Reklama

Reklama

Szkoła po przejściach

We wrześniu wszedł do szkół nowy program nauczania. W tym roku zaczęła obowiązywać też znowelizowana Karta Nauczyciela. Problem w tym, że zmiany budzą wiele wątpliwości nauczycieli, a Ministerstwo Edukacji Narodowej, zdaniem związkowców, nie jest w stanie wytłumaczyć i sprecyzować niektórych wprowadzonych przez siebie przepisów.

Od września nauczyciele muszą przeprowadzić jedną dodatkową godzinę zajęć edukacyjnych w tygodniu. Od przyszłego roku będą to dwie godziny.

Reklama

Niewygodna godzina

- Uważamy, że to rozwiązanie jest złe, a przede wszystkim niepraktyczne. Wprowadza się chaos, bo przecież na wsi, kiedy często zarówno uczniowie, jak i nauczyciele dojeżdżają z daleka, nikt nie będzie specjalnie czekał, żeby udało się przeprowadzić tę jedną godzinę - mówi Stefan Kubowicz, przewodniczący Sekretariatu Nauki i Oświaty "Solidarności". Godzina bowiem ma być według ministerstwa przeznaczona na zajęcia rozwijające zainteresowania uczniów lub uzupełnianie ich braków.

Dyrektorzy nie wiedzą jednak, jak zagospodarować dodatkową godzinę i czy ma to być godzina lekcyjna czy zegarowa. Zdaniem związkowców pomimo często pojawiających się i znikających na stronie MEN informacji na ten temat - wątpliwości nie rozwiano. Związkowcy twierdzą, że dyrektorzy najczęściej polecają nauczycielom wyszukiwanie zajęć, które mogliby prowadzić z uczniami. W wielu szkołach brakuje jednak pomieszczeń oraz uczniów chętnych do odbywania takich dodatkowych zajęć.

Gdzie te podwyżki?

Pod koniec listopada zmieniono ponownie artykuły dotyczące płacy. Wydłużono między innymi termin rozliczania się samorządów z nauczycielami. Według rzecznika Ministerstwa Edukacji Narodowej Grzegorza Żurawskiego zmianę wprowadzono, ponieważ gminy nie były w stanie rozliczyć się w terminie w ciągu roku ze wszystkimi nauczycielami.

- Zmiana przepisów mówiących o wynagrodzeniach nauczycieli, to szansa większej kontroli nad wypłatami z jednostek samorządowych - twierdzi Stefan Kubowicz.

Ministerstwo zaplanowało także podwyżki dla nauczycieli. Resort zapewnia, że podniesienie pensji w 2009 roku to element szerszego przedsięwzięcia. Tłumaczy, że premier chce wypełnić swoją obietnicę i podnieść do 2011 roku o 50 proc. w stosunku do 2007 roku wynagrodzenia nauczycieli.

- W roku 2009 przeprowadzono dwie podwyżki, po 5 proc. każda. Budżet na przyszły rok przewiduje dalszy wzrost płac o 7 proc. Nauczyciele są jedyną grupą zawodową, dla której przewiduje się w budżecie na przyszły rok wzrost wynagrodzeń - twierdzi Grzegorz Żurawski.

Związkowcy jednak policzyli, jak realnie będą wyglądać podwyżki. Twierdzą, że średnioroczny wzrost wynagrodzeń to jednie 2,3 proc. (przy podwyżce 7 proc. przez cztery miesiące). Do tego trzeba wziąć pod uwagę inflację, która, jak się przewiduje, w 2010 roku wyniesie 2,6 proc. (realnie będzie zapewne jeszcze wyższa). Dlatego realne dochody spadną co najmniej o 0,3 proc.

Średnio więc nauczyciele będą mogli otrzymać podwyżkę w wysokości 60-70 zł brutto. "Czy nie jest jałmużną kwota ok. 40 zł na rękę, jaką ma otrzymać "Godnie zarabiający polski nauczyciel", by posłużyć się jednym ze spotów wyborczych?" - pytają członkowie gdańskiej sekcji oświaty i wychowania "Solidarności" w stanowisku uchwalonym we wrześniu tego roku.

Wskrzesić zapał

We wrześniu ogłoszono wyniki badań OECD dotyczących sytuacji nauczycieli w 23 krajach, w tym w 15 krajach UE. Okazało się, że trzy czwarte nauczycieli uważa, że nie są zmotywowani do tego, aby poprawiać jakość swojego nauczania. Skarżyli się także na to, że nauczyciele osiągający dobre wyniki, nie są nagradzani i doceniani.

Brak motywacji jest też dużym problemem w Polsce. 70 proc. polskich nauczycieli to nauczyciele mianowani lub dyplomowani. A gdy ktoś na przykład w wieku trzydziestu kilku lat zostaje nauczycielem dyplomowanym (czyli osiągnie najwyższy stopień zawodowy), przez następne dwadzieścia, trzydzieści lat pracuje bez szans na awans. W praktyce jego motywacja z czasem wygasa.

Odpowiednie zmotywowanie do pracy wydaje się tym ważniejsze, że nauczyciele to grupa zawodowa, w której istnieje najwięcej przypadków wypalenia zawodowego. Ministerstwo i związki zawodowe zgadzają się, że obecny system należy zmienić. MEN chce więc wprowadzić nowy stopień zawodowy - nauczyciela lidera. Taki nauczyciel, oprócz swoich stałych zadań, otrzymywałby dodatkowe, na przykład koordynowanie pracy innych pracowników. Z funkcją związany byłby dodatek finansowy.

Zmiany ścieżki awansu zawodowego nauczycieli chcą także związkowcy. Ale nie w taki sposób. Ich zdaniem zamiast mnożyć dodatki, należy raczej podnieść podstawę pensji. Poza tym Stefan Kubowicz zaznacza: "Przecież wcześniej także byli nauczyciele, którzy mieli podobne zadania. W sprawie drogi awansu zawodowego trwają konsultacje ministerstwa ze stroną związkową".

Reforma po reformie

Od września nauczyciele (a także uczniowie) muszą zmierzyć się z kolejną nowością. Weszła w życie reforma programu nauczania. Nie tylko obniżono wiek dzieci rozpoczynających naukę. Wprowadzono także nową podstawę programową. Gimnazjum, według autorów reformy, nie ma być przedłużeniem podstawówki, jak było do tej pory, ale wstępem do liceum.

Program nauczania będzie ciągły dla trzech lat gimnazjum i pierwszej klasy szkoły ponadgimnazjalnej. Potem rozpocznie się ukierunkowanie ucznia. Jedne przedmioty będą dalej intensywnie przekazywane, inne będą uczone w mniejszym wymiarze godzin i według całkowicie zmienionego programu.

Na przykład osoby, które na maturze chcą zdawać biologię, zamiast historii będą uczone przedmiotu "Historia i społeczeństwo. Dziedzictwo epok". Według ministerstwa, "zajęcia z tego przedmiotu mają pomóc zrozumieć uczniom zainteresowanym naukami ścisłymi i przyrodniczymi, jak ważna jest historyczna ciągłość i jak wiele zjawisk współczesnych jest zakorzenionych w doświadczeniach poprzednich epok". Nauczyciele mówią jednak, że będzie to przedmiot o niczym i uczniowie nie będą nim zainteresowani. Skarżą się też między innymi na zmniejszenie wymiaru godzin lekcyjnych, na przykład języka polskiego.

- Upłynęło dziesięć lat od czasu ostatniej reformy, kiedy szkoła nie tylko zmieniła się pod względem strukturalnym, ale także weszła nowa podstawa programowa. Czy, wprowadzając teraz nową reformę, ktoś zadał sobie pytanie, jakie były dobre i złe strony tamtej? - pyta Aleksander Palczewski, dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie.

- Ja jako dyrektor liceum za kilka lat spotkam się z dziećmi, które teraz rozpoczęły naukę według nowego programu. Jako nauczyciel liceum jestem na końcu łańcucha i będę konsumować to, z czym przyjdą do mojej szkoły absolwenci gimnazjum. A uczniowie przychodzący do liceum mają bardzo różny stopień wiedzy.

Niestety, czasami wiedza ta jest niewielka, lecz w poprzednich latach poprzez powtórną naukę w liceum, gruntowała się. A i tak poziom znajomości np. historii wśród absolwentów liceów był dość niski. Dlatego nauczyciele boją się, że przy nowym systemie, w którym w wyższych klasach ponadgimnazjalnych historię zastępuje się przedmiotem zawierającym elementy historii, wiedzy o społeczeństwie, kulturze i muzyce wiedza absolwentów szkół średnich będzie mała.

- Naród bez historii dziczeje i umiera. Jakie wykształcenie zapewnimy uczniom, kończąc edukację historii na pierwszej klasie liceum? Nie mówiąc o tym, że w takim systemie uczenie historii najnowszej jest właściwie niemożliwe. Uczniowie dowiedzą się o niej jedynie z gazet i telewizji - mówi Aleksander Palczewski.

Nauczyciele skarżą się także, że dwa lata, podczas których będzie trzeba przygotować uczniów, chcących zdawać maturę z historii, to stanowczo za mało na gruntowną powtórkę wcześniej przekazywanych im wiadomości.

Bez dyskusji

Dyrektor Palczewski jest zdziwiony, że nikt z nim, jako z dyrektorem jednego z najlepszych w Polsce liceów (plasuje się w okolicach 10 miejsca w rankingach), nie konsultował kształtu nowego programu. Nie słyszał też, aby konsultowano go z nauczycielami z innych szkół. - Decyzje zapadają odgórnie - skarży się.

Odczuwany przez nauczycieli brak konsultacji jest tym bardziej niezrozumiały, że, jak twierdzi rzecznik prasowy MEN, ministerstwo nie będzie oceniało nauczycieli po tym, w jaki sposób uczą, ale po efektach.

Nauczyciele mówią, że reforma jest potrzebna, ale nie można jej przeprowadzać bez konsultacji ze środowiskiem pedagogów. - Spotykałem się z takimi sytuacjami, że przyjeżdżał ktoś z ministerstwa i prezentował nową podstawę programową, ale nie było możliwości zadawania pytań, dyskusji. No to jaki to ma sens - pyta dyrektor Palczewski.

Reforma wprowadza nowe podręczniki do wszystkich przedmiotów. Więc skutki zmian programu nauczania odczują także rodzice. Co roku bowiem będą musieli wydać na nowe podręczniki ok. 200 - 400 zł.

W tym roku reforma weszła do szkół podstawowych i gimnazjów. Na jej efekty musimy poczekać do 2015 roku. Wtedy zakończy się proces wprowadzania reformy, a pierwsi uczniowie napiszą maturę kończącą taki tok nauki.

Dowiedz się więcej na temat: MEN

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama