Reklama

Reklama

Brexit, czyli diabeł nieznany

Kampania referendalna rozhuśtała emocje na Wyspach i dziś, na dwa dni przed unijnym referendum, kompletnie nie wiadomo, co z tego wyniknie. A już na pewno nie wiedzą tego sondażownie. O możliwych scenariuszach i ich politycznych konsekwencjach, a także o tym, dlaczego Brytyjczycy nie zakochali się w UE, rozmawialiśmy z ekspertami w Londynie.

Przypomnijmy, że w czwartek, 23 czerwca, Brytyjczycy zdecydują, czy chcą pozostać w Unii Europejskiej.

Kampania

Reklama

Jak przekonuje nas Asa Bennett, publicysta "The Telegraph", kampania na rzecz wyjścia z UE (Vote Leave) skuteczniej trafiała do wyborców i lepiej wpisywała się w nastroje społeczne. Talentem wykazał się tu choćby Nigel Farage, lider UKIP, choć nawet jego kampanijni koledzy uważają go za populistę i demagoga i obawiają się, że zrazi wyborców niezdecydowanych.

Kampania na rzecz pozostania w UE (Britain Stronger in Europe) skupiła się natomiast na eksponowaniu argumentów ekonomicznych. By udobruchać eurosceptyków, krytykowano Brukselę, jednocześnie jasno wskazując, że to jednak mniejsze zło.

- Ci, którzy agitują za pozostaniem w UE, chcą, by Brytyjczycy myśleli o referendum jak o wyborze między diabłem, którego znają a diabłem, którego nie znają. Mają wsparcie wielu ekspertów i znaczących postaci. Przekonują, że gospodarka będzie miała się gorzej, gdy dojdzie do Brexitu. Wyborcy zdają się to rozumieć. Ale dochodzą jeszcze inne kwestie, takie jak imigracja, a tu Brexiterzy cieszą się większym zaufaniem - mówi Interii Asa Bennett.

Wynika z tego, że wielu wyborców jest skłonnych zgodzić się na pogorszenie swojej sytuacji materialnej (lub sytuacji gospodarczej kraju), byleby tylko imigracja została ograniczona. 

Kwestia migracji stała się w pewnym momencie motywem przewodnim debaty przedreferendalnej, a David Cameron musiał solennie zapewniać, że nie wpuści Turków do UE i że doprowadzi do zmniejszenia liczby imigrantów.

- Problem członkostwa w UE generalnie nie jest dla Brytyjczyków szczególnie ekscytujący i trudno im zważyć argumenty za i przeciw. Dlatego kampanie starają się opisywać tę kwestię szerzej, bardziej emocjonalnie, nie uciekając od siania paniki, ponieważ w ten sposób przykuwają uwagę - zauważa publicysta "The Telegraph".

Z czasem więc argumenty ekonomiczne kampanii na rzecz pozostania stały się straszeniem zapaścią gospodarczą, jaka miałaby nastąpić w wyniku głosowania za wyjściem (pierwsza strona wtorkowego "Guardiana" już wieszczy czarny poreferendalny piątek, 24 czerwca). Z kolei w kampanii "Vote Leave" nieoczekiwanie zaczęły się pojawiać również nuty pozytywne, jak na przykład wizja na powrót suwerennej, mlekiem i miodem płynącej Brytanii po wyzwoleniu się spod brukselskiego jarzma.

Dumny jak Brytyjczyk

Jak zauważa w rozmowie z Interią dr Sue Onslow z University of London, linia społecznego podziału między zwolennikami a przeciwnikami UE kształtuje się bardzo wyraźnie:

Za pozostaniem w Unii opowiadają się: elity, duże miasta, duży biznes, środowiska akademickie, naukowe, rolnictwo przemysłowe, młodzi; natomiast wyjścia z UE domagają się: prowincja, przedmieścia, mały biznes, niższa klasa średnia, robotnicy, starsi.

Trudno jednak mówić o euroentuzjazmie nawet wśród zwolenników pozostania w UE. To raczej małżeństwo z rozsądku, z owym dobrze już znanym diabłem.

Sceptycyzm i dystans wobec Europy kontynentalnej jest głęboko zakorzeniony w wyspiarskiej mentalności, przekonuje dr Onslow.

- W brytyjskiej mentalności tkwi również opór przed robieniem tego, co mówią ci inni - niezależnie od tego, czy jest to Bruksela czy Westminster - dodaje.

Brytyjczycy nie chcą brać udziału w budowaniu wspólnego, europejskiego superpaństwa, ze wspólną walutą i wolnością przemieszczania się. Wspólny rynek - owszem, ale z czysto pragmatycznych pobudek.

W tym kontekście Sue Onslow zwraca uwagę na jeszcze jedną rzecz:

- Integracja europejska zawsze była politycznym projektem elit, a nie wynikiem oddolnego aktywizmu.

Polityczne konsekwencje

Wynik referendum będzie miał poważne polityczne konsekwencje, niekoniecznie związane z artykułem 50. traktatu lizbońskiego.

Jeśli zwycięży opcja "wyjść", należy spodziewać się kolejnego referendum niepodległościowego w Szkocji, która jest znacznie bardziej pro-unijna niż pobratymcy z Anglii.

Ponadto referendum prawie na pewno przewietrzy rząd Davida Camerona, a może i wymiecie samego premiera.

- Jeśli wygra Brexit, będzie to koniec Camerona. Jeśli wygra pozostanie w UE, premier będzie musiał zaprosić wiodących Brexiterów do swojego rządu - mówi Interii Sue Onslow.

Zgadza się z tym Asa Bennett.

- Jeśli Wielka Brytania zagłosuje za pozostaniem w UE, David Cameron będzie pod ogromną presją, by zjednoczyć partię tak szybko jak to możliwe. Oznacza to, że Boris Johnson i inni "Brexiterzy" otrzymają istotne stanowiska w rządzie - uważa nasz rozmówca.

- Ważnym czynnikiem będzie tutaj różnica, z jaką zwyciężyłaby opcja pozostania w UE. Wyraźna wygrana zamknie usta Brexiterom, natomiast wynik na styku zachęci ich do domagania się "uczciwszego" rewanżu, czyli drugiego referendum - dodaje.

Kto mógłby zastąpić Davida Camerona, gdyby Brytyjczycy odrzucili porozumienie, jakie wynegocjował z liderami UE, i zagłosowali za opcją "wyjść"?

- W takim scenariuszu Boris Johnson i inni Brexiterzy, tacy jak Liam Fox czy Priti Patel będą postrzegani jako konserwatywni czempioni, którzy właściwie odczytują nastroje społeczne. Będą więc w idealnej pozycji wyjściowej do zastąpienia Davida Camerona - twierdzi Asa Bennett.

Sue Onslow zwraca uwagę, że brytyjski premier przeszarżował, nie przewidział, że sprawa Brexitu może wymknąć się spod kontroli do tego stopnia.

- Zakład Camerona, czyli postawienie na referendum unijne, było motywowane polityczną kalkulacją. Cameron był przekonany, że zdusi w ten sposób eurosceptyczny UKIP i spacyfikuje buntownicze zapędy w swojej partii. Już teraz wiemy, że plan nie wypalił. 

Jeśli o politycznych kontekstach referendum mowa, to warto na marginesie zwrócić uwagę, że w piątek, dzień po referendum, w Szkocji pojawi się Donald Trump, republikański kandydat na prezydenta USA i zwolennik Brexitu. Oficjalnie po to, by na nowo otworzyć swoje pole golfowe. Nieoficjalnie - by fetować Brexit.

Wiem, że nic nie wiem

Pracownie badań wciąż podają rozbieżne wyniki. Najnowszy sondaż ORB wykazuje siedmiopunktową przewagę opcji "pozostać", z kolei w badaniu YouGov na dwupunktowe prowadzenie wyszli Brexiterzy.

Poprosiliśmy Asę Bennetta o swój typ na czwartek:

- Sondaże sugerują, że wyścig jest wyrównany. Badania telefoniczne mają tendencję do wykazywania przewagi opcji "pozostać" a badania online - "wyjść". W tym momencie powiedziałbym, że Brytyjczycy zagłosują za pozostaniem, m.in. ze względu na wrodzony konserwatyzm i wielką niepewność, jaka kryje się za Brexitem. Jeśli jednak przewaga opcji "pozostać" nie będzie duża, temat nie zostanie zamknięty 24 czerwca.

Michał Michalak, Londyn

Dowiedz się więcej na temat: brexit

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy