Reklama

Reklama

Brexit: Ataki personalne zdominowały telewizyjną debatę

Wyraźne pogłębienie podziałów wynikających z osobistej walki wewnątrz Partii Konserwatywnej zdominowały czwartkową debatę telewizyjną przed brytyjskim referendum ws. członkostwa w Unii Europejskiej. Na dwa tygodnie przed głosowaniem jego wynik pozostaje niepewny.

Pomimo wielokrotnych zapewnień ze strony brytyjskiego premiera Davida Camerona, że zamierza za wszelką cenę uniknąć "niebiesko-niebieskich" starć przed decydującym głosowaniem (niebieski to kolor Partii Konserwatywnej - PAP), czwartkowa debata na antenie ITV będzie prawdopodobnie zapamiętana jako początek ostrych wewnątrzpartyjnych walk.

Reklama

Eksperci już wcześniej zwracali uwagę, że ciężko będzie sobie wyobrazić funkcjonowanie tak podzielnego ugrupowania, jak Partia Konserwatywna po zakończonym referendum.

Dla wielu osób, które nie śledzą przedreferendalnej kampanii wieczorne starcie w studio telewizyjnym mogło być pod wieloma względami zaskakujące. W debacie uczestniczyli przedstawiciele dwóch największych partii.

Z jednej strony wystąpiły reprezentujące rząd Camerona oraz Partię Konserwatywną sekretarz stanu ds. energetyki i zmian klimatu - Amber Rudd (opowiadająca się za pozostaniem w Unii Europejskiej) oraz jej zastępczyni Andrea Leadsom (zwolenniczka opuszczenia UE), z drugiej zaś deputowana opozycyjnej Partii Pracy Angela Eagle (optująca za pozostaniem w Unii) oraz jej partyjna koleżanka Gisele Stuart (stronniczka Brexitu).

Potencjalny rozpad Wielkiej Brytanii

Ponadto w debacie wzięła udział pierwsza minister Szkocji Nicola Sturgeon, która argumentowała, że pozostanie w Unii Europejskiej jest jedynym sposobem, aby uniknąć potencjalnego rozpadu Wielkiej Brytanii po kolejnym referendum ws. niepodległości Szkocji.

Dla przebiegu debaty kluczowa była jednak obecność szóstego panelisty - i jedynego mężczyzny - Borisa Johnsona. Były mer Londynu stał się obiektem agresywnych ataków ze strony pań, zarzucających mu niewiarygodność i dążenie do zastąpienia Davida Camerona na stanowisku premiera.

Opowiadające się za pozostaniem w UE Nicola Sturgeon, Angela Eagle i Amber Rudd raz za razem krytykowały niespójność poglądów Johnsona, oskarżając o kłamstwa i manipulacje danymi w celu osiągnięcia za wszelką cenę politycznego celu.

"Jedyną liczbę o jaką dba Boris jest dziesięć" - argumentowała Rudd, krytykując niedokładne scenariusze gospodarcze zwolenników Brexitu i sugerując, że Johnson myśli wyłącznie o przejęciu władzy na Downing Street 10, gdzie znajduje się siedziba premiera.

Ściągnijcie to kłamstwo z autobusu

Johnson reagował oszczędnie, skupiając się głównie na powtarzaniu kampanijnych haseł o konieczności "odzyskania kontroli" i wyliczeniach statystycznych dot. wkładu Wielkiej Brytanii do unijnego budżetu w wysokości 350 milionów funtów tygodniowo.

"Ściągnijcie to kłamstwo z autobusu kampanijnego" - zaapelowała do niego labourzystka Eagle, powołując się na szereg analiz eksperckich, w tym niezależnych organizacji statystycznych, które określiły tę liczbę jako "potencjalnie wprowadzającą w błąd", gdyż prawdopodobnie jest ona nawet o ponad połowę niższa.

Operowanie półprawdami jest jednym z kluczowych zarzutów krytyków kampanii za tzw. Brexitem. Zanim doszło do debaty telewizyjnej, w czwartek rano znana ze swych eurosceptycznych poglądów posłanka Sarah Wollaston ogłosiła, że zmieniła zdanie i planuje poprzeć pozostanie Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej.

"Jak przystało na kogoś, kto przez lata prowadził kampanię na rzecz jawnych i szczerych, dostępnych publicznie danych, nie mogę postawić nogi w autobusie kampanii, która kieruje się liczbą, o której wiemy, że jest po prostu nieprawdziwa" - argumentowała.

Na poziomie dyskusji programowej, zwolennicy obu opcji trzymali się podczas debaty w ITV głównie kluczowych wątków poruszanych w toku kampanii. Politycy przekonani o znaczeniu integracji europejskiej podkreślali negatywne skutki gospodarcze Brexitu i wskazywali na korzyści wynikające z dalszego członkostwa, broniąc istniejących regulacji, które powstały w Brukseli, m.in. dotyczących praw pracowniczych oraz równouprawnienia kobiet i mężczyzn, a także wpływu imigracji na Wielką Brytanię.

"Wspólnota niedemokratycznych elit"

"Imigracja powoduje pewne napięcia w niektórych obszarach kraju, ale odpowiedzią jest tylko dalsze inwestowanie w nasze usługi publiczne (szkoły, szpitale - PAP). Jeśli ktoś ma problem z dostępem do nich, powinien oskarżać polityków, a nie imigrantów" - przekonywała w czwartek liderka Szkockiej Partii Narodowej Nicola Sturgeon.

Z kolei deputowani opowiadający się za Brexitem wskazywali na zagrożenia wynikające z "nieuregulowanej" imigracji z pozostałych państw Unii Europejskiej, podkreślając, że konieczne jest, aby "zagłosować za wyjściem i odzyskać kontrolę". Boris Johnson zwracał m.in. uwagę na to, że głos za pozostaniem w Unii Europejskiej to "utknięcie we wspólnocie niedemokratycznych elit, którym obojętne jest cierpienie ludzi".

Referendum ws. członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej jest zaplanowane na czwartek, 23 czerwca. Według sondaży wynik głosowania jest wciąż niepewny.

Z Londynu Jakub Krupa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy