Reklama

Kim Dzong Il nie żyje

Morze łez i mały czerwony książę

O szoku, który przeżywa Korea Północna, wystudiowanej histerii obywateli, końcu marzeń o dobrobycie i reperkusjach, jakie dla świata będzie mieć śmierć dyktatora - takie obrazki ze sparaliżowanej szlochem Północy można "oglądać" w europejskiej prasie.

"To szok dla Korei Północnej, w której Kim Dzong Il był czczony z taką samą siłą, z jaką był oczerniany przez świat zewnętrzny" - czytamy na łamach "The Guardian".

Zmarł tuż przed nowym rokiem, promowanym od dawna przez reżim jako punkt zwrotny w historii państwa, które - zgodnie z szeroko rozsianą propagandą - miało właśnie w 2012 r. wejść w fazę intensywnego rozwoju, dobrej koniunktury i wszechobecnego dobrobytu.

Choć Koreańczyków czekają teraz 3 lata żałoby, a wielu obywateli jest autentycznie załamanych wiadomością o śmierci przywódcy, Tania Branigan na łamach "The Guardian" prognozuje, że "nie będzie tak dramatyczne jak w 1994 roku, kiedy to zmarł Kim Ir Sen. "To była prawdziwa trauma, spotęgowana przez głód" - przypomina.

Raport specjalny "The Guardian" na temat śmierci Kim Dzong Ila:

Informacja o śmierci Kim Dzong Ila jest również jednym z czołowych tytułów internetowego wydania "The Independent".

Wydarzenie to jest opisywane głównie w kontekście następcy Kim Dzong Ila - jego najmłodszego syna Kim Dzong Una - a także zmian w gospodarce i finansach państwa, spowodowanych przez śmierć przywódcy.

Gazeta wspomina również o reakcji Stanów Zjednoczonych, wskazując, że administracja Baracka Obamy może odroczyć kwestie ponownego włączenia Północy do rozmów jądrowych i jednocześnie zapewnić zaplecze żywnościowe i administracyjne państwu, które znalazło się w trudnym dla siebie momencie.

Celem planowanych rozmów było wznowienie negocjacji w sprawie denuklearyzacji Korei Północnej. Negocjacje te utknęły w martwym punkcie w grudniu 2008 roku. Korea Południowa i USA domagały się wcześniej, by Północ wstrzymała swoje działania w dziedzinie atomistyki - głównie chodziło o wzbogacanie uranu.

Morze łez, Korea Północna w konwulsjach

Francuski dziennik "Le Figaro" poświęca wiele uwagi śmierci Kim Dzong Ila, prezentując to wydarzenie w kontekście kultu wodza, testów rakiet krótkiego zasięgu, przeprowadzonych przez Phenian i teatru emocji: dramatyzowaniu i histerii wśród obywateli Korei Północnej, pogrążonych w rozpaczy, która - według opozycji - jest jedynie wielką mistyfikacją.

Sébastien Falletti w jednym z kolejnych tytułów "Le Figaro" nazywa Kim Dzong Una "Małym Księciem" i podkreśla, że nadeszła dla niego chwila prawdy. Autor zwraca uwagę na fakt, że około 30-letni Kim Dzong Un (bo wiek nie jest dokładnie znany - przyp. aut.) przejmuje władzę w jednym z najbardziej zamkniętych krajów na świecie, którego główną misją jest utrzymanie totalitarnego reżimu, zapoczątkowanego przez jego dziadka.

Ewenement w historii komunizmu

Korea Północna jest przez "Le Figaro" określana jako ewenement w historii komunizmu i wyzwanie, które dla tego młodego człowieka, następcy ojca, będzie najeżone wieloma pułapkami.

Pozostający przez wiele lat w cieniu syn Kim Dzong Ila robi błyskawiczną karierę - od rangi czterogwiazdkowego generała (wrzesień 2010) do "zawodu" dyktatora.

Niemiecka "Frankfurter Allgemeine Zeitung" poświęca wydarzeniu mniej miejsca niż prasa brytyjska i francuska. Śmierć dyktatora przegrywa z Wullfem, Merkel i debatą dotyczącą prezydentury.

FAZ pobieżnie kreśli temat wydarzeń, które wstrząsnęły Koreą Północną i przedstawia je głównie w kontekście konfliktu między Północą a Południem, a także reperkusji, jakie śmierć dyktatora będzie miała dla Japonii i Stanów Zjednoczonych.

Kim Dzong Il przegrywa z ... emeryturami

Hiszpański dziennik "El Pais" - podobnie jak "FAZ" - również nie poświęca wiele uwagi śmierci koreańskiego dyktatora. Kim Dzong Il przegrywa tutaj z... tematem emerytur.

"El Pais" skupia się głównie na fakcie, że śmierć przywódcy komunistycznej Korei Północnej "otworzyła okres niepewności w południowo-wschodniej Azji, a sąsiadów postawiła w stan gotowości".

"Śmierć dyktatora, który wielokrotnie groził użyciem broni nuklearnej wobec swoich sąsiadów, podniosła napięcie w całym obszarze. Jedynie Chiny wyraziły 'głębokie ubolewanie' i nazwały Kim Dzong Ila 'dobrym przyjacielem'". Państwo to jednocześnie zapewniło, że będzie nadal wspierać Phenian w dalszym "zapewnianiu pokoju i stabilności" w regionie (chodzi o Półwysep Koreański - przyp. aut.). Zabrzmiało to jak groźba...

Dobór tekstów i opracowanie: Ewelina Karpińska-Morek

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy