Reklama

Reklama

Zagadkowa ekspedycja do książańskich podziemi sprzed pół wieku

Piętnaście lat po wojnie zorganizowano ekspedycję do podziemi zamku Książ w Wałbrzychu. Dolny poziom podziemi książańskich znajdował się mniej więcej 50 metrów poniżej zamkowego dziedzińca. Górny wylot szybu znajdował się w wykopie, zwanym przez miejscowych "grobem Hitlera". Co się tam znajdowało?

Kiedy na początku października 2010 roku udawałem się na kolejną prelekcję na temat swojej książki "Góry Polski", nie spodziewałem się, że tym razem spotkam człowieka, który czterdzieści lat wcześniej uczestniczył w jednej z pierwszych zorganizowanych penetracji podziemi zamku Książ. Tym razem moje audytorium stanowili słuchacze Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Bytomiu. Spotkanie odbywało się w jednej z sal Zespołu Szkół Budowlanych w północnej części śródmieścia. Opowiadałem o pasmach górskich zachodniej części Sudetów, m.in. o schroniskach turystycznych w Karkonoszach. Po prelekcji wstał jeden ze słuchaczy, mówiąc, że to on był pierwszym kierownikiem schroniska studenckiego Domek Myśliwski, leżącego poniżej Samotni i Małego Stawu. Tego samego obiektu, który przewijał się w historii domniemanego ukrycia skrzyń z wrocławskim złotem, opowiedzianej przez Herberta Klose. Ale nie historia poszukiwań wydumanego złota miała wyniknąć z tego spotkania.

Reklama

Kim jest Jerzy Stryjecki

Tak poznałem pana Jerzego Stryjeckiego, bytomskiego adwokata i zarazem słuchacza UTW w Bytomiu. Chętnie zgodził się spotkać ze mną i porozmawiać na interesujący mnie temat znanych mu dziejów schroniska Domek Myśliwski. Przy tej sposobności dowiedziałem się troszkę o młodości mojego rozmówcy, o czasach, gdy studiował we Wrocławiu i należał do działającej przy Akademickim Klubie Turystycznym sekcji grotołazów. Przyjemnym zaskoczeniem było dla mnie, gdy usłyszałem, że Jerzy Stryjecki uczestniczył w... penetracji podziemi zamku Książ. Już po kilku minutach rozmowy zorientowałem się, że może chodzić o akcję, o której nie było dotąd głośno w literaturze przedmiotu. Ale po kolei...

"Pierwszy raz byłem w Książu jako nastolatek", opowiada Jerzy Stryjecki. "Miałem rodzinę w Wałbrzychu Szczawienku, byłem u nich w 1952 roku. Poszliśmy wtedy do Książa piechotą. Nikt zamku nie pilnował, zaczęliśmy chodzić po tych salach i murach. Wtedy przybiegł do nas taki jeden starszy człowiek, ponoć kamerdyner. Zaczął na nas krzyczeć, żebyśmy zeszli, bo to się może zawalić. Pytaliśmy go o dziury w ścianach, czy to po pociskach. Odparł, że to Ruscy pukali w ściany, szukając schowków. Wtedy nie weszliśmy do podziemi".

Minęło kilka lat. Jerzy Stryjecki rozpoczął studia na Uniwersytecie Wrocławskim. Tam wstąpił do sekcji grotołazów Akademickiego Klubu Turystycznego. Klub działał od 1957 roku, nawiązując swą nazwą do przedwojennych tradycji. Pewnego razu grotołazi z AKT wzięli udział w wyjeździe do wałbrzyskiego zamczyska.

"To mógł być koniec 1960 lub początek 1961 roku", opowiada Jerzy Stryjecki, próbując w pamięci zrekonstruować wydarzenia sprzed lat. "To musiała być późna jesień lub wczesna wiosna, bo było zimno. Przyjechaliśmy pociągiem z Wrocławia, mieliśmy liny i śpiwory. Osiem lub dziewięć osób nas było. Nie byłem szefem tego wyjazdu, tylko uczestnikiem. Szefową sekcji grotołazów była Teresa Janasz. Ja w sekcji byłem sekretarzem, także wiceprezesem. Ktoś się zwrócił do sekcji grotołazów, żeby do Książa pojechać. To był oficjalny wyjazd, jakieś pomiary były robione".

Niestety, próba precyzyjnego ustalenia terminu tamtej ekspedycji nie była po latach możliwa. Mój rozmówca uważał, że odbyła się ona zanim członkowie AKT dokonali głośnego odkrycia głównego otworu wejściowego do Jaskini Czarnej w Tatrach. A więc przed 17 lipca 1961 roku.

Dlaczego data jest taka ważna?

Dlaczego dopytuję o precyzyjną datę? Ano dlatego, by ustalić, czy była to pierwsza powojenna zorganizowana penetracja książańskich podziemi. Wiadomo, że od 6 do 26 października 1960 roku penetrację podziemi zamku Książ przeprowadziła trzydziestoosobowa ekipa saperów i górników z Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego w Wałbrzychu pod kierunkiem Władysława Steczka. O tej akcji pisała prasa, m.in. Turystyczna Agencja Prasowa czy katowicki "Wieczór". Jerzy Stryjecki zdecydowanie jednak twierdzi, że podczas ekspedycji do Książa, w której brał udział, nie było żadnych górników ani saperów. Wygląda więc na to, że grotołazi z AKT zorganizowali osobną wyprawę. Pytanie brzmi, czy wcześniej, czy też później po tej szerzej znanej i opisywanej w prasie penetracji górniczo-saperskiej...

Wróćmy do opowieści pana Jerzego. Przewinęła się w niej postać dozorcy z Książa, obecnego zarówno podczas pierwszych odwiedzin zamku w dzieciństwie, jak i teraz podczas wyprawy grotołazów. Wiadomo, że niedługo po wojnie zatrudnieni zostali w tej roli Jan Szczotka i Edward Wawrzyczek. Do drugiego z nich pasowałoby określenie kamerdyner, bowiem był on przedwojennym pracownikiem zamku Książ. Gazeta "Słowo Polskie" pod koniec wiosny 1961 roku poinformowała w swej dolnośląskiej mutacji, że Wincenty(!) Wawrzyczek zmarł na początku kwietnia tamtego roku. Przekręcono nie tylko jego imię, lecz także datę śmierci, ta bowiem nastąpiła pod koniec marca. Można więc domniemywać, że ekspedycja wrocławskich grotołazów miała miejsce najpóźniej pod koniec marca 1961 roku.

"Spaliśmy w budynku bramnym", kontynuuje swą opowieść Jerzy Stryjecki. "Ten starszy człowiek [przypuszczalnie Edward Wawrzyczek - przyp. aut.] zaprowadził nas do biblioteki. Mówił nam, że sam tu siedzi. Pełno różnych papierów niemieckich tam było. Położyłem na podłodze jedną z szaf w bibliotece i tam spałem. Byliśmy tam dwa albo trzy dni, był co najmniej jeden nocleg. W zamku Książ nie było wtedy prądu elektrycznego".

Mimo upływu dziesięcioleci, w pamięci mojego rozmówcy zachowały się różne szczegóły z penetracji podziemi.

"Podzieliliśmy się, jedna grupa zjeżdżała szybem na dziedzińcu", wspomina Jerzy Stryjecki. "Był problem, gdzie tę linę umocować. Gdy kolega spuszczał się po linie w szybie, zabrakło mu metrów. Szyb miał może z pięćdziesiąt metrów, ta lina mogła być »czterdziestką«. Potem wchodziliśmy którąś sztolnią. Wejścia do podziemi były dostępne, a my mieliśmy hełmy, czołówki, tak jak w jaskiniach. Za bardzo nie obawialiśmy się min. Były tam kable, leżały jakieś blachy, przewody sterczały w różnych miejscach, panował bałagan. Tak, jakby było tam coś wyrywane".

Penetracja nie ograniczyła się tylko do podziemi wydrążonych podczas drugiej wojny światowej pod zamkowym dziedzińcem, lecz objęła także tunele technologiczne łączące zamek z innymi budowlami.

"Chodziliśmy i oglądaliśmy", relacjonuje Jerzy Stryjecki. "Były duże sale, potem weszliśmy do wąskiego korytarza, który kończył się niczym. W suficie było widać obrys płyty, która go zamyka. Udało się ją ruszyć, troszkę odsunąć. Wyżej było pomieszczenie, gdzie podsadziliśmy kolegę. On zobaczył, że tam wiszą siodła końskie. Okazało się, że ten korytarz prowadził aż do stadniny ogierów. Oni tam w tej stadninie nie wiedzieli, że istniało przejście łączące z zamkiem. Korytarz do stadniny ogierów był w betonie, a nie w litej skale. On był dosyć długi, bo długo się nim posuwaliśmy".

Dodajmy, że do stadniny koni można było dotrzeć kanałem ciepłowniczym z zamkowej kotłowni. W przeciwnym kierunku kanał ten dochodził pod północne skrzydło zamku. Na pewno natomiast nie było żadnego przejścia do stadniny z podziemi budowanych w czasie wojny.

W tym miejscu chciałbym się zatrzymać nad wiadomością o nie całkiem udanej próbie penetracji szybu na dziedzińcu zamkowym. Czy tak mogło być w istocie? Dolny poziom podziemi książańskich znajdował się mniej więcej 50 metrów poniżej zamkowego dziedzińca. Górny wylot szybu znajdował się w wykopie, zwanym przez miejscowych grobem Hitlera. Wykop ten miał 15 metrów głębokości. Rzeczywiście lina o długości 40 metrów nie mogła wystarczyć do spenetrowania całego szybu.

Zdaniem Piotra Kruszyńskiego

Jest tylko jedno ale. O tym, że w dnie wykopu znajduje się górny wylot szybu, prawdopodobnie nikt nie miał pojęcia. Potwierdza to zamieszkały w Niemczech badacz i znawca podziemi zamku Książ, Piotr Kruszyński, którego zapytałem o zdanie na ten temat. "Przede wszystkim nie słyszałem o grotołazach z Wrocławia, którzy penetrowaliby sztolnie pod zamkiem Książ", zaznacza na początku Piotr Kruszyński. "Jest jak najbardziej możliwe, że spuszczano się na linach z dziedzińca głównego na dno wykopu - to nie był jeszcze szyb - przed zamkiem, na głębokość 15 metrów. Ściany skalne opadały w nim stromo, ale nie pionowo. Nie sądzę jednak, aby było możliwe zjechanie na linach właściwym szybem do podziemi - kolejne 35 metrów. Z tego co wiem, szyb był zawsze niedostępny. Z dna wykopu można było natomiast wejść do obetonowanego przejścia pod zamek. Były z niego wejścia do nieskończonej klatki schodowej, windy, wartowni i na taras środkowy. Obecnie można te miejsca zwiedzać. Inne przejście, a właściwie zwykła sztolnia robocza o długości kilkunastu metrów, prowadziła na taras bogini Flory. Służyła do wywozu urobku z szybu. Wysypywano go częściowo na taras, większość za mury zamkowe do wąwozu".

Piotr Kruszyński podaje też argumenty na to, że istnienie tego szybu na dziedzińcu zamkowym mogło wtedy nie być znane: "Saperzy, którzy inwentaryzowali podziemia w Książu na poziomie tarasów, chyba na początku lat 50., pokazali na planie tylko dno wykopu, ale nie zaznaczyli szybu", stwierdza Piotr Kruszyński. "Z tego można wyciągnąć wniosek, że niczego wtedy nie było widać. Prof. Przyłęcki [wojewódzki konserwator zabytków z Wrocławia - przyp. aut.], powiedział mi podobnie. Też był na dnie wykopu i widział zaledwie małe zagłębienie w ziemi. Twierdził wręcz, że tam wcale nie było szybu. Mierniczy z Dolnośląskiego Zjednoczenia Przemysłu Węglowego w Wałbrzychu, robiąc plan podziemi w Książu w 1960 roku, także nie zaznaczyli wlotu do szybu z wykopu".

A może jednak prawdziwa głębokość szybu na dziedzińcu była znana? Gazeta "Słowo Polskie" 22 stycznia 1961 roku pisała: "Tuż przed wejściem do zamku znajduje się olbrzymi na 40 m głęboki dół. Tu miała być winda". Dalsze zdania zdają się jednak świadczyć, że dziennikarz nie wiedział o połączeniu wykopu przed zamkiem z dolną partią podziemi: "Hitlerowcy nie zdążyli się dokopać do podziemnych tuneli. Żeby do nich wejść, trzeba zejść do podnóża góry".

Skoro szyb na dziedzińcu zamkowym był wtedy niewidoczny, to którędy spuszczali się do podziemi wrocławscy grotołazi? Przypuszczalnie innym szybem, oddalonym od tego na dziedzińcu, lecz prowadzącym również z poziomu zamkowego dziedzińca do sztolni nr 1.

"Jest możliwe, że grotołazi zjeżdżali na linach do tego szybu, ponieważ mógł on być wtedy jeszcze otwarty", potwierdza Piotr Kruszyński. "Na planie z 1960 roku przedstawiono go jednoznacznie jako dostępny. Niestety, ja nie widziałem tego miejsca w stanie »pierwotnym«. Nie wiem też kiedy i przez kogo wlot do szybu został zabezpieczony. Od przełomu lat 60./70., tzn. od czasu, gdy zacząłem samodzielnie bywać w Książu, rejon szybu był niedostępny. W tej części przedzamcza kwaterowała jednostka wojskowa OTK [Obrony Terytorialnej Kraju - przyp. aut]. Natomiast od połowy lat 70., gdy wojska już nie było, szyb był przykryty płytą betonową i stała na niej szklarnia na sadzonki. Teraz jest tam puste miejsce. Szyb dochodził do sztolni nr 1. Kończył się obok niej, w takiej niby wnęce. W związku z przygotowywaniem podziemi do zwiedzania, sztolnię odgrodzono od szybu kamienną ścianą. Była ona wysoka na około 2,5-3 metry. Powyżej ściany, z boku pod stropem, pozostawiono otwarte miejsce. Można było tam wejść bezpośrednio pod szyb. Widać było jego przebieg, ciągnął się bardzo wysoko do góry. Obudowany był grubymi balami i chyba deskami. Gdzieś u góry obudowa była już uszkodzona - belki były poprzekrzywiane i zaklinowane. Geofizyka »zabezpieczyła« szyb, próbując zamurować dziurę pod stropem".

Nie udało mi się niestety dojść do tego, kto był pomysłodawcą wyprawy wrocławskich speleologów do Książa. Na pewno nie miało to nic wspólnego z działaniami Speleoklubu Warszawskiego PTTK w Sudetach, który w 1959 roku penetrował podziemia starego miasta w Kłodzku oraz podziemia twierdzy kłodzkiej. "Mieliśmy oficjalne zlecenie z centralnego Urzędu Geologii, ale to nie wchodziło w zakres zlecenia", powiedział mi Andrzej Kopeć, ówczesny działacz warszawskiego Speleoklubu. "Książ wtedy nie był przez nas badany".

Choć nie wszystkie szczegóły ekspedycji speleologów z wrocławskiego AKT udało się zrekonstruować, to i tak dzięki opowieści Jerzego Stryjeckiego wiedza o powojennych penetracjach Książa została poszerzona.

Tomasz Rzeczycki - badacz dziejów podziemnych tras turystycznych Polski, przejść granicznych w Sudetach i historii sudeckich schronisk PTTK. Autor książki "Góry Polski".

Literatura:

Piotr Kruszyński, Wojenne tajemnice zamku Książ. Podziemia; Wałbrzych 2008

Tomasz Rzeczycki, Podziemne trasy turystyczne Polski. Część 2. Obiekty strategiczne; Kraków 2012, s. 19-44

Słowo Polskie nr 19 (4489), 22-23.1.1961, s. 5

Słowo Polskie (wyd. AB) nr 130 (4605), 3.6.1961, s. 6

Wieczór nr 289 (3925), 10-11.12.1960, s. 1

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy