Reklama

Reklama

"Brexit to może być nasz 1989 rok"

Czwartek, dzień unijnego referendum w Wielkiej Brytanii. Dziennikarze wydawanego od 1785 roku "The Times" przygotowują jeden z najważniejszych numerów dekady. Piątkowa okładka wkrótce może wylądować w podręcznikach do historii. Właśnie w czwartek postanowiliśmy odwiedzić redakcję "Timesa".

*

W ramach akcji #tekstyroku przypominamy najlepsze materiały napisane przez dziennikarzy serwisu Interia Fakty w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

*

17-piętrowy News Building przy London Bridge 1, gdzie mieści się redakcja "The Times", ale także "The Sunday Times", "The Sun" czy brytyjski oddział "The Wall Street Journal", to oczko w głowie australijskiego magnata Ruperta Murdocha, właściciela wszystkich tych tytułów.

Reklama

Przeszklony budynek pozwala z góry podziwiać panoramę Londynu - w referendalnym dniu cokolwiek deszczowego (zero zdziwień).

- Zobacz, nawet nie można popełnić samobójstwa - wskazuje ze śmiechem na pancerne szyby mój przewodnik, Roger Boyes, jeden z najbardziej szanowanych dziennikarzy na Wyspach. Wieloletni korespondent, autor książek, ekspert w dziedzinie polityki zagranicznej. W "The Times" pracuje od 1981 roku. Relacjonował dla gazety stan wojenny w Polsce.

Niektóre biurka w przestronnej redakcji przypominają małe biblioteki. Książka na książce. W myśl przykazania Ryszarda Kapuścińskiego, by na każdą napisaną stronę przypadało 100 przeczytanych.

O 9 rano w redakcji jeszcze pustawo. Ale za to Sport na posterunku. Anglia zagra z Islandią. Biznes robi prasówkę. Jak rynki zareagują na Brexit? Idziemy dalej. W pokoju pełnym kolorowych karteczek trwa jakaś narada. Wysokiemu Rogerowi trudno dotrzymać kroku.

Rozmawiamy o jutrzejszym wydaniu. Pierwsze ukaże się już o 22:45, kolejne pół godziny po północy, następne o 02:30. Ale wtedy jeszcze nie będzie nic wiadomo. Czy Wielka Brytania wyjdzie, czy zostanie. Najważniejsze więc będzie to, co pójdzie do druku o poranku.

Graficy, fotoedytorzy, dziennikarze przygotowują trzy wersje pierwszej strony: na okoliczność wyjścia, na okoliczność pozostania i na okoliczność zbyt wyrównanego wyniku, by cokolwiek ogłosić na sto procent.

- Najgorsze co można sobie wyobrazić, to podać na pierwszej stronie inny wynik głosowania niż w rzeczywistości - usłyszałem. Rzeczywiście, byłaby heca.

Dziennikarze powoli schodzą się do redakcji. Zadziwiająco dobrze ubrani, odnotowuję na marginesie, żadne tam adidasy i dżinsy z t-shirtami. Może to wpływ tego eleganckiego korpo-budynku? Stukanie w klawisze przybiera na intensywności, ale nie ma żadnej krzątaniny, pokrzykiwania, biegania.

- Cisza przed burzą - wyjaśnia jedna z dziennikarek.

Przed najważniejszym kolegium zaplanowanym na 11 udajemy się do korpo-kawiarenki, by porozmawiać o referendum.

"The Times" poparł głos na rzecz pozostania w Unii Europejskiej (Remain). Co ciekawe, niedzielna siostra gazety, czyli "The Sunday Times", zrobiła odwrotnie, i opowiedziała się za wyjściem (Leave). Najpopularniejszy tabloid "The Sun" też chce wyjścia. Dlaczego każda z gazet uważa za stosowne opowiedzieć się po jednej ze stron?

- Naszym dziennikarskim obowiązkiem było przedstawienie argumentów obu stron, rozliczenie wszystkich kłamstw i przekłamań, wreszcie konkluzja. I tak się stało. To naturalny proces jeśli chodzi o prasę w trakcie kampanii wyborczej - opowiada Roger Boyes znad croissanta.

Byłem ciekaw, jak odbywa się podejmowanie takiej decyzji, na ile była ona demokratyczna. Przecież wybicie tak jasnego stanowiska na pierwszej stronie, którą przeczyta później pół miliona odbiorców, z pewnością ma jakiś wpływ na ostateczny wynik. A dziennikarze mogą mieć różne poglądy.

- Jesteśmy gazetą eurosceptyczną, nie podoba nam się to, co dzieje się w Europie. Redaktor naczelny uważa, że powinniśmy jednak zacisnąć zęby i poprzez politykę zagraniczną wpływać na Unię. Dziennikarz, który napisał artykuł na ten temat, zrobił to na polecenie redaktora naczelnego. Każdy z nas miał swój wkład, ale była to przede wszystkim jego decyzja - wyjaśnia Boyes.

Konkurencyjne tytuły spekulowały, że Rupert Murdoch chce się zabezpieczyć na obie okoliczności - wyjścia lub pozostania. Mój rozmówca odrzuca te sugestie. To jednak dobry pretekst, by podpytać o pracę u tak wpływowego miliardera.

- Nie było interwencji ze strony pana Murdocha. Ostatnio często przebywa tutaj w biurze, ponieważ ożenił się z Jerry Hall, byłą Micka Jaggera, która ma duży dom pod Richmond. Byłem na dwóch kolegiach z udziałem pana Murdocha i zazwyczaj albo nie mówi nic, albo analizuje amerykańską politykę, co jest bardzo pomocne. Ale nigdy nie powiedział nam: piszcie tak lub tak.

"The Times", mimo że opowiedział się po stronie Remain, nie zwalcza jednak obozu Leave tak mocno jak choćby "Guardian".

- Sympatyzujemy z niektórymi członkami obozu Leave. Boris Johnson pracował w "Timesie", podobnie Michael Gove. Nasi bardziej doświadczeni reporterzy mają bliskie kontakty zarówno z obozem Davida Camerona, jak i obozem Leave. Spotykają się na kolacjach, ich dzieci chodzą do tych samych szkół. Niektórzy uczęszczali z Cameronem i Johnsonem do koledżu w Eton. Mamy wciąż społeczeństwo klasowe, między dziennikarzami a politykami nie ma dzielącego ich muru. Potrafimy jednak być agresywni, rzucamy się do gardeł nawet swoim przyjaciołom - zaznacza Roger.

Później pokazuje mi gablotę, w której zamieszczono zdjęcia sławnych redaktorów "Timesa". Wśród nich Boris Johnson, były burmistrz Londynu, wiodąca postać kampanii na rzecz wyjścia z UE. W podpisie pod zdjęciem czytamy: "Boris Johnson został w 1988 roku wyrzucony z 'The Times', gdzie pracował jako stażysta, po tym, jak zmyślił cytat, który przypisał swojemu ojcu chrzestnemu, historykowi Colinowi Lucasowi". Gdy Johnson odwiedził "Timesa", zatrzymał się przy tej tablicy. Podobno minę miał nietęgą.

Czwartkowe referendum Boyes określa jako pojedynek jednych eurosceptyków z drugimi eurosceptykami. Wszak David Cameron czy Jeremy Corbyn, liderzy obozu Remain, nieraz krytykowali Unię. Nawet w trakcie kampanii premier przyznawał, że eurokraci czasem "doprowadzają go do szału". Dlatego też Roger mówi o pojedynku eurosceptyków A z eurosceptykami B.

- Jako redakcja "The Times" chcemy, by drużyna A była nieco twardsza i jednocześnie uważamy, że drużyna B zmierza w złym kierunku, jest zbyt radykalna.

Siłą rzeczy rozmawiamy również o Polakach na Wyspach. Imigracja była kluczowym tematem kampanii referendalnej. Chcecie się nas pozbyć? - pytam prowokacyjnie.

- Prawda jest taka, że większość Brytyjczyków lubi Polaków. A jeśli nie lubią, to ich akceptują. Pracują razem, znają się dobrze. Zapytaj któregokolwiek katolickiego księdza w Londynie, co sądzi o Polakach. Złego słowa nie powie. Kościoły, do których osiem lat temu przychodziło po 10 osób, teraz pękają w szwach - śmieje się Roger. Ale przyznaje, że nie jest to idylliczne współistnienie:

- Niektórzy rodzice pytają: dlaczego mojego dziecko nie mówi płynnie po angielsku? Dlaczego na placu zabaw słyszy głównie polski? Uważają, że w klasie z polskimi dziećmi nie poświęca się im wystarczająco dużo uwagi. Te emocje narastają.

Jaki będzie wynik referendum? Dziennikarze nawet nie próbują udawać, że znają odpowiedź na to pytanie. Całe Wyspy żyją w niepewności. Londyńskie elity myślą, że rzutem na taśmę uda się w Unii pozostać, ale wybrzeże jest wściekłe - zwraca uwagę Roger. Stracili turystów, stracili pracę, wprowadzono ograniczenia w połowie ryb.

- Gniew to potężna siła. Wyborca wściekły idzie głosować. Nie ogląda się na pogodę - mówi Boyes, kontrolnie spoglądając za okno. Wciąż pada.

- Jeżeli wygra Leave, będzie to historyczny moment. To będzie nasz 1989 rok - dodaje.

Przyznaje, że rozum podpowiada: zostać, ale serce: wyjść.

- Dobrze, że ludzie zaczynają kwestionować wiele aspektów Unii Europejskiej. Zaczynają dostrzegać wszystkie te bezsensowne regulacje. Życie w Unii Europejskiej przypomina mieszkanie ze swoją matką. Kto przy zdrowych zmysłach chciałby mieszkać z matką przez całe życie?

Idziemy do lokalu wyborczego, umieszczonego w publicznej bibliotece. Wielu młodych ludzi z kawą, książką i białymi słuchawkami w uszach. Młodzi, którzy w większości opowiadają się za pozostaniem w UE, mogą przesądzić o wyniku referendum. Nikt jednak nie wie, na ile zmobilizują się i pójdą głosować. Mijamy stoliki i regały z książkami, trafiamy do malutkiego pokoju opatrzonego prowizorycznym szyldem "głosowanie".

- To mój ochroniarz - przedstawia mnie komisji wyborczej Roger.

Przy karcie do głosowania nie waha się ani chwili. Zaznacza "wyjść".

Michał Michalak, Londyn

Czytaj nasze korespondencje z Londynu:

Brexit, czyli diabeł nieznany

Dlaczego Grecy popełniają samobójstwa

Brytyjczycy decydują o przyszłości. Nie tylko swojej

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje