Reklama

Reklama

Zejście do piekła

Austriak Walter Genewein był jednym z najbliższych współpracowników administratora Litzmannstadt-Ghetto, Hansa Biebowa. Ani w pracy, ani po pracy nie rozstawał się on ze swoją Leicą załadowaną kolorowym filmem odwracalnym Agfa. To jemu zawdzięczamy setki barwnych przeźroczy z łódzkiego getta i z ulic tego największego miasta Kraju Warty. Podczas pobytu w Breslau, w któryś słoneczny dzień ostatniego wojennego lata, Genewein wykonał również serię kolorowych zdjęć. To zapewne ostatnie, wielobarwne fotografie z ulic, które wkrótce z woli Adolfa Hitlera staną się piekłem na ziemi.

Nad potwornie zniszczonym miastem tu i ówdzie snują się chmury dymu. To dowód, że gdy ok. połowy maja 1945 r. w zajętym przez czerwonoarmistów Wrocławiu przebywał operator Polskiej Kroniki Filmowej, ruiny dawnego Breslau jeszcze płonęły. "Po wiekach niemieckiego panowania, Wrocław - prastara stolica Piastów śląskich - wraca na łono Ojczyzny. Tu Niemcy bronili się przez długie tygodnie, niszcząc zawzięcie miasto, o którym wiedzieli, że zostanie im na zawsze odjęte" - słychać słowa komentarza podczas projekcji kroniki numer 12/45 ze zdjęciami filmowymi ze zniszczonej stolicy Dolnego Śląska.

Reklama

"Zmieciemy ślady niemieckiego panowania na Śląsku! Odbudujemy polski Wrocław!" - zapewnia lektor Polskiej Kroniki Filmowej. I dodaje: "Zgodnie z umową polsko-radziecką, władzę na terenach odzyskanych obejmuje polska administracja państwowa. Prezydentem miasta mianowany został znany działacz socjalistyczny Bolesław Drobner". I ani słowa o tym, że przez kilka powojennych tygodni Rosjanie tolerowali we Wrocławiu również niemiecką administrację miasta. Gdy tę kronikę wyświetlano w polskich kinach, Drobner nie był już prezydentem Wrocławia. Nie spodobał się działaczom Polskiej Partii Robotniczej i 9 czerwca zmuszono go do złożenia rezygnacji.

Wśród gruzów Wrocławia, w smrodzie spalenizny i trupim odorze, zaczynało się nowe życie miasta. Wielu z tych, którzy wiosną i latem 1945 r. przyjechali nad Odrę, wierzyło, że w te ruiny uda się tchnąć życie. Że za kilkadziesiąt lat Wrocław będzie jednym z najpiękniejszych miast polskich. Polskich właśnie.

Zakopywane pomniki

W pierwszych dniach stycznia 1945 r. w Breslau wyczuwało się oczekiwanie na coś strasznego, chociaż optymiści pocieszali siebie i innych, że bolszewicy są jeszcze daleko od granic Dolnego Śląska. I że nie odważą się wkroczyć do Rzeszy, a jeśli to zrobią, zostaną przegonieni tak, jak jesienią zeszłego roku zostali przegonieni z Prus Wschodnich. Inni błagali Opatrzność, by dobry Bóg oszczędził im takiego losu, jaki wówczas czerwonoarmiści zgotowali mieszkańcom Nemmersdorfu (obecnie Majakowskoje w Federacji Rosyjskiej) i innym wschodniopruskim miejscowościom. Pokazywane w kinach i utrwalone w pamięci obrazy zamordowanych w Nemmerdorfie nie dawały spokoju. Lepiej umrzeć, niż wpaść w łapy Sowietów - mówiono w Breslau.

W relacjach jego ówczesnych mieszkańców, w tym Polaków przebywających w stolicy Dolnego Śląska na robotach przymusowych, pojawiają się wypełnione po brzegi ciężarówki, które na przełomie lat 1944/1945 kierowały się zwłaszcza w stronę południowych granic miasta, gdzie znajdowały się drogi wylotowe w kierunku: Glatzu, Waldenburga i Hirschbergu, oraz wjazd na autostradę.

"Pod koniec 1944 roku wszystko płynęło niby nurtem uregulowanym, a jednak wkradło się coś obcego do znanego nam obrazu ulicy, do naszego życia domowego. Widzieliśmy w takim Wrocławiu rzecz niebywałą - całe stada bydła pędzonego ulicami do rzeźni miejskiej, spotykaliśmy kolumny pojazdów ciężarowych z tajemniczym ładunkiem, szczelnie przykrytym brezentem, to znów inne zespoły samochodów przewożących worki i skrzynie z żywnością, które lokowano w piwnicach - magazynach w pobliżu placu Czerwonego. Nocami wywożono z gmachów urzędów i banków akta, z większych sklepów cenniejsze towary, z muzeów, domów prywatnych, kościołów dzieła sztuki, kosztowności. Usuwano pomniki: Bismarcka z placu 1 Maja, Blüchera z placu Solnego, Fryderyka II i III z Rynku. Wywożono je z miasta i zakopywano w ziemi" - wspominał wrocławski lekarz i członek miejscowej Polonii, Stefan Kuczyński, używając nazw, które obowiązywały w czasach, gdy pisał swe wspomnienia. Dawny plac Czerwony to dzisiejszy plac Solidarności, do końca wojny nazywał się Wachplatz.

Uzupełniając relację Kuczyńskiego trzeba dodać jedno. Zabytkowe i bardzo cenne, a nierzadko bezcenne dobra kultury z wrocławskich muzeów, archiwów, kościołów i bibliotek, wywożono z Breslau już od lata 1942 r., gdy zarządzenie Adolfa Hitlera z połowy maja wysłane do gauleiterów NSDAP i ministrów jego rządu, stworzyło możliwości takiej ewakuacji, bez narażania się na zarzut szerzenia defetyzmu. W prowincji dolnośląskiej ewakuacją skarbów kultury do urządzonych w małych miejscowościach składnic, zajmował się okręgowy konserwator zabytków dr Günther Grundmann.

Drogi usiane trupami

Niby wszyscy spodziewali się tej wiadomości, a kiedy nadeszła, nikt nie mógł w nią początkowo uwierzyć. A jednak stało się. Wielka ofensywa zimowa Armii Czerwonej 12 stycznia 1945 r. ruszyła na zachód. Już po 4 dniach czołowe oddziały wojsk 1. Frontu Ukraińskiego dowodzonego przez marszałka Iwana Koniewa, w okolicach Częstochowy przekroczyły ówczesną granicę Rzeszy. Gdy jedne dywizje Koniewa skierowano na miasta górnośląskiego zagłębia przemysłowego, inne pędziły w kierunku Breslau, wkrótce docierając na przedpola stolicy Dolnego Śląska. Próba zdobycia Festung Breslau z marszu nie powiodła się i Rosjanie rozpoczęli okrążać miasto.

W tych trudnych, decydujących o przyszłości Breslau i niemieckiego Śląska dniach, naczelny prezes prowincji i gauleiter NSDAP Karl Hanke nie zawiódł Adolfa Hitlera. Podobnie jak w latach 1941-1944, gdy był perfekcyjnym i bezwzględnym wykonawcą poleceń płynących z Kwatery Głównej Führera, tak teraz postanowił - jako komisarz obrony Rzeszy - stanąć na czele obrony miasta, wojskowym rezerwując drugorzędną rolę.

Dwaj pierwsi komendanci Festung Breslau, generałowie Johannes Krause i Hans von Ahlfen, niezbyt gorliwie wykonywali polecenia Hankego. Wykorzystując swe znajomości w Berlinie, gauleiter pozbył się ich pod różnymi pretekstami. 3 lutego 1945 r. zwolniono ze stanowiska Krausego, z powodu zapalenia płuc, a miesiąc później Ahlfena przeniesiono na front zachodni. Ostatni komendant twierdzy, generał Hermann Niehoff, urodzony żołnierz, znany z twardej ręki i umiejętności utrzymania dyscypliny, nie pozwolił sobą kierować. I Hanke musiał przyjąć to do wiadomości.

Przygotowania miasta do obrony obserwował młody podchorąży Wehrmachtu i wojskowy rekonwalescent Ulrich Frodien. "W tych dniach - wspominał - najlepiej widać było, z jak niesamowitą szybkością zmieniało się miasto. Nikt już nie odśnieżał ulic, nie wywoził śmieci, a tramwaje jeździły coraz rzadziej, aż w końcu i ich zabrakło. Z ulic zniknęli policjanci, a brązowe mundury członków partii pochłonęła ziemia, jakby nigdy nie było żadnej NSDAP. W sklepie dawano na kartki żywnościowe (wprowadzone przed sześcioma laty) podwójne lub potrójne porcje: »Proszę brać, zanim Iwan weźmie!«. Następnego dnia sklep był już nieczynny, a właściciel zniknął. Zamykano też kina i restauracje. W ciągu zaledwie kilku dni życie zupełnie się zmieniło - Breslau ogarnął gorączkowy niepokój. Miasto pachniało już frontem, pachniało ogniem i śmiercią".

Hanke wiedział, że nie da się bronić miasta pełnego ludności cywilnej. Że trzeba natychmiast ewakuować kobiety, dzieci, starców, po prostu wszystkich, którzy nie są zdolni do noszenia broni.

19 stycznia 1945 r., w warunkach srogiej zimy, gauleiter nakazał ewakuację. Miejsc w pociągach i autobusach starczyło dla nielicznych, a ponadto w tamtych dniach przez Wrocław przejeżdżały przepełnione do granic możliwości pociągi ewakuacyjne ze wschodnich powiatów prowincji. Większość wrocławian do Kanth (Kątów Wrocławskich) szła więc piechotą w prawie 20-stopniowym mrozie, zmagając się ze śnieżną zadymką i pokonując liczne zaspy. Dla około 90 tys. osób była to droga śmierci... "Najwięcej leżało dzieci. Oddziały usuwające zwłoki miały pełne ręce roboty. Co parę metrów widać było zatrzymującą się ciężarówkę, często bez osłony, a mężczyźni z niej wyskakujący usuwają zwłoki leżące na chodnikach" - wspominała polska robotnica przymusowa Danuta Orłowska.

Tak działo się w samym Breslau; poza miastem zwłok nikt nie usuwał. Tylko zrozpaczone matki próbowały czasami zakopywać małe trupy w śniegu, bo wykopanie dziury w zmarzniętej ziemi, było zadaniem niewykonalnym. Wiele matek oszalało po śmierci swych pociech.

Widząc co się dzieje, wielu ewakuowanych wróciło do swych domów, a inni w ogóle nie wyruszyli na niemal pewną - dla starych, słabych lub chorych - śmierć. Hanke szalał, zmuszając dopiero co powołanego na komendanta płk. von Ahlfena (jeszcze przed jego nominacją generalską), do wydania rozkazu, by patrole żandarmerii cofały wszystkich wracających do Breslau mieszkańców. A sam 7 lutego podpisał kolejne zarządzenie o ewakuacji. 9 dni później, w nocy z 15 na 16 lutego, oddziały Armii Czerwonej pod dowództwem gen. Władimira Głuzdowskiego zamkną pierścień blokady wokół Festung Breslau. W bombardowanym i ostrzeliwanym przez artylerię radziecką mieście zostanie około 200 tys. cywilów.

Sfilmował własną śmierć

Trzy tygodnie wcześniej, a ściślej 22 stycznia, a więc w dniu, gdy tysiące wrocławian brnęło przez zaspy do Kanth, Karl Hanke gościł w Breslau ostatniego podczas swych rządów dygnitarza hitlerowskiego najwyższego szczebla. Ministra amunicji i uzbrojenia Rzeszy, Alberta Speera, do stolicy Dolnego Śląska przywieziono... sanitarką.

Dawny architekt Hitlera na początku trzeciej dekady stycznia wybrał się na Górny Śląsk, by osobiście zapoznać się z sytuacją militarną i gospodarczą tego niezmiernie ważnego dla Niemiec regionu. W opolskim hotelu 21 stycznia konferował on z ministrem komunikacji Rzeszy, Juliusem Dorpmüllerem, i dowódcą Grupy Armii "Środek", gen. Ferdinandem Schörnerem, a następnego dnia, prowadzonym przez siebie samochodem, wyjechał w kierunku Kattowitz. Pierwszym etapem podróży miały być Blechhammer i Heydebreck, ale w rejon obecnego Kędzierzyna-Koźla nie dotarł.

Wskutek gołoledzi samochód Speera na zakręcie drogi wpadł w poślizg i zderzył się z ciężarówką. "Samochód nie był zdatny do jazdy, zabrano mnie z powrotem sanitarką; trzeba było zrezygnować z dalszej podróży" - napisał we "Wspomnieniach". W Breslau po badaniach okazało się, że minister nie odniósł żadnych obrażeń. "Gauleiter Hanke - pisał dalej Speer - oprowadzał mnie po starym ratuszu, zbudowanym kiedyś przez Schinkla, a ostatnio odrestaurowanym. Mówił z patosem: »Rosjanie nie zdobędą go nigdy. Raczej spalę go«. Wysuwałem zastrzeżenia, ale Hanke upierał się przy swoim. Było mu wszystko jedno, co stanie się z Breslau, gdyby dostał się w ręce wroga".

W końcu stycznia doszło do wydarzenia, o którym wspominają niemal wszyscy autorzy opracowań o Festung Breslau. 28 stycznia na Rynku rozstrzelano zastępcę burmistrza miasta, doktora Wolfganga Spielhagena, niesłusznie oskarżonego o tchórzostwo w obliczu wroga. Tymczasem 54-letni Spielhagen bezskutecznie starał się o posadę w Berlinie, dokąd wcześniej wysłał żonę i córki. Gdy jej nie dostał, wrócił do Breslau i podjął dotychczasową pracę. W opinii Hankego sam zamiar opuszczenia miasta, był już zbrodnią, a posłuszny sąd błyskawicznie wydał wyrok ustalony we wrocławskim Gauleitungu NSDAP. 

Egzekucji Spielhagena przyglądał się Hanke z grupą "złotych bażantów", jak ze względu na kolor munduru nazywano aparatczyków NSDAP. Zresztą jeden z nich, strzałami z pistoletu w głowę, dobił skazańca, a gauleiter z okazji egzekucji wydał krótką proklamację, zakończoną słowami: "Ten, kto obawia się honorowej śmierci, umiera w hańbie". To był mord sądowy! Tak egzekucję zastępcy burmistrza oceniają historycy. Hanke nie miał litości dla nikogo. Rozstrzeliwano nie tylko dezerterów, ale także wszystkich spotkanych w opuszczonych mieszkaniach, żołnierzy bez przepustek, maruderów oraz cudzoziemskich robotników przymusowych, którzy choćby na chwilę opuścili miejsce zakwaterowania. Los Spielhagena podzieliło też kilku innych dygnitarzy hitlerowskich.

Bliski współpracownik Hankego, Obergruppenführer SS Ernst Heinrich Schmauser, urzędujący w Breslau wyższy dowódca SS i policji na obie prowincje śląskie i okręg Sudetów, dwa tygodnie po rozstrzelaniu Spielhagena zaginął w tajemniczych okolicznościach. Wbrew ostrzeżeniom żołnierzy, 10 lutego Schmauser pojechał drogą zajętą przez czerwonoarmistów lub znajdującą się pod ich ostrzałem. I nikt nigdy nie widział go już żywym...

Na krótko przed zamknięciem pierścienia blokady Breslau, w mieście przebywał operator kroniki filmowej Die Deutsche Wochenschau. W jej wydaniu numer 752 pokazano sceny z przygotowującego się do obrony miasta: migawki z ulic, budowę barykad z wagonów tramwajowych, zakładanie ładunków wybuchowych pod wrocławskie mosty i nadzorującego to wszystko Karla Hankego.

Zdjęciom towarzyszy następujący komentarz: "Z twierdzy Breslau. Stolica okręgu śląskiego stanowi jedną z zapór przeciwko atakowi bolszewickiemu. Ludność Breslau została wezwana przez swojego gauleitera do obrony miasta aż do samego końca. Odwaga ludzka i pancerfausty zatrzymają każdy samochód pancerny. Jednostki Volkssturmu przy budowie barykad na obrzeżu miasta. Gauleiter i komisarz obrony Rzeszy, Hanke, podczas zwiedzania urządzeń obronnych. Obrońcy twierdzy patrzą w przyszłość z pełnym zaufaniem. Stolica Śląska jest zabezpieczona ze wszystkich stron przed atakami bolszewickimi. Jednostki saperów przygotowują się do wysadzenia w powietrze [różnych obiektów]. Jeśli wymaga tego sytuacja, ofiarą wyburzeń padają domy i odcinki ulic".

22 lutego 1945 r. w południowej części miasta, na nasypie przebiegającej tam linii kolejowej, zginął 33-letni kpt. Władimir Suszczynski. Zginął on śmiercią żołnierza, chociaż nie miał w ręce karabinu, lecz działającą na sprężynę 35-milimetrową kamerę filmową. Ten korespondent wojenny i operator 1. Frontu Ukraińskiego filmował właśnie potyczkę czerwonoarmistów, próbujących przedrzeć się przez torowisko kolejowe, gdy dostał śmiertelny postrzał. Obok niego upadła kamera i zarejestrowała jego godzinę śmierci.

Świadek agonii miasta

Ksiądz Paul Peikert, proboszcz katolickiej parafii pod wezwaniem św. Maurycego w Breslau, był świadkiem zagłady tego jednego z najpiękniejszych miast Rzeszy. Jego "Kronika o oblężeniu Breslau w 1945 roku", doprowadzona do Wielkiego Piątku 30 marca tegoż roku, oraz "Relacja o Breslau - twierdzy od stycznia do czerwca 1945 roku" (faktycznie obrońcy twierdzy wrocławskiej skapitulowali w niedzielę, 6 maja), są ważnym źródłem informacji o dniach, gdy pod ciosami Armii Czerwonej konał niemiecki Wrocław. Radzieckie bomby i pociski artyleryjskie nie wybierały celów. Raziły również wiekowe zabytki na czele z kolebką Wrocławia - Ostrowem Tumskim.

"Katedra została kilkakrotnie trafiona, a szyby silnie uszkodzone, choć (...) nabożeństwa odprawia się nadal" - napisał ksiądz Peikert pod datą 8 marca 1945 roku. Cztery dni później zanotował: "Późnym wieczorem otrzymuję jeszcze dalsze wiadomości o wielkich spustoszeniach, które poczynił wczorajszy nalot na Breslau. W szczególności ucierpiał też Ostrów Tumski. (...) W kanoniach na Domstrasse [ulicy Katedralnej - przyp. L.A.] bomby wyrządziły rozmaite ciężkie szkody. Bombardowanie tej najcenniejszej, zabytkowej dzielnicy Breslau zostało sprowokowane bezmyślnym ulokowaniem ciężkich dział w ogrodzie rezydencji arcybiskupiej. Przy zwalczaniu tych dział zrzucone bomby padają, niestety, na okoliczne budynki i kościoły". Ale najgorsze miało dopiero nadejść...

Serie niszczycielskich nalotów na miasto Rosjanie przeprowadzili w Wielkanoc, 1 i 2 kwietnia. "Niesamowity i ponury był obraz płonącego Breslau wieczorem w Poniedziałek Wielkanocny i w nocy, obraz zagłady najpiękniejszej części tego ładnego miasta. Ciemne, zachmurzone niebo płonęło czerwienią. Gigantyczne kłęby zwisły nad całym miastem. Ciągle odwracaliśmy się, aby spojrzeć na ten makabryczny obraz" - napisał ksiądz Peikert, kilka zdań wcześniej precyzując: "Płomienie buchały z wież kościoła katedralnego; dach katedry był jednym morzem płomieni".

Wrocławski gauleiter NSDAP dysponował radiostacją dużej mocy, przez którą utrzymywał codzienny kontakt radiowy głównie z prawą ręką Hitlera, Reichsleiterem NSDAP Martinem Bormannem, któremu składał szczegółowe meldunki o sytuacji w mieście. Obronę Festung Breslau pokazano też w ostatniej kronice filmowej Die Deutsche Wochenschau.

Kilkudziesięciosekundową sekwencję wrocławską zmontowano z taśm, które z twierdzy wywieziono samolotem. I prawdopodobnie tą samą drogą, wśród listów poczty polowej, dostarczono do Breslau również gotową kronikę. Na ów wrocławski temat złożyło się kilka migawek z objętych walkami lub ostrzałem ulic, w tym fragment Rynku z ratuszem oraz postać Hankego w... pozie stratega.

Obrońcom miasta nie brakowało żywności, a nawet piwa i wódki, bo ciągle pracował browar i gorzelnia. Spore były też zapasy mundurów i butów. Brakowało natomiast broni i amunicji, które dostarczano samolotami lub produkowano na miejscu. Drogą lotniczą przywożono części zamienne np. do czołgów, których kilka uszkodzonych egzemplarzy stało w jednej z wrocławskich fabryk. W twierdzy wyprodukowano nawet pociąg pancerny, który brał udział w walkach. Samolotami wywożono też ciężko rannych. W sumie ponad 6500 kontuzjowanych żołnierzy drogą powietrzną wyrwało się z tego piekła, które stolicy Dolnego Śląska zgotowali Hitler i Hanke.

Licząc się z utratą lotniska, Hanke polecił w centrum miasta zbudować pas startowy. Pod radzieckim ostrzałem tysiące ludzi - cywilów niemieckich i cudzoziemskich robotników przymusowych - budowało to jedyne w swoim rodzaju lotnisko. Najpierw saperzy w ciągu Kaiserstrasse (obecnego placu Grunwaldzkiego) i przyległych ulic wysadzili w powietrze kamienice, hotele, kina i tym podobne budynki użyteczności publicznej, później uprzątnięto ruiny, usunięto słupy latarni i elektrycznej sieci tramwajowej, wyrównano teren. 

Z tego zbudowanego kosztem tysięcy ofiar lotniska, nigdy nie wystartował żaden samolot, ani żaden nie wylądował. Jego pas startowy systematycznie bowiem niszczyli czerwonoarmiści, zrzucając nań bomby. Liczne leje po nich uniemożliwiały jakikolwiek ruch samolotów.

Zanim 30 kwietnia 1945 r. Hitler popełnił w Berlinie samobójstwo, w swym testamencie politycznym ze wszystkich stanowisk państwowych i partyjnych zwolnił Heinricha Himmlera za próbę, nieudaną zresztą, podjęcia rokowań pokojowych z aliantami. Jednocześnie nowym Reichsführerem SS Hitler mianował Karla Hankego. Była to nagroda za wierną służbę oraz za skuteczność i fanatyzm wykazany podczas obrony Festung Breslau.

Tymczasem nowy Reichsführer był "uwięziony" w swej twierdzy, z czego zadowolony był wielki admirał Karl Dönitz, który na mocy wspomnianego testamentu został prezydentem Rzeszy. W jego rządzie i szeroko pojętych władzach nie byli potrzebni fanatyczni naziści.

Koniec Karla Hankego

Padł Berlin, a Breslau się nadal bronił. 4 maja gen. Niehoff postanowił wysłać parlamentariuszy do dowództwa wojsk radzieckich z propozycją poddania Festung Breslau. Na wieść o tym w znajdującej się w podziemiach Biblioteki Uniwersyteckiej na Piasku kwaterze Niehoffa zjawił się Hanke. Treść dramatycznej rozmowy gauleitera z generałem znamy tylko z relacji Niehoffa i prawdopodobnie jest nieprawdziwa, a przynajmniej w części nieprawdziwa. Hanke miał najpierw grozić, a później skamleć o pomoc w ucieczce, by ratować własną skórę. Miał argumentować, że jest młody i musi żyć, by wychować dwie córki. Niehoff chętnie pozbywał się z twierdzy natrętnego gauleitera.

Udostępnił mu nawet swój własny samolot łącznikowy Fieseler Storch (Fi 156). Tyle wiemy na pewno. Za pewnik należy przyjąć także i to, że Hanke opuścił Breslau w niedzielę 6 maja, we wczesnych godzinach rannych. Pilotowana przez 31-letniego Horsta Jägera maszyna, wystartowała z placu koło Hali Stulecia, i gdy na niskiej wysokości przelatywała nad pozycjami radzieckimi, została ostrzelana przez piechotę.

Jeden z pocisków karabinowych przebił bak i uszkodzony samolot wylądował między Zobten a Schweidnitz (Sobótką a Świdnicą), a więc już po niemieckiej stronie frontu, gdzie usunięto usterki. Fi 156 wystartował ponownie, by po kilkudziesięciu minutach wylądować na lotnisku w Hirschbergu (Jeleniej Górze). Wkrótce radiostacja komendanta Festung Breslau odebrała zaszyfrowany meldunek, że Karl Hanke bezpiecznie wylądował w mieście u podnóża Karkonoszy.

Generał Niehoff nie zaprzątał już sobie myśli gauleiterem, tym bardziej, że czekał go przykry obowiązek. Tej niedzieli w piwnicy willi Colonia przy Kaiser-Friedrich Strasse (obecnej ulicy Rapackiego) podpisał akt kapitulacji twierdzy. Dokument, na którym złożył swój podpis, przewidywał dla jego żołnierzy lekką i krótką niewolę.

Karl Hanke rozpłynął się gdzieś na ulicach Hirschbergu. Można się tylko domyślać, że w mundurze kaprala dotarł do pobliskiej wioski Hain (Przesieka), gdzie przebywała jego prywatna sekretarka. Nie wiemy, jak długo trwał jego pobyt w wiosce pod Śnieżką. Pewnie krótko, bo za kilka dni i tu dotrą czerwonoarmiści. Z Przesieki prawdopodobnie próbował przedostać się do zachodnich stref okupacyjnych Niemiec. Droga prowadziła przez przełęcze sudeckie i dalej przez Czechosłowację.

I tam miał zostać ujęty przez Czechów, którzy z gorliwością neofity polowali na Niemców. Historia jego śmierci w okolicach miasta Most podczas próby ucieczki z kolumny jeńców nigdy w pełni nie została potwierdzona, zatem można traktować ją jako hipotezę. Najbardziej prawdopodobną, ale tylko hipotezę. Karl Hanke oficjalnie uważany jest więc za zaginionego tak, jak tysiące mieszkańców Breslau, którzy bez śladu zaginęli w dniach wrocławskiej apokalipsy.

Leszek Adamczewski

Zdjęcia: Leszek Adamczewski, arch. autora, arch. redakcji.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje