Reklama

Reklama

Tropiciele

Przez kilkadziesiąt lat PRL prawda o zbrodni katyńskiej była tematem tabu. Prawdy nie puszczała cenzura, za jej mówienie łatwo było trafić do więzienia. Tych, którzy nie bali się i pisać, i mówić, nie było wielu.

Adam Macedoński założenie Instytutu Katyńskiego uważał za swój moralny obowiązek. I po ludzku wstyd mu było, że sprawa jest zapomniana, że nikt nie chce o niej mówić.

Reklama

- Chciałem coś zrobić w tej sprawie - mówi Macedoński, krakowski grafik, bratanek więźnia Starobielska, zamordowanego w Charkowie.

Ludzi, którzy chcieliby zorganizować się, żeby zbierać dokumenty i ujawniać prawdę o zbrodniach sowieckich szukał długo i w różnych środowiskach. Z podobnym rezultatem: nikt nie chciał.

- Już nawet wzmianka o Katyniu w tamtych czasach budziła często strach większy niż było to realne zagrożenie. Miałem znajomych księży, dawnych ziemian, intelektualistów, byłych akowców - wszyscy odmawiali. Polacy o Katyniu jakby wtedy zapomnieli, bo zakazywano nam pamiętać. A nawet jeśli były jakieś pojedyncze głosy, to nikt ich aż do drugiej połowy lat 70. nie słyszał. Panował strach przed zajmowaniem się tą sprawą i wywołana nim specyficzna zmowa milczenia - opowiada Macedoński.

Między Katzem i Katyliną

Kto miał bliskich zamordowanych w Starobielsku, Ostaszkowie i Katyniu - a pozostało po nich kilkadziesiąt tysięcy matek, żon, braci, sióstr i dzieci - mógł być pewien, że bezpieka o nim nie zapomni. Żony zamordowanych często wyrzucano z pracy, szczególnie w pierwszych latach PRL, dzieci nie przyjmowano na studia. Wielu kończyło edukację na zawodówkach, bo uniemożliwiono im nawet naukę w szkołach średnich. Jako obcy ideologicznie element z miejsca byli podejrzani, nader często trafiali do więzień czy do tzw. batalionów górniczych. Bezpieka przeszukiwała też ich domy, rekwirując wszelkie pamiątki, m.in. listy, dowodzące, że mordu dokonali Sowieci.

Do 1990 r. cenzura nie pozwalała wymieniać zbrodni katyńskiej w kontekście Związku Sowieckiego. W encyklopediach z czasów PRL między biogramami Lucjusza Katyliny i Bernarda Katza nie było słowa "Katyń". W trzynastotomowej encyklopedii z lat 60., czterotomowej z 1973 r. i w kolejnych dwóch jej wydaniach próżno szukać takiego hasła. Także suplement do niej, wydany w 1989 r., go nie zawierał.

Do końca lat osiemdziesiątych nie można było nawet w nekrologach zawiadamiać o rocznicy śmierci zamordowanych w Katyniu przed 1941 r. Jeszcze w wydanej jesienią 1989 r. książce Jerzego Łojka (którego ojciec został zamordowany w Katyniu, a matka, wdowa po nim, była prześladowana) "Dzieje sprawy Katynia" aż roiło się od ingerencji cenzorskich.

Prof. Łojek przez lata zbierał materiały o Katyniu. Pomagała mu w tym żona Bożena, robiąc kwerendy w londyńskich i paryskich archiwach. Po śmierci męża w 1986 r., sama zajęła się "sprawą katyńską", do czego zobowiązywał ją testament, jaki spisał mąż w 1977 r. W 1989 r., gdy ujawnienie niemal całkowitej prawdy było już możliwe, Bożena Łojek znalazła się wśród osób zakładających Komitet Rodzin Katyńskich.

Kredą na murze

Jest rok 1978. Adam Macedoński poznaje w duszpasterstwie akademickim w Krakowie - dziś już nieżyjącego - Stanisława Tora, żołnierza armii gen. Andersa, współzałożyciela jednego z pierwszych w Polsce w 1978 r. Wolnych Związków Zawodowych w Katowicach. Uznaje, że to jest człowiek pewny i zdeterminowany.

- Powiedziałem mu o moim pomyśle zbierania i rozpowszechniania informacji o zbrodni. On się ze mną zgodził i powiedział mi, że zna jeszcze jednego człowieka, Andrzeja Kostrzewskiego, który ma podobne do naszych zamiary. Umówiliśmy się na spotkanie u tego człowieka - opowiada Macedoński. We trzech stworzyli później zalążek Instytutu Katyńskiego.

Macedoński interesował się sprawą nie tylko z uwagi na losy swojego stryja. Już na przełomie lata 50. i 60. wspominał o niej na spotkaniach młodych poetów. Dziś z zachowanych dokumentów w IPN wie, że SB odnotowała to na podstawie jednego z donosów. Namawiał też kolegów do pisania na murach słowa "Katyń".

- Sam też pisałem, kredą, np. przy automatach telefonicznych. Mieliśmy całe torby z kredą. Działania były trochę naiwne, ale chodziło o to, żeby ludzie w ogóle wiedzieli, że coś takiego było - opowiada.

W latach 60. z wystawy we Włoszech przywiózł książki o zbrodniach sowieckich. Opracował system przesyłania zakazanej literatury? pocztą.

- Kupowało się książki na Zachodzie, a wysyłało po drodze, w którymś z krajów socjalistycznych: Bułgarii czy Rumunii na swój adres w Polsce - opowiada. - Patent się sprawdził, dzięki czemu w latach 70. powstała z tego duża biblioteka. Pożyczałem te książki znajomym. A jak któraś nawet nie wracała, cieszyłem się, bo wiedziałem, że krąży gdzieś i coraz więcej ludzi dowiaduje się prawdy o Katyniu.

Na plebanii ks. Karłowicza

Konspiracyjna organizacja Ruch w drugiej połowie lat 60. chciała dotrzeć do ludzi poprzez własne pismo, pierwsze, które wydawano poza cenzurą po 1956 r. Katyń nie był głównym tematem "Biuletynu" Ruchu, ale pisano o nim często.

- Chcieliśmy przypominać o zbrodni, bo w oficjalnym obiegu żadnych informacji o niej nie było - mówi Benedykt Czuma, jeden z liderów organizacji. - Później, w czasach naszej działalności w Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, było zresztą podobnie.

W czasie procesów kierownictwa Ruchu temat Katynia w ogóle się nie pojawił.

- Woleli w ogóle w akcie oskarżenia nie ruszać tej sprawy, bo z pewnością mówilibyśmy o niej w sądzie - przypomina Czuma. - Była mowa o naszej antysowieckiej postawie, ale o Katyniu już nie.

Jest połowa lat 70. Na plebanii kościoła św. Wacława na warszawskim Gocławku spotyka się grupka osób, w tym gospodarz, proboszcz ks. Wacław Karłowicz, kapelan Powstania Warszawskiego, ks. biskup Władysław Miziołek oraz Stefan Melak.

- Ustaliliśmy, że wiedza o wielkich postaciach niepodległości jest niewielka, a temat Katynia jest w ogóle nieznany, i że trzeba to zmienić - wspomina Stefan Melak. Rozpoczęły się wykłady i spotkania, powstał Krąg Pamięci Narodowej, a w końcu, w kwietniu 1979 r., z inspiracji mojej i ks. Karłowicza, Komitet Katyński.

Apogeum działalności komitetu przypadło na lata 1980-81. Komitet inspirował wydawanie ulotek i książek poświęconych zbrodni, a w lipcu 1981 r. postawił - w tajemnicy przed władzami - pomnik w tzw. dolince katyńskiej na Powązkach.

Niektórzy początków symbolicznego upamiętnienia ofiar Katynia na Powązkach doszukują się w geście Melchiora Wańkowicza po powrocie z emigracji. Odwiedzając pomnik AK "Gloria Victis", miał zapalić w pobliżu znicz w intencji zamordowanych oficerów.

Mówiono również, że taka była intencja władz kościelnych, aby wokół pomnika pozostawić wolną przestrzeń do spotkań i modlitw w intencji osób, których groby są daleko albo ich w ogóle nie ma. Nie wiadomo, czy to prawda, niemniej pojawiło się miejsce, gdzie można było uczcić ofiary Katynia. 2 listopada 1959 r. właśnie tam bezpieka wykryła symboliczny grób: w ziemię wetknięto niewielki krzyż, na którym zawieszono tabliczkę z odręcznym napisem: "Symboliczny grób 12 tys. oficerów polskich zamordowanych w Katyniu". Wzbudzał duże zainteresowanie, ludzie składali kwiaty, palili znicze.

Kryptonim Powązki

Milicjanci aresztowali przypadkowego mężczyznę: głośno komentował wydarzenie i mówił, że sprawcą mordu w Katyniu był Stalin. Sam grób zlikwidowano dopiero późnym wieczorem, gdy nie było już świadków. Tabliczkę z napisem skierowano do laboratorium kryminalistycznego by sprawdzić, czy nie ma na niej linii papilarnych. O wadze, jaką SB przykładała do śledztwa, może świadczyć, że wcześniej, 4 grudnia, opracowany został "Plan przedsięwzięć operacyjnych do sprawy agenturalno-śledczej", nadano jej kryptonim "Powązki".

Autora tabliczki nie ustalono. Stwierdzono natomiast, że krzyż umieściła tam mieszkanka Łodzi Ludwika Dymecka, żona zamordowanego w Katyniu oficera. Aresztowano ją rok później, w tym samym miejscu, gdy umieszczała tam odręczne ulotki z modlitwą za poległych w Katyniu. SB nie zdecydowała się na proces sądowy. Uznano, że działania Dymeckiej są "objawem choroby psychicznej", a dokumenty przekazano do archiwum.

Wkrótce jednak po teczkę znów sięgnięto, co wyjaśniał napis na okładce: "Na skutek powtarzających się faktów organizowania symbolicznego grobu". Regularnie bowiem - w rocznicę zbrodni, 1 sierpnia, 17 września lub 1 listopada - na Powązkach pojawiały się dowody, że ktoś pamięta o zabitych przez Sowietów.

W II połowie lat 70. przypominali o tym Stefan Melak i jego współpracownicy.

- Umieszczaliśmy tam krzyże, pod którymi znajdowała się tabliczka z napisem "1940" - wspomina Melak. - Napis był ważny, bo dzięki niemu wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Krzyże zwykle stały, dopóki byli ludzie. Potem bezpieka usuwała je.

W lipcu 1981 r. postawiono na tym miejscu (w tajemnicy przed władzami) prawdziwy pomnik, mierzący blisko 4 metry i ważący 8 ton. Miał dwa napisy: "Katyń" i "1940". Stał bardzo krótko: nocą pomnik zniknął. Został wywieziony przez SB.

- Mój brat montował go kilkanaście miesięcy - mówi Melak. - Na cmentarz przewieźliśmy go w południe w wielkim kontenerze na śmieci. Montaż trwał 2 godziny. Następnego dnia po pomniku nie było śladu. Oddano go po ośmiu latach: nieznani sprawcy podrzucili go pod bramę cmentarza.

Zbyt gorliwie nie ścigali

Instytut Katyński powstał co prawda w 1978 r., ale ujawnił się dopiero rok później, w 39 rocznicę mordu.

- Z miejsca ustaliliśmy, że będziemy zbierać informacje, gromadzić pamiątki, wydawać biuletyn i listę katyńską, rozrzucać ulotki. Przygotowywaliśmy się do tego w pełnej konspiracji przez okrągły rok - wspomina Adam Macedoński. - Przez ten czas zgromadziliśmy potrzebne materiały, wydrukowaliśmy ulotki i kilkanaście numerów "Biuletynu" (aż do lat 90. wydał 45 numerów biuletynu - przyp. KJ).

Ujawnili wtedy tylko jedno nazwisko - Macedońskiego. W "Biuletynie" podawali jako miejsce wydania: Warszawa-Kraków-Wrocław-Lublin. Macedoński liczył, że zanim SB go aresztuje, będzie chciała rozpracować jego kontakty w innych miastach i w ten sposób Instytut zyska trochę czasu.

Ta strategia okazała się skuteczna. Macedoński był zatrzymywany inwigilowany, ale, jak twierdzi, bez przesady. Być może - przypuszcza dziś - pomogło to, że sprawa zbrodni katyńskiej jest dla Polaków tak bolesna, iż nawet bezpieka zbyt gorliwie ich nie ścigała. Wiedza o Katyniu poszła w lud. Ludzie przestali bać się o tym mówić.

Zresztą wkrótce wybuchł Sierpień '80 i o sprawie zbrodni katyńskiej można było już czytać w dostępnych wszędzie publikacjach Solidarności. A stan wojenny tylko trochę ograniczył dostęp do tej wiedzy. Tego nie dało się już zatrzymać.

Konstanty Juliański

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne