Reklama

Ks. Zdzisław Witkowski: Namawiali mnie, żebym się przyznał

"Prawnik biskupa namawiał mnie za wszelką cenę, żebym się przyznał do winy, bo inaczej biskup będzie skończony. Nigdy się nie przyznałem, bo nic Lisińskiemu nie zrobiłem. (...) Lisiński to oszust i zamierzam walczyć o dobre imię w sądzie" - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską ks. Zdzisław Witkowski, który przez władze kościelne został uznany winnym wykorzystywania seksualnego Marka Lisińskiego.

Jak informowała wcześniej Wirtualna Polska, Marek Lisiński pożyczył od ks. Zdzisława Witkowskiego kwotę w wysokości 23 tysięcy złotych na leczenie chorej na raka żony. Gdy jednak wyszło na jaw, że kobieta nie jest chora, ksiądz zażądał zwrotu pieniędzy.

Lisiński, zamiast zwrócić pieniądze, miał przesłać do biskupa płockiego list, w którym oskarżył ks. Witkowskiego o wykorzystywanie seksualne.

W rozmowie z Wirtualną Polską ks. Witkowski tłumaczy, że został w sprawę wrobiony.

"Prawnik biskupa namawiał mnie za wszelką cenę, żebym się przyznał do winy, bo inaczej biskup będzie skończony. Nigdy się nie przyznałem, bo nic Lisińskiemu nie zrobiłem. Nie było żadnych dowodów na moją winę. Lisiński to oszust i zamierzam walczyć o dobre imię w sądzie" - mówi Wirtualnej Polsce.

Reklama

"Czekam tylko na rozstrzygnięcie apelacji w sprawie Lisińskiego i pozwę Liberę za niesłuszne zwolnienie z pracy i nieuzasadnione skazanie. Moja sprawa to było jedno wielkie oszustwo" - zaznacza.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy