi i bardziej skłonni głosować - komentuje dla Interii Asa Bennett, publicysta "The Telegraph".

Referendum uważnie przyglądają się Polacy na Wyspach. Brexit może oznaczać obostrzenia w dostępie imigrantów do świadczeń socjalnych. Z pewnością trudniejsze, przynajmniej od strony formalnej, będzie zdobycie pracy na Wyspach przez dopiero chcących przybyć do Wielkiej Brytanii. Ci, którzy pracują na Wyspach od lat, raczej nie muszą się specjalnie zamartwiać.

Oczywiście ewentualny Brexit będzie miał konsekwencje nie tylko dla Brytyjczyków i Polaków. Pojawiają się Kasandry i Wernyhory, którzy w Brexicie widzą początek końca Unii Europejskiej. Finansjera ostrzega z kolei przed krachem na giełdzie, spadkiem wartości funta i paniką w londyńskim City. A rynki, jak wiemy, są ze sobą powiązane. Jak panikuje jeden, to panikują też inne. Brexiterzy uspokajają, że to tylko strachy na lachy. Odpowiedź otrzymamy albo natychmiast, czyli w piątek na giełdach i w kantorach, albo w ogóle - bo Wielka Brytania pozostanie w UE.

Michał Michalak, Londyn


Czytaj nasze korespondencje z Londynu:

Brexit, czyli diabeł nieznany

Dlaczego Grecy popełniają samobójstwa

Brexit: Kolejki przed kantorami. Brytyjczycy masowo wykupują euro

Brexit: 400 tys. Polaków wróci do kraju?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy