Reklama

Reklama

"Wy mi dajcie sprawców, a nie akta"

To zdanie nabazgrał czerwoną kredką Eugeniusz Dowkan (Dowgan), Komendant Wojewódzki Milicji Obywatelskiej we Wrocławiu, na otrzymanym pod koniec listopada 1946 roku sprawozdaniu ze śledztwa sprawy "dot. pozostawienia skarbu przez ambasadora v. Moldke". Sprawy tym bardziej intrygującej, że poszukiwania owego skarbu trwały zaledwie... pół godziny. Co więcej, zakończyły się pełnym sukcesem!

Poszukiwanie skarbów to proces długotrwały, mozolny i niezwykle trudny, co gorsza, gwarancja odniesienia spektakularnego sukcesu jest porównywalna do trafienia "szóstki" w Lotto. Tak brzmi wersja realistyczna, choć niektórzy mogą ją uznać za zbyt pesymistyczną. Dla równowagi więc uzupełnijmy ją wersją optymistyczną. Ona jest bowiem bodźcem, który pobudza rzesze rządnych przygód amatorów fortuny. Każdorazowo gwarantuje niezapomniane emocje, trochę ruchu i jest zajęciem na całe dekady.

Reklama

W tym wypadku sam fakt "pogoni za króliczkiem" jest wystarczająco satysfakcjonujący, bez specjalnego napinania się na efekt, czyli odnalezienie poszukiwanego skarbu. Jakbyśmy nie spojrzeli, odnalezienie go jest w obu przypadkach co najmniej niezbyt częste, żeby nie powiedzieć rzadkie. Ale i to można zignorować, gdy za skarb uznać łuskę, guzik, starą monetę - wówczas niemal każda akcja zakończy się powodzeniem. I w przypadku hobby o to przecież chodzi. Gorzej, gdy szukamy nazistowskich depozytów, Bursztynowej Komnaty, zaginionych dzieł sztuki, podziemnych fabryk, ukrytych ciężarówek, Św. Gralla czy skarbu Nibelungów. Wówczas jednak chyba lepiej zagrać w totka, niż liczyć na odnalezienie czegokolwiek...

W większości przypadków historie ze skarbami w tle, mimo że fascynujące, są opowieściami głównie o przebiegu poszukiwań, podejmowanych tropach, czy też akcjach, które kończą się mniej lub bardziej spektakularnym fiaskiem. Często nawet przedmiot poszukiwań nie jest zdefiniowany i funkcjonuje jedynie w wątłej przestrzeni przekazu źródłowego, najczęściej w relacji wiekowego świadka, czasem na mapie, czy też koniecznie tajemniczym i dodatkowo zaszyfrowanym liście. Tym razem wystąpią wszystkie powyższe elementy, z tą różnicą, że skarb z całą pewnością został odnaleziony! Z tą historią będziemy mieli okazję zapoznać się niezwykle szczegółowo, co w przypadku opowieści "skarbowych" zdarza się niezwykle rzadko. Dysponujemy bowiem udokumentowanymi relacjami wszystkich świadków, biorących udział w niezwykłym zdarzeniu, jakie miało miejsce 20 X 1946 roku w jednym z dolnośląskich majątków niemieckiego ambasadora Hansa Adolfa von Moltke.

Niedziela 20 X 1946 roku, majątek państwowy Brzózka (obecnie Brzezica), gmina Borów, powiat Strzelin, godzina 16:30

Na kilka minut przed dojazdem do celu umilkły wszelkie rozmowy w wojskowym Studebakerze. Ósemka mężczyzn jechała w milczeniu, skupiając się przed czekającym ich za chwilę zadaniem. - Panowie pozapinać płaszcze, czapki na głowę, przeładować broń. Powinno wszystko pójść gładko - rzekł najstarszy z oficerów, odruchowo zakrywając wystającą spod szynela cywilną marynarkę. Z szoferki widać było już światła zabudowań. W tym samym czasie zarządca majątku Brzózka Mieczysław Zbiżek rozlewał swoim gościom następną kolejkę. Miał powód do świętowania. Udało mu się przywrócić energię elektryczną w obiekcie, którym gospodarował od początku roku. Nie było to łatwe w ciężkich czasach, lecz pomogli dobrzy ludzie.

Teraz chciał się choć trochę odwdzięczyć. Alkohol miał zawsze, o zagrychę na wsi łatwo. Zaprosił kilku najbliższych przyjaciół. Przyszli piekarz z pobliskiego Borowa Piotr Królik i sołtys zagrody Brzózka Michał Chrobak, po służbie miało też przyjechać dwóch zaprzyjaźnionych milicjantów. Całkiem niespodziewanie zjawił się, kilka minut wcześniej, wójt gminy Borów Stanisław Nowaczek, poszukując sołtysa Brzózki, którego nie zastał wcześniej w domu. Od żony dowiedział się, że jej mąż przebywa w tamtejszym majątku, gdzie urzędnik natychmiast się udał. Sprawa była dość pilna, gdyż kolejnego dnia potrzebował ludzi do prac budowlanych na terenie szkoły w Borowie.

Gdy zajechał na dziedziniec przed pałacem, zauważył to zarządca majątku, który wyszedł mu na spotkanie i serdecznie zaprosił na kielicha. Nowaczek skwapliwie skorzystał z okazji, przyłączając się do biesiadujących. Głośne odgłosy przyjęcia i hałaśliwe rozmowy w domu administratora zwróciły uwagę Fritza Henschla oporządzającego konie w stajni obok. - Kiedyś bywały tu zabawy - zamyślił się Niemiec, niegdyś stangret w posiadłości niemieckiego dyplomaty Hansa Adolfa von Moltke, obecnie, w jego opuszczonym i znacjonalizowanym majątku, furman. Niby funkcja ta sama - tylko czasy i gospodarze inni. W majątku Klein Bresa pracował od ponad 20 lat, pamiętał huczny ślub i wesele właściciela z grafinią Dawidą Yorck von Wartenburg, wykwintne przyjęcia, gdy jego Pan obejmował placówki w Warszawie i Madrycie, czy głośne zabawy ósemki dzieci państwa von Moltke.

Pamiętał też smutek i przygnębienie arystokratki i jej osieroconych pociech, gdy w marcu 1943 roku ambasador niespodziewanie zmarł w Hiszpanii na zapalenie wyrostka robaczkowego. Tak przynajmniej brzmiała wersja oficjalna, wiele mówiło się jednak na temat otrucia dyplomaty, gdyż jak wielu pruskich arystokratów nie był on ani zwolennikiem Hitlera, ani narodowego socjalizmu. Hans Adolf mimo to w 1937 roku został członkiem NSDAP, jedynie po to, by nie blokować rozwoju własnej kariery w Ausenwärtige Amst przy Wilhelmstrasse w Berlinie. Nikt wówczas nie chciał narażać się reżimowi, tym bardziej mu się przeciwstawiać. Nieśmiało i niezbyt skutecznie czynili to członkowie najbliższej rodziny ambasadorostwa. Bratem Dawidy grafini Yorck von Wartenburg był Peter Yorck von Wartenburg, zaś kuzynem Hansa Adolfa sam James Helmuth von Moltke, a więc inicjatorzy, pomysłodawcy i przywódcy konspiracyjnego Kręgu z Krzyżowej. Drogo przypłacili nieudaną próbę spisku przeciwko wodzowi III Rzeszy. Nie tylko zresztą oni...

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy