Reklama

Reklama

Zamiast Bursztynowej Komnaty

Trzy lata temu zabrałem Czytelników "Odkrywcy" w podróż do Saksonii, śladem ewakuowanych tam w 1944 roku poznańskich skarbów. Byliśmy w pałacu w Reinhardtsgrimma i zamku Weesenstein. Teraz wybierzmy się do wioski Grossgrabe, którą władze Saksonii wybrały - wśród kilku innych miejscowości - na miejsce ukrycia Bursztynowej Komnaty.

Na ekranie pojawia się monumentalny gmach obecnego Muzeum Narodowego w Poznaniu. Uważny widz zdąży jeszcze dostrzec, że sąsiadujący z muzeum - przez ulicę Paderewskiego - historyczny budynek Bazaru, gdzie w czasach zaboru pruskiego Polacy planowali kolejne etapy "najdłuższej wojny nowoczesnej Europy", stoi mocno zniszczony.

Podczas projekcji tego wydania "Polskiej Kroniki Filmowej" z wiosny 1946 r., z głośnika słychać następujące słowa komentarza: "Muzeum Wielkopolskie w Poznaniu odzyskało cenne zbiory wywiezione przez Niemców w okresie ewakuacji miasta. Wiosną roku ubiegłego zbiory te, wraz ze zbiorami zrabowanymi w miastach rosyjskich, odnalezione zostały przez wojska radzieckie na terenie Niemiec i przesłane do Leningradu. Tu rozpoznano je i odesłano do Poznania. Muzeum zostało już doprowadzone do porządku i od kilku miesięcy znów jest dostępne dla publiczności".

Pierwsze rewindykacje

Reklama

Z jedną z osób, która pojawiła się na ekranie podczas otwierania skrzyń ze skarbami, rozmawiałem dokładnie pół wieku później. Emerytowany wicedyrektor Muzeum Narodowego w Poznaniu, Przemysław Michałowski, opowiadał mi, jak w listopadzie 1945 r. wraz ze Zdzisławem Kępińskim, na terenie radzieckiej strefy okupacyjnej Niemiec, poszukiwali poznańskich skarbów - ewakuowanych przez hitlerowską dyrekcję Kaiser-Friedrich Museum (KFM) do Saksonii.

I natrafili na ich ślad, ale - jak mówił Michałowski w 1996 r. - "władze radzieckie odesłały je w celu zidentyfikowania do Moskwy. Dalsze rokowania toczyły się już po naszym powrocie w grudniu 1945 roku, i zakończyły się przekazaniem nam naszej własności 20 lutego następnego roku w Brześciu nad Bugiem. W osiemdziesięciu skrzyniach wróciło ponad 15.500 obiektów różnego rodzaju ze wszystkich dziedzin sztuki oraz trzynaście skrzyń z nieokreśloną bliżej ilością zabytków prehistorycznych. Pomiędzy zbiorami Muzeum Wielkopolskiego znalazły się także: część zbiorów gołuchowskich ze wspaniałym portretem Tadeusza Kościuszki pędzla Grassiego na czele, obiekty z Muzeum w Kórniku, jak berło po Stanisławie Leszczyńskim i siodło Wiśniowieckiego, słynny »Portret matki« Henryka Rodakowskiego z muzeum w Łodzi". Michałowski dodał, że Rosjanie zwrócili dzieła sztuki w dobrym stanie.

Dwa lata później, w 1948 r., Rosjanie zwrócili kolejną partię skarbów kultury, wywiezionych przez Niemców z Kraju Warty, i znalezionych przez Rosjan w Saksonii, a stamtąd przewiezionych do ZSRR. Zdaniem Michałowskiego, "wróciły zabytki z zakresu malarstwa, rzemiosła artystycznego i etnografii. Znaczną część rewindykacji stanowiły zbiory Muzeum Miejskiego w Poznaniu, wśród nich piękna seria widoków Poznania namalowana w 1929 roku przez Leona Wyczółkowskiego oraz nadzwyczaj cenne zbiory map i atlasów z Biblioteki Raczyńskich".

Niechciany skarbiec

Doktor Siegfried Rühle pamiętał treść pisma szefa Kancelarii Rzeszy Hansa Heinricha Lammersa z 17 V 1942 r., w którym informował "panów ministrów Rzeszy" o zarządzeniu Adolfa Hitlera:

"W nalotach bombowych na niemieckie miasta zostały bezpowrotnie zniszczone dobra kulturalne (obrazy olejne, ryciny, meble, cenne dokumenty i książki, zapisy nutowe, szkice architektoniczne itp.). W celu uniknięcia dalszych strat Führer wydał zarządzenie, że gauleiterzy mają się troszczyć, aby wszystkie dobra kulturalne ich okręgów zostały zabezpieczone przed skutkami bombardowań i pożarów".

Od tego zarządzenia wszystko się zaczęło. Nie tylko w Kraju Warty.

Przez dwa lata kierowane przez dr. Rühlego poznańskie Kaiser-Friedrich Museum korzystało z komór w podziemiach Ufortyfikowanego Frontu Łuku Odry-Warty (Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego), które idealnie nadawały się na magazyny skarbów kultury. Dobra współpraca muzeum z wojskiem, które było właścicielem tych fortyfikacji, zaczęła się rwać wiosną 1944 roku. Bezwzględny priorytet nadano bowiem ich militarnemu wykorzystaniu, a latem tegoż roku rozpoczęto je rozbudowywać, a ściślej mówiąc, kontynuować prace przerwane w 1939 roku. Jeśli nawet władze wojskowe tolerowały czynny w podziemiach MRU zakład zbrojeniowy, Schachtelhalm GmbH, to zabytki z Kraju Warty... uznano za intruzów. I postanowiono się ich pozbyć. Jak wiemy z historii, nie do końca to się wojsku udało.

Bowiem na wypełnione unikatowymi skarbami kultury z Kraju Warty komory w podziemiach fortyfikacji międzyrzeckich, na terenie nieukończonej baterii pancernej numer 5. (dzisiejsza Pętla Boryszyńska), natrafili Rosjanie, z działającej na tyłach wojsk 1. Frontu Białoruskiego tzw. brygady trofiejnej Komitetu ds. Sztuki przy Radzie Komisarzy Ludowych ZSRR, i wszystko wywieźli do Moskwy. Znalezione w MRU dzieła sztuki wróciły do Polski w końcu 1956, a archiwalia dopiero na początku 1958 roku.

Wróćmy jednak do 1944 roku. Zarówno mająca swą siedzibę w wojennym Posen Inspekcja Umocnień Wschodnich (Inspektion der Ostbefestigungen), jak i administrująca fortyfikacjami międzyrzeckimi placówka Festungs-Dienststelle w Zielenzig (Sulęcinie) najpierw zakazały zwożenia tam dalszych dzieł sztuki, a w końcu, pismem z 7 VIII 1944 r., poinformowały dyrektorów Kaiser-Friedrich Museum w Posen i Pruskiego Tajnego Archiwum Państwowego w Berlinie-Dahlem, nadzorującego Reichsarchiv Posen, które również swe najcenniejsze zbiory magazynowało w podziemiach MRU, że: "trzeba się liczyć także z koniecznością opróżnienia pomieszczeń. W tym przypadku odpowiednio wcześniej zostanie przysłane zawiadomienie".

Dyrektor Rühle stanął więc przed koniecznością szukania nowych pomieszczeń na poznańskie skarby. Sytuację nieco tylko poprawiło jesienią 1944 r. wywiezienie części magazynowanych w MRU zabytków (w tym bezcennych przedmiotów ze skarbca katedry gnieźnieńskiej i wiekowych archiwaliów) do kopalni soli w Grasleben w środkowych Niemczech.

Pożar w zamku królewieckim

Leżąca w głębi Rzeszy Saksonia jeszcze jesienią 1944 r. wydawała się być bezpieczna. Armia Czerwona i armie aliantów zachodnich znajdowały się daleko, setki kilometrów od Drezna. O nalotach na pełną zabytków stolicę Saksonii nikt nawet nie myślał, takiej ewentualności nie traktując poważnie. Stąd też uważając tę prowincję za pewną, myślano raczej o zwożeniu w okolice Drezna skarbów kultury z innych części hitlerowskich Niemiec. I tak na przełomie lata i jesieni 1944 r. w dwóch miastach ówczesnej Rzeszy zrodził się pomysł, by do Saksonii wysłać zabytki narażone na różne niebezpieczeństwa, przede wszystkim nieprzyjacielskie bombardowania. W Posen został do tego zmuszony dyrektor Siegfried Rühle.

W tym samym mniej więcej czasie, w Königsbergu, zrodził się podobny pomysł. Po dwóch wielkich, nocnych bombardowaniach stolicy Prus Wschodnich przez lotnictwo Królewskich Sił Powietrznych (z 26/27 oraz 29/30 VIII 1944 r.), postanowiono wywieźć z miasta najcenniejsze zabytki. Była wśród nich także Bursztynowa Komnata, którą 3 lata wcześniej Niemcy zrabowali w podleningradzkim Puszkinie (Carskim Siole) i przewieźli do Królewca. Oddano ją tam pod opiekę wybitnemu znawcy bursztynu, dyrektorowi Muzeum Zamkowego, doktorowi Alfredowi Rohde. Po bombardowaniach i zaatakowaniu Prus Wschodnich przez dywizje Armii Czerwonej wczesną jesienią 1944 r., Rohde podjął starania o ewakuację komnaty i innych kolekcji królewieckich w bezpieczniejsze miejsca. Niektóre znaleziono w samych Prusach Wschodnich - by przypomnieć znane w Polsce z poszukiwań komnaty Wildenhoff, czyli Dzikowo koło Górowa Iławeckiego.

Ale tak jak Siegfried Rühle w Posen, tak i Alfred Rohde w Königsbergu zwrócił również uwagę na Saksonię, gdzie zresztą - za zgodą naczelnego prezesa Prus Wschodnich i królewieckiego gauleitera NSDAP Ericha Kocha - wybrał się w podróż inspekcyjną. Po prostu chciał sprawdzić kilka miejsc pod kątem, czy nadają się one na przechowanie skrzyń z bursztynowymi panelami komnaty. Jednym z tych miejsc była niewielka miejscowość Grossgrabe, leżąca około 40 km na północny-wschód od Drezna.

Na Grossgrabe, jeszcze przed przyjazdem Rohdego w grudniu, saksońskiemu gauleiterowi Martinowi Mutschmannowi, 23 listopada, zwrócił uwagę, zajmujący się sprawami kultury i nauki w Urzędzie Namiestnika Rzeszy w Saksonii, Arthur Graefe. Zaproponował on, by, obok m.in. zamków Sachsenburg i Wechselburg oraz twierdzy Kriebstein, na miejsce ewakuacji Bursztynowej Komnaty uwzględnić także miejscowość Grossgrabe. Mutschmann 24 listopada wyraził na to zgodę, a historia milczy, czy podczas grudniowej wyprawy do Saksonii Rohdemu pokazano dwór (Herrenhaus) w Grossgrabe.

Co więcej, w rzetelnie opracowanej książce "Bursztynowa Komnata" jej autorzy Catherine Scott-Clark i Adrian Levy zwrócili uwagę, że na przełomie listopada i grudnia 1944 r. "sytuacja zdążyła się już zmienić". W chwili przyjazdu Rohdego do Saksonii miejscowe zamki, twierdze, pałace i dwory były już bowiem zajęte przez instytucje, które chciały chronić swe zbiory. "Podobnie - czytamy w książce - w posiadłości Grossgrabe zmagazynowano kolekcje sztuki z Drezna. Rohdemu pozostały do wyboru dwa miejsca: zamki Wechselburg i Kriebstein".

Mimo że dyrektor królewieckiego Muzeum Zamkowego wstępnie zaakceptował przedstawione mu przez Graefego obiekty, Bursztynowa Komnata nie opuściła stolicy Prus Wschodnich. Prawdopodobnie zdecydował o tym nie - jak twierdzą niektórzy badacze wojennych dziejów tego arcydzieła sztuki - sprzeciw Ericha Kocha, lecz kłopoty transportowe. Rohde za późno rozpoczął przygotowania do ewakuacji komnaty, i nie zdążył ich zakończyć przed 12 I 1945 r., gdy na Wielkoniemiecką Rzeszę i zachodnią część okupowanej jeszcze Polski runęła lawina ognia i stali zimowej ofensywy Armii Czerwonej.

Pancerne zagony radzieckie szybko dotarły w rejon Elbinga (Elbląga), przecinając tam kolejowe i drogowe połączenia Königsberga z centralnymi rejonami Rzeszy. W tych warunkach nie podjęto próby ewakuacji kilkudziesięciu skrzyń drogą morską lub przez skuty lodem Zalew Wiślany do Danzig (Gdańska). Po zdobyciu zaś Królewca przez Armię Czerwoną 10 IV 1945 r., świętujący zwycięstwo nad wschodniopruskimi faszystami pijani żołnierze radzieccy zaprószyli ogień w częściowo zniszczonym zamku. W pożarze spłonęły też jakieś skrzynie, w których wcześniej czerwonoarmiści szukali alkoholu. Wkrótce okaże się, że w skrzyniach tych znajdowała się zdemontowana na części Bursztynowa Komnata. Władze ZSRR tę wiedzę utajniły, bo w Moskwie nikomu nie mieściło się w głowie, by podać do wiadomości opinii publicznej, że bohaterscy żołnierze Armii Czerwonej zniszczyli jedno z najcenniejszych radzieckich arcydzieł sztuki...

Niepozorny dwór w Grossgrabe

W archiwum Muzeum Narodowego w Poznaniu zachował się plik dokumentów z jesieni 1944 r., dotyczących przygotowań do ewakuacji znajdujących się w gestii Kaiser-Friedrich Museum skarbów kultury, do Saksonii. Wbrew obiegowej opinii, te pożółkłe ze starości kartki papieru nie kryją jakichś tajemnic. To przede wszystkim zwykła urzędowa korespondencja z szefami drezdeńskich instytucji kulturalnych i wojskowych, którzy zarządzali obiektami, mogącymi przyjąć na przechowanie cenny ładunek z Posen.

Siegfried Rühle wyprzedził Alfreda Rohdego, o co najmniej dwa miesiące, bo pierwsze kroki w celu ewakuacji poznańskich skarbów podjął już w połowie września, co zresztą było zgodne z zaleceniami wiceministra nauki, wychowania i oświaty ludowej Rzeszy Roberta Hieckego. W dniach 19 i 20 września Rühle pojechał do Drezna, by ponownie zjawić się tam prawie trzy tygodnie później. Na temat przyznania poznańskiemu muzeum pomieszczeń magazynowych rozmawiał m.in. z dyrektorami: Galerii Drezdeńskiej dr. Hermannem Vossem, Zielonego Sklepienia (znajdującego się w drezdeńskim Albertinum skarbca wyrobów ze złota i klejnotów Sasów) dr. Holzhausenem, Muzeum Armii ppłk. von Koernerem i Muzeum Porcelany prof. Fichtnerem. Pokazali mu oni kilka pomieszczeń odpornych na bomby, lub zlokalizowanych na głębokiej prowincji pałaców saksońskich. Rühle zwiedził także twierdzę Königstein, gdzie swój magazyn miało Zielone Sklepienie.


Podczas pobytu w tej jednej z największych w Europie twierdz, towarzyszył mu, przypadkowo spotkany w Dreźnie i ściśle współpracujący z KFM, Franz May. W Saksonii May, jesienią 1944 r. pracujący w kierowanej również przez Rühlego Kunstschutzkommission w Posen (Komisji ds. Ochrony Sztuki), szukał bezpiecznego schronienia dla kościelnych skarbów z Gniezna, w tym słynnych romańskich drzwi z XII w. ze scenami z życia św. Wojciecha.

Dworu w Grossgrabe dyrektorowi KFM nie pokazano. Wszak dopiero w ostatniej dekadzie listopada ten nie rzucający się w oczy budynek wpisano na listę obiektów, gdzie można było przechowywać skarby kultury.

I oto stojący jakieś 150 m od szosy Cottbus-Hoyerswerda-Dresden dwór. Gdybym nie wiedział, że wytypowano go na jeden z kilku celów ewakuacji Bursztynowej Komnaty, nigdy nie zwróciłbym na niego uwagi. Piętrowy budynek mieszkalny z dużym strychem w niczym nie przypomina szlacheckich siedzib. W pobliżu stoją budynki gospodarcze, wspólnie tworząc coś w rodzaju folwarku. Obok znajduje się kościół, który stanowi centralny punkt Grossgrabe. Kto wie, czy ów niepozorny wygląd dworu nie był aby najlepszą rekomendacją na składnicę dóbr kulturalnych. Gwoli ścisłości trzeba dodać, że na zachowanej fotografii z lat 40. XX w. zabudowania folwarku prezentowały się dużo lepiej niż w listopadzie 1996 i w maju 2014 roku, gdy przebywałem w Grossgrabe.

Wybiórcza pamięć dyrektora Rühlego

W zapomnianej już dzisiaj książce Paula Enkego "Bernsteinzimmer-Report" ("Raport o Bursztynowej Komnacie") wydanej w Berlinie Wschodnim pod koniec istnienia NRD, czytamy: "Część zrabowanych dzieł sztuki, które Rühle nakazał przetransportować na przełomie lat 1944/45, odnaleziono po rozbiciu faszyzmu niemieckiego. Dotyczy to zawartości trzech wagonów kolejowych, znalezionej w trzech różnych saksońskich magazynach dzieł sztuki, którymi opiekował się tam kustosz poznańskiego muzeum, Alexander Grosse".

Sam Rühle przesłuchującemu go 29 V 1946 r. oficerowi wywiadu amerykańskiego powiedział, w odniesieniu do Saksonii, że sporo zabytków z KFM wywieziono do pałacu Reinhardtsgrimma koło Dippoldiswalde w Erzgebirge (Rudawy) oraz do pałaców koło Meissen (Miśni), których nazw nie pamięta. W ogóle Rühle niewiele pamiętał. Protokół z jego przesłuchania to niespełna dwie strony maszynopisu ogólnikowych stwierdzeń, co od razu rzuca się w oczy, gdy porównamy go z protokołem przesłuchania dolnośląskiego konserwatora zabytków, Günthera Grundmanna. Liczy on stron kilkadziesiąt...

Odświeżmy zatem Rühlemu pamięć. W Poznaniu pozostały dokumenty, które jednoznacznie wskazują, że 25 X 1944 r., a więc dwa tygodnie po powrocie dyrektora KFM z Drezna, do pałacu w Reinhardtsgrimma wysłano transport różnych zabytków, wśród których były 24 ciężkie i wielkie skrzynie z grafiką i obrazami, 5 skrzyń z obrazami polskiego malarstwa, wcześniej przechowywanymi w leżącym niedaleko wielkopolskiego Leszna Śmiglu, a także meble do 1939 r. zdobiące zamek Czartoryskich w Gołuchowie. Do tej poddrezdeńskiej miejscowości transport z Poznania dotarł 27 października, i następnego dnia zbiory rozlokowano na różnych kondygnacjach pałacu.

Miesiąc później, 29 listopada, Rühle wysłał do Zarządu Miasta Posen pismo w sprawie możliwości złożenia miejskich zbiorów kulturalnych w Saksonii. Prawdopodobnie nieco wcześniej Urząd Namiestnika Rzeszy w Saksonii poinformował poznańskie Kaiser-Friedrich Museum, że do jego dyspozycji jest także dwór w Grossgrabe. Pierwotnie Rühle zamierzał wysłać tam część dzieł sztuki przechowywanych w podziemiach fortyfikacji międzyrzeckich, ale w listopadzie okazało się, że wojsko je tam jednak pozostawi, co dla dyrektora KFM było najlepszym rozwiązaniem.

I stąd niespodziewana propozycja złożona władzom Posen. Do Grossgrabe wysłano więc najcenniejsze zbiory z Muzeum Miejskiego i Biblioteki Raczyńskich, które to instytucje podlegały nadburmistrzowi Posen Gerhardowi Schefflerowi. 19 XII 1944 r. Urząd Namiestnika Rzeszy w Saksonii poinformował Kaiser-Friedrich Museum (formalnie transport ten wysłano jako depozyt KFM, a nie władz miejskich Posen), że poznańskie skarby dotarły na miejsce.

W świetle tego, co w książce "Bursztynowa Komnata" napisali Catherine Scott-Clark i Adrian Levy, zasadne jest pytanie: na jakie miejsce? Wszak już na przełomie listopada i grudnia 1944 r. w Grossgrabe umieszczono dzieła sztuki z Drezna. Dwór był więc już zajęty, a odesłanie transportu do Posen nie wchodziło w grę.

W tej sytuacji Arthur Graefe, lub któryś z jego współpracowników, zwrócił uwagę na pałac w leżącej 4 km od Grossgrabe miejscowości Schwepnitz. Tej nazwy nie znajdziemy w żadnym w zachowanych w Poznaniu dokumentach, chociaż jeszcze w latach 90. XX w. żyli w Schwepnitz ludzie, którzy słyszeli, że do tej miejscowości pod koniec wojny trafiły skarby z Posen.

Prawdopodobnie informacja ta dotarła do Stasi, czyli Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego NRD, którego pracownikiem był Paul Enke, oficjalnie podający się za emerytowanego urzędnika Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i poszukiwacza-amatora Bursztynowej Komnaty. To był ważny sygnał, ponieważ enerdowscy poszukiwacze komnaty uważali, że na ewakuacyjnym szlaku los złączył to arcydzieło sztuki ze skarbami poznańskimi.

Tajemnica lokaja Oswima Pfitznera

Pracownikiem wydawnictwa, pod którego egidą w latach 80. ukazały się dwa wydania wspomnianej książki Enkego, był Günther Wermusch. Współpracując z autorem książki "Bernsteinzimmer-Report", posiadł on sporą wiedzę o losach komnaty i jej poszukiwaniach. Po nagłej śmierci Enkego i upadku NRD, Wermusch wydał w zjednoczonych Niemczech książkę, w tytule nawiązującą do dziełka pracownika Stasi. I tak powstała "Die Bernsteinzimmer-Saga" ("Saga o Bursztynowej Komnacie"), w której pojawia się także wątek dyrektora Siegfrieda Rühlego i poznańskich skarbów zwożonych do Saksonii. W tym, oraz poszukiwań komnaty kontekście, Wermusch pisze o "Operacji Schwepnitz", którą zamierzała przeprowadzić zakonspirowana w strukturach Stasi specjalna komórka zajmująca się poszukiwaniami arcydzieła sztuki z Puszkina. Podczas tej akcji planowano przeszukać pałac Schwepnitz.

I oto on, a raczej to, co z tej zabytkowej budowli pozostało. To ruina pałacu po pożarze, chociaż w listopadzie 1996 r. miałem szczęście widzieć ten obiekt w całości. Już wtedy stał on opuszczony (w czasach NRD w pałacu była szkoła), z oknami zabitymi dyktą i drzwiami zamkniętymi na cztery spusty, chociaż wyraźnie było widać jeszcze ślady jego dawnej świetności. Ale już wtedy podejmowano próby dotarcia do piwnic pałacu. Patrząc na dziurę w ziemi i rozbity mur, pomyślałem: o, proszę - trafili tu czytelnicy książki Wermuscha...

Stasi zwróciła uwagę na Schwepnitz z jednego powodu. Otóż do tego saksońskiego miasteczka w końcu stycznia 1945 r. przyjechali strażacy, ewakuowani ze wschodniopruskiego Metgethen. Nazwa tej leżącej koło Królewca miejscowości (dzisiaj to peryferia Kaliningradu) pojawiała się w relacjach opisujących poszukiwania Bursztynowej Komnaty na terenie obwodu kaliningradzkiego ówczesnego Związku Radzieckiego. Towarzysze ze Stasi najprawdopodobniej skojarzyli dwa fakty: tajemnicze transporty kierujące się do Metgethen z przygotowującego się do obrony Königsberga, i przyjazd strażaków z tegoż Metgethen do Schwepnitz. Być może - pomyślano we wschodnioberlińskiej centrali Stasi - strażacy zabrali ze sobą skrzynie z komnatą.

"Operacji Schwepnitz" nie zdążono przeprowadzić, bowiem wraz z upadkiem NRD przestała istnieć jej policja polityczna wraz ze specjalną komórką do spraw poszukiwań Bursztynowej Komnaty. A w ramach tej akcji zamierzano wyjaśnić tajemnicę, którą dwom przyjaciołom powierzył lokaj Oswim Pfitzner. A że w NRD żadna tajemnica długo uchować się nie mogła, więc rychło jakiś konfident Stasi zameldował przełożonym, iż - wg Pfitznera - w Schwepnitz został zakopany jakiś skarb. By lepiej to brzmiało lub może bardziej pasowało do specjalizacji wspomnianej komórki Stasi, ktoś dodał słowo "bursztynowy". "Zmarły w 1972 roku Pfitzner zapomniał jednak powiedzieć, gdzie ten skarb miałby się znajdować" - napisał Wermusch. I dodał: "Ten pałac był kiedyś restaurowany, w jego piwnicach złożono masy gruzu, a okna piwniczne zamurowano. Czy bursztynowy skarb znajdował się w tych piwnicach?".

Wprawdzie pewności nie uzyskamy chyba nigdy, ale z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że do pałacu w Schwepnitz trafiła przynajmniej część poznańskiego depozytu, a nie mityczny "bursztynowy skarb". Poznańskie zabytki bardzo szybko odkryli Rosjanie i przewieźli do zamku Weesenstein w Müglitztal. Do tej perły saksońskich zamków zwożono bowiem zabytki, które członkowie specjalnej brygady trofiejnej Komitetu ds. Sztuki znajdowali w różnych miejscowościach w rejonie Drezna. I skąd systematycznie wywożono je do ZSRR. Co było dalej, już wiemy.

W 1946 i 1948 r. ewakuowane do Saksonii dobra kultury wróciły do Poznania, a stamtąd do Kórnika, Gołuchowa, Łodzi i innych miejsc, z których zostały zrabowane.

Drzwi do pałacu w Schwepnitz są dzisiaj otwarte. Zachowując ostrożność wchodzimy do jego ruiny, która w każdej chwili grozi zawaleniem. Przede wszystkim zaglądamy do rozległych piwnic, gdzie w oczy rzucają się liczne dziury wykute przez niemieckich poszukiwaczy skarbów. Jednego można być pewnym. Bursztynowej Komnaty tu nie znaleźli...

Leszek Adamczewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy