Reklama

Reklama

Zagłada 64. Dywizjonu Rakietowego w Helu

Ludzie spędzający urlop nad Bałtykiem tradycyjnie już wylegują się na plaży, tłumnie odwiedzają sklepy z pamiątkami, a po zachodzie słońca lubią zakończyć wieczór w miejscowych knajpkach. Nie dla wszystkich jednak plaża i słońce są jedynymi atrakcjami nadmorskich kurortów. Są tacy, dla których powyższe formy "marnowania" urlopu nad morzem z założenia nie są interesujące. Chcą zobaczyć coś więcej niż piasek i wodę, mieć więcej wspomnień i wrażeń.

W tym roku nasz wybór padł na Półwysep Helski. Dawno tu nie byliśmy, a teren jest urozmaicony i ciekawy. Szczególnie pod względem "forteczno-historycznym" jest to wręcz perełka w skali naszego kraju. Napisałem "nasz wybór", ponieważ mam wsparcie w postaci mojej zawsze rozentuzjazmowanej i wiernej towarzyszki, 14-letniej córki Oli, wnikliwie interesującej się fortyfikacjami. Dlatego wspólnie chcieliśmy przekazać Wam kilka świeżych tegorocznych wrażeń turysty, ale i amatorskiego fana "bunkrów".

Reklama

Na "pierwszy ogień" poszedł Schron-Muzeum "Sabała" w Jastarni, znajdujący się niedaleko Kuźnicy. Ola była zainteresowana zrekonstruowanym wnętrzem schronu, dla mnie przyjemnością była możliwość rozmowy z osobami z obsługi. Zawsze bowiem, gdziekolwiek jestem, mam przemożną ochotę dowiedzieć się czegoś więcej o zwiedzanych obiektach czy miejscach, zapoznać się szczegółowo z tematem. Dla dziecka spotkanie z odnowionym i w pełni wyposażonym obiektem, wyglądającym podobnie jak za czasów swojej świetności, to najlepsza lekcja historii. Pozwala lepiej zrozumieć spotykane w innych miejscach elementy wyposażenia i architektury militarnej.

Po paru dniach pobytu na Półwyspie, w tym po wizycie na zaporze minowej z 1939 r. pod Chałupami, uznaliśmy z Olą, że czas wziąć w rękę, znakomitą nawiasem mówiąc, mapę "Fortyfikacje Półwyspu Helskiego" (kupioną tak na wszelki wypadek już ze dwa lata wcześniej) i ruszyć w teren. Zaczęliśmy od najłatwiej dostępnego terenu, czyli 64. Dywizjonu Rakietowego WOPK znajdującego się pomiędzy Juratą a Helem. Można tam dojechać rowerem z Kuźnicy. Droga zajmuje mniej więcej godzinkę, co było dla mnie o tyle istotne, że towarzyszyła mi moja młodsza córa (lat 8). Wiedziałem więc, że da sobie radę. Z grubsza mieliśmy pojęcie czego możemy się spodziewać, bowiem zwiedzaliśmy już podobne obiekty w Czołpinie i Łebie. W tym przypadku jednak, mając zaznaczone na mapie przeznaczenie poszczególnych stanowisk, liczyliśmy na zwiedzanie z większym "zrozumieniem" tematyki.

Wszystko układało się po naszej myśli do momentu zjechania ze ścieżki rowerowej i przekroczenia linii kolejowej... i nagle nastąpiła konsternacja, ponieważ w żaden sposób nie mogliśmy znaleźć zaznaczonych na mapie budowli obronnych i schronów załogi. Mapa jest dokładna, zatem o pomyłce nie mogło być mowy. Weszliśmy w las, zaglądając za każdą górkę - niestety, liczne ślady rozkopanego ciężkim sprzętem terenu zaczęły budzić moje najgorsze obawy. Znaleźliśmy miejsce, gdzie był schron załogi. Charakterystyczne wybrzuszenie terenu i ślad po wyjściu awaryjnym (lub kanale wentylacji?) nie pozostawiały wątpliwości, jednak głównego wejścia nigdzie nie było. Nie traciliśmy jednak nadziei biorąc pod uwagę fakt, że nawet jeśli z jakiegoś powodu zasypali kilka obiektów, to przecież jest ich w lesie znacznie więcej. Coś w końcu znajdziemy...

Pojechaliśmy do magazynu rakiet. I tym razem sytuacja się powtórzyła. Droga, plac i urwana piaszczysta wydma ze śladami łyżki koparki. Mimo malowniczego terenu odczuwaliśmy lekkie rozczarowanie, skierowaliśmy się więc na największy obiekt - wielokondygnacyjny schron dowodzenia. Niestety tylko po to, aby umocnić się w naszych odczuciach. Droga nie poprowadziła nas do obiektu, lecz do placu u stóp na wpół rozkopanej wydmy. Prawdopodobnie część budowli została zburzona, resztę po prostu zasypano. W lesie, pomiędzy pogiętymi drzewami i krzewami, zieje jedynie wielka połać gołego piasku pokryta gdzieniegdzie odłamkami betonu i zbrojenia.

Zasypane są także schrony załogi, z wyjątkiem SZ2... wygląda, że ten obiekt został zniszczony. No i na koniec potencjalny "hit ekologiczny" - w piasku tkwi sporo pozostałości wyglądających na eternit z azbestu. A to już nie ekologia lecz kryminał...

Tym sposobem wiemy już, że zabytkowy kompleks obiektów, będący fragmentem polskiej, a także przecież światowej historii militarnej, definitywnie zniknął z powierzchni ziemi. Rozczarowanie jest tym większe, że położenie obiektów w pobliżu nadmorskich kurortów Jurata i Jastarnia, w zasadzie brak zagrożeń przy penetracji (m.in. w postaci studzienek, niepewnych rozległych podziemi itp.) oraz bardzo malowniczy i urozmaicony teren powoduje, że wszystko to w naturalny sposób świetnie nadawało się na łatwo dostępną atrakcję turystyczną, nie wymagającą większych inwestycji poza paroma tablicami informacyjnymi, bo nawet drogi dla pieszych czy rowerów są gotowe...

Nie muszę chyba podkreślać, że rozczarowanie Oli było ogromne. W jaki sposób wytłumaczyć młodemu człowiekowi taką bezmyślność? Zastanawia też marnowanie zapewne niemałych kwot publicznych pieniędzy (bo zagłada baterii tania na pewno nie była) na niszczenie naszej historii i dziedzictwa kultury. Nie byliśmy osobiście, ale z informacji znalezionych w internecie oraz pozyskanych od ludzi z obsługi Muzeum na baterii "Schleswig-Holstein" wynika, że bardzo podobny los spotkał obiekty 22. Dywizjonu Rakietowego. Czyli tę część swojej historii miasto Hel definitywnie ma z głowy. I to wszystko dzieje się na terenie historycznego Rejonu Umocnionego "Hel" znanego z niezłomnej obrony...

Po tych doświadczeniach nie muszę mówić z jak wielkim niepokojem jechaliśmy dwa dni później na zwiedzanie 3. Baterii Artylerii Stałej w Helu-Bór. Ale tym razem nasze obawy okazały się zbędne. Tu jeszcze niszczyciele nie dotarli, a i złomiarzy było zaskakująco niewielu. Ola była niezwykle podekscytowana, ponieważ nigdy wcześniej nie widziała całego, w tak stosunkowo dobrym stanie, zachowanego kompleksu obiektów artylerii nadbrzeżnej. Zwiedzaniu, robieniu zdjęć i wymianie wrażeń nie było końca.

Podsumowując naszą wyprawę trudno zapomnieć o zniszczonych obiektach Dywizjonów Rakietowych. Zastanawialiśmy się co przyczyniło się do podjęcia tak złej, nieodwracalnej w skutkach decyzji. Zaważyła ochrona i rekultywacja środowiska? Dbałość o bezpieczeństwo wczasowiczów, którzy mogliby sobie coś zrobić? A może względy ekonomiczne? Przy zawsze niepewnej i kapryśnej pogodzie nad naszym morzem byłaby to nie lada atrakcja, zmuszająca ludzi zainteresowanych tą tematyką do ruszenia się z miejsca. Liczni odwiedzający Muzeum w dawnej baterii "Schleswig-Holstein" są tego najlepszym dowodem.

Moim zdaniem nie do końca zrozumiałe decyzje spowodowały, iż definitywnie utracono bardzo ciekawą i wręcz unikalną możliwość pokazania w jednym miejscu "dużego kawałka" historii obronności, fortyfikacji i polityki naszej Ojczyzny, ale też Europy - od okresu międzywojennego aż po kres "zimnej wojny". A wszystko to w niezwykle urozmaiconym i malowniczym otoczeniu sosnowych, pachnących żywicą lasów. Szkoda!

Na koniec dodam, z mojego egoistycznego punktu widzenia, niechaj nikt nie rusza 3. BAS. Tak jak jest, jest dobrze, a zdaniem mojej córki wręcz super. Mało jest dla tak młodego człowieka rzeczy ważniejszych niż chęć poznawania świata... (a dla mnie ważne, że w towarzystwie swoich "starych"). Na koniec wszystkich Czytelników zachęcam: zwiedzajcie fortyfikacje na Helu, dopóki jeszcze są.

Sławomir Rostek, Aleksandra Rostek

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne