Reklama

Reklama

Przestrzenny nieład

Mimo łagodnej zimy akurat tego dnia było minus 15". Nie wystraszyło to nmieszkańców Zalesia. Od rana nadciągali pojedynczo i w grupach na Górki Szymona.

W ciągu kilkudziesięciu minut nad rzeką Jeziorką, na niewielkich piaszczystych wzniesieniach, stało już około dwóch tysięcy protestujących. W rękach trzymali transparenty, niektórzy powyciągali narodowe flagi. Dwie emerytki przyniosły biało-żółtą chorągiew papieską, a młodzi, jak na rasowych eko-protestach tańczą z gwizdkami i bębnami. Trochę dalej matki z wózkami utrzymują bezpieczną odległość aby hałaśliwa grupa nie wystraszyła dzieci. Naprzeciw barakowóz, spychacz i rozpoczęty wykop, odgrodzony na prędce biało-czerwoną taśmą. Tablica ostrzega: Teren budowy - wstęp surowo wzbroniony! Między manifestantami, a budową uwijają się radni wiedząc, że to ostatnia szansa zachowania twarzy w tym kompromitującym samorząd konflikcie. Korzystają z obecności kamer żeby wygłosić buńczuczne deklaracje - zresztą zupełnie sprzeczne z dotychczasowymi ich decyzjami. Skala protestu, determinacja mieszkańców, a przede wszystkim obecność mediów, dokonała czarodziejskiej przemiany. Na Górkach Szymona- w unikalnych krajobrazie, nie wyrosną pensjonaty. Pozwolenie na budowę zostaje uchylone. A przecież sprawa wydawała się prosta. Budowa nie miała niezbędnych opinii, planowana była z pogwałceniem lokalnych planów zagospodarowania przestrzennego, przepisów dotyczących ochrony krajobrazu i wbrew zdrowemu rozsądkowi. Mimo to samorząd do spółki z inwestorem potrafił tak kreatywnie zinterpretować zapisy, że można było rozpocząć budowę. Towarzystwo Przyjaciół Zalesia Dolnego - organizator protestu, na szczęście nie docenił kreatywności i mieszkańcy własnym ciałem obronili fragment unikalnego, krajobrazu.

Reklama

Ten przykład jest niestety wyjątkiem od ponurej reguły.

Polskie miasta i tereny podmiejskie stały się łupem deweloperów. A ci zachowują się jak na terenie podbitym. Proceder jest możliwy bo samorządy nie mają wizji rozwoju miast i osiedli. Słowo urbanistyka radnym prędzej już kojarzy się z urologią niż z planowaniem. Tereny zabudowuje się tak, by zmaksymalizować zyskowność inwestycji. Nie tylko ignorując walory krajobrazowe, ale nie zostawiając miejsca na drogi dojazdy, trasy szybkiego ruchu. Decyzje samorządowców, urzędników i lokalnych polityków wyglądają jakby podejmowane były z myślą o zyskach inwestorów, a nie w trosce o interes publiczny. Powszechny jest brak starań o harmonijny rozwój miasta, o przestrzeń wspólną, o miejsca dostępne dla mieszkańców, rekreację, tereny zielone, infrastrukturę sportową.

W efekcie Polska jest jednym z najbardziej zdewastowanych urbanistycznie krajów UE.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy