Reklama

Reklama

​Więźniowie z obozów pracy w Bunzlau

W kilkudziesięciotysięcznym Bunzlau (Bolesławiec), w pierwszej połowie lat 40. ubiegłego stulecia, powstało wiele obozów pracy przymusowej: obóz dla Żydów, podległy Organizacji Schmelt, oraz dwie filie KL Gross-Rosen - AL Bunzlau I i AL Bunzlau II. Większość przebywających w nich więźniów zmuszano do pracy na rzecz przemysłu zbrojeniowego Trzeciej Rzeszy, ze szczególnym uwzględnieniem niemieckiego lotnictwa...

Drewniane atrapy, czy samoloty? 

Reklama

Około 1942 roku przy ówczesnej Menzelstrasse (ob. ul. Staroszkolna), gdzie znajdował się zakład produkcji wyrobów drzewnych "Bunzlauer Holzindustrie Hubert Land", powstał Zwangsarbeitslager für Juden (ZAL). Na jego bazie został utworzony obóz pracy przymusowej AL Bunzlau I. Spośród więźniów niemal wszyscy byli Żydami. Przeważali Żydzi z terenów Polski i Węgier, a także z Holandii, Francji i Belgii. Obóz, składający się z 6 drewnianych baraków mieszkalnych i jednego gospodarczo-szpitalnego, otoczono drutem kolczastym i doposażono narożnymi wieżami dla strażników. Warunki w obozie, jak i w miejscu pracy, były fatalne. Jeden z dawnych więźniów wspominał, że trudną sytuację bytową pogarszała jeszcze postawa właściciela - Huberta Landa, który "zatrzymywał chude racje i zastępował je tanim i zgniłym jedzeniem, które można było otrzymać bez kartek spożywczych. Personelowi kuchennemu zabroniono strugać lub myć zgniłe jedzenie przed gotowaniem, skutki wnet się pokazały. Robotnicy poczęli masowo chudnąć, wskutek głodu wpadli w letarg i nie byli w stanie sprostać rygorystycznym żądaniom vorarbeiterów".

Nie lepsi byli strażnicy niemieccy: "co prawda surowi, ale nie mniej brutalni. Później jednak, kiedy dozorcy nie podlegali już żadnej kontroli, zaczęli szaleć; zadawali nam ciężkie rany, które wraz z niedożywianiem i warunkami sanitarnymi spowodowały wzrost śmiertelności. Wystąpiły infekcje, rozpowszechniła się szeroko biegunka, i bez aplikowania najprostszych leków (...) śmiertelność wzrosła z czterech-sześciu do około dwudziestu więźniów w tygodniu".1

Przez pierwsze lata głównym zadaniem sprowadzonych tutaj Żydów, była budowa elementów do baraków i wyrób mebli obozowych; ponadto wykonywanie dorywczych prac na potrzeby miejscowego zakładu. O jednej z nich więźniowie usłyszeli na placu apelowym jesienią 1943 roku, kiedy wręczono im łopaty, kilofy i wózki, po czym nakazano, jak najszybsze zniwelowanie gruntu naprzeciw obozu. Niespodziewane zlecenie przewidywało bowiem zbudowanie w krótkim czasie specjalnej hali. Dodajmy, że ówczesny właściciel zakładów odmówił wyposażenia więźniów w jakiekolwiek ochraniacze, co wielokrotnie doprowadziło do bolesnych otarć i ran, a nawet złamań.

Najprawdopodobniej wzniesienie owej hali zleciła, mająca stosowne upoważnienia, spółka "Weser-Flugzeugbau AG". O pojawieniu się jej filii w Bunzlau informuje dziennik wojenny Inspekcji Zbrojeniowej Dolnego Śląska z dnia 13 października 1943 roku. Czytamy tam, że zakwalifikowano jeden z bolesławieckich zakładów do kategorii tzw. W-Betriebe, co oznaczało wykonywanie zamówień na potrzeby Wehrmachtu. Ponieważ "Bunzlauer Holzindustrie Hubert Land" posiadał doświadczenie i maszyny do obróbki drzewnej, zapewne dlatego w pierwszym etapie zlecono wykonywanie rzekomych atrap, wybranych modeli samolotów!

Polski więzień, Józef Gortat, wspominał, że pracę tę wykonywano w dużej hali stolarskiej. Natomiast Stefan Słupek twierdził, że poza budową atrap, jako wykwalifikowany stolarz, wykonywał pewne prace w modelarni. Z kolei pracujący tu od września 1944 roku Wolf Szprinc, zeznał po wojnie: "W Bunzlau było kilka grup roboczych. Przypominam sobie dwie - jedna pracowała przy produkcji drewnianych samolotów, które były przeznaczone jako atrapy celem wprowadzenia w błąd nieprzyjaciela; druga grupa, w której ja pracowałem, była zatrudniona przy budowie [elementów do] samolotów; komando nazywało się Weserflug".2 Jednym z członków tej grupy był Józef Wilczewski, który najpierw budował makiety, po czym przeniesiono go do hali wytwarzającej części lotnicze. Nazwa grupy roboczej oczywiście nie była przypadkowa, ściśle nawiązywała do nazwy spółki lotniczej. Interesującą relację znajdziemy również w powojennej ankiecie Gortata. Polski więzień, po budowie "atrap samolotów wojskowych", został skierowany do tzw. prac przygotowawczych, a dokładniej, do produkcji skrzydeł przeznaczonych do dwusilnikowych samolotów.

Niewykluczone, że chodziło o Focke-Wulfa Ta 154 Moskito, wyposażonego w dwa silniki Jumo. Świadczą o tym pośrednio ścisłe związki zakładów w Bunzlau z montownią tych samolotów w niedalekim Aslau (ob. Osła, niecałe 20 km od Bolesławca). Jednakże ową konstrukcję, której projekt określano kryptonimem Wespe, uznano za nieudaną, m.in. z racji zbyt słabej mocy silników, ograniczonej widoczności z kabiny pilota i braku sukcesów bojowych. Główną wadą techniczną była niedopracowana, drewniana konstrukcja kryta sklejką. Próbowano w ten sposób zaoszczędzić i usunąć różnice deficytowe duraluminium oraz innych metali.

Rodzi się więc zasadnicze pytanie: czy w Bunzlau rzeczywiście wykonywano atrapy samolotów?

Ogólnikowe zeznania więźniów, którym oprawcy przekazywali tylko lakoniczne dane o przeznaczeniu drewnianych konstrukcji, muszą budzić wątpliwości. Dlaczego? Ponieważ do budowy Ta 154 zużywano aż 57 proc. drewna i materiałów pochodnych (30 proc. samolotu było ze stali, a 13 proc. z duraluminium). Nawet poszycie większości powierzchni skrzydeł i kadłuba stanowiła sklejka, która w wielu modelach sprawiała problemy, gdyż wskutek słabej jakości kleju, po zetknięciu z wodą, potrafiła się rozwarstwiać. I wreszcie trzeba sobie zdać sprawę, iż budowa drewnianych atrap nie miała większego sensu pod koniec wojny. Przy ówczesnym deficycie siły roboczej i materiałów oraz konieczności budowy jak największej ilości samolotów na rzecz III Rzeszy, dziwi pomysł wykonywania drewnianych atrap. Czemu w istocie miałoby to służyć? Ściągnięciu uwagi aliantów? Przecież starano się ukrywać tajną produkcję, przenosząc zakłady na Dolny Śląsk, a następnie stosując zakamuflowane nazwy albo maskowanie terenu.

Warto nadmienić, że sam Hubert Lande zabiegał o włączenie jego fabryki do programu zbrojeń. Ponadto z 3 stycznia 1944 roku zachował się dokument, mówiący o wytypowaniu poszczególnych zakładów obróbki drewna dla "Fertigungskreis Ta 154 Niederschlesien". Z kolei pojawienie się w Bolesławcu filii zakładów "Fahrzeug- und Motorenwerke", której powierzono wówczas tzw. śląski obwód programu Ta 154, po raz kolejny podpowiadają, o jaki model myśliwca chodziło.

Tank, czołg, czy samolot?

W międzyczasie do Bolesławca zaczęto sprowadzać polskich więźniów, którzy wraz z Żydami mieli wznieść przy zakładach Landego kolejne dwie hale, oraz doprowadzić do nich bocznicę kolejową. Po ukończeniu prac, z myślą o więźniach z Gross-Rosen, uruchomiono tutaj warsztaty, remontujące czołgi, armaty oraz inny sprzęt wojskowy. Podobno prace wykonywane dla Wehrmachtu pod nadzorem niemieckich majstrów, realizowano na zamówienia tajemniczego przedsiębiorstwa Becco. Jednym z jej pracowników był Józef Greda: "Najpierw pracowałem przy pracach polnych, potem przy urządzeniach wodnych, wreszcie w stolarni, budując fałszywe samoloty. Robiono je z drzewa (...). Potem przeniesiono nas do fabryki, gdzie remontowano czołgi".3 Z kolei Abram Hendler, sprowadzony w lipcu 1944 roku z pobliskiego obozu pracy w Kittlitztreben (ob. Trzebień), dodaje: "Pracowaliśmy przez 12 godzin w fabryce, która wyrabiała łóżka drewniane, baraki, samoloty z dykty tzw. Atrappenbau (...). Z biegiem czasu fabryka ta powiększała się. Budowaliśmy jeszcze dodatkowe hale, w których przeprowadzało się remont tanków i czołgów pod firmą »Becco«".4

I tym razem zeznania świadków zaczęły budzić w nas wątpliwości; pojawiły się więc pytania o sens remontowania pojazdów gąsienicowych, tuż obok zakładu wykonującego zamówienia dla Luftwaffe. Tym bardziej, że czołgi naprawiano przede wszystkim w innych częściach Dolnego Śląska. Wydaje się, że mogło w tym przypadku dojść do mylnego zinterpretowania niemieckiego słowa "tank". Możliwe, iż nie oznaczał on remontu "pojazdu gąsienicowego", lecz części mechaniczne do samolotów oznaczone symbolem "Ta". Litery owe nie były przypadkowe; od połowy wojny nazywano tak konstrukcje zaprojektowane przez Kurta Tanka, m.in. wielozadaniowego myśliwca Focke-Wulfa Ta 154 Moskito! Miał on stanowić odpowiedź na brytyjski samolot "De Havilland Mosquito", o wyśmienitych osiągach i wykonanego w większości z drewnianych elementów. To właśnie Kurt Tank zaprojektował wstępną wersję konstrukcji, wykorzystującej sklejkę. Ponadto zasugerował, by wytwarzać dużą ilość elementów w zakładach dotychczas produkujących meble. Zakłady "Bunzlauer Holzindustrie" nadawały się do tego idealnie.

W maju 1944 roku Organizacja Schmelt zakończyła w Bunzlau swoją działalność, zaś sam obóz (AL Bunzlau I), został przekształcony w podobóz Gross-Rosen. Wpłynęło to zarówno na reorganizację podporządkowania nowej komendanturze, jak i stan narodowy oraz ilościowy więźniów. Pierwszy kontyngent polskich i rosyjskich więźniów przybył do Bunzlau pod koniec tego samego miesiąca, a jego skład stanowiło około 50 murarzy i cieśli, których później przeniesiono do innego obozu na terenie miasta; z kolei do zakładu Landego sprowadzono nowe grupy więźniów żydowskich.

Swój przyjazd nad Bóbr oraz życie w obozie i pracę, opisał między innymi Mozes Weiss: "Lagerführer wygłasza przemówienie: »Powinniście wiedzieć, iż jest to wasze wieczyste miejsce pobytu. Musicie wiernie pracować, gdyż w przeciwnym razie dostaniecie się do krematorium«. (...) Na kolację otrzymaliśmy nieco czarnej, gorzkiej kawy. Bez chleba. W małym łóżku na podkładce z trocin, z cienkim kocem, musimy spać, ale całkiem nadzy. (...) O pół do czwartej rano rozlega się dzwonek, w pięć minut jesteśmy ubrani i już na placu apelowym. Otrzymujemy mały kawałek sztucznego chleba. Nic więcej. Zostajemy podzieleni na kolumny i pod ścisłą strażą prowadzi się nas do pracy w fabryce. Zawsze obok kilku mężczyzn znajduje się straż SS. Nie wolno mówić ani słowa. [Po kilku godzinach] rozlega się dzwonek na obiad. W szeregach po pięciu mężczyzn (...) maszerujemy do obozu. Po przybyciu zostajemy przeliczeni. Potem wszyscy muszą biegiem do baraków, co jednak nie jest możliwe, gdyż mamy na nogach ciężkie drewniaki. Jeden pada przez drugiego. Na obiad dostajemy łyżkę brukwi, które zwykle używa się jako karmę dla zwierząt. W pięć minut musimy być gotowi, by na nowo w szeregach wrócić do fabryki. Tak pracujemy do godziny ósmej wieczorem. Dziennie po 16 godzin. Lagerführer miał dwa duże psy, które szczuł na ludzi. Kogo te bestie dopadły, tego całkiem rozszarpały. (...) Dzień w dzień pracowaliśmy, w niedzielę aż do południa, po południu musieliśmy prać naszą bieliznę i suszyć ją na własnym ciele. Nie mieliśmy ani minuty spokoju. Ludzie z dnia na dzień słabli (...). Trzeba było pracować do ostatniej chwili, aż się padło i umarło. Gdy ktoś zmarł po jedzeniu, inni żałowali, że nie zmarł przed jedzeniem, bo można by chociaż zjeść jego porcję. (...) Jakże często prosiłem SS-mana przy pracy, by mnie zastrzelił, ale ten odpowiadał, że kula dla mnie jest zbyt droga, a ja muszę zdechnąć podczas pracy. Niestety, musiałem patrzeć na śmierć mojego brata Józefa, który (...) umarł z głodu. Jego syn i ja nie mogliśmy mu pomóc. Zwłoki leżały tygodniami, aż zabrał je samochód na spalenie. Wciąż przybywały nowe transporty, Żydzi z całej Europy, holenderscy, francuscy, belgijscy, [niemal] ze wszystkich zakątków...".5

Lotnicze zamówienia nad Bobrem

Spore zmiany nastąpiły także po drugiej stronie miasta w starym zakładzie przędzalno-włókienniczym przy Concordiastrasse (ob. ul. Orla), gdzie od jesieni 1943 roku rozpoczęła działalność spółka "Wesser-Flugzeugbau" z Bremy. Początkowo planowano wytwarzać w mieście podzespoły do montażu dwusilnikowego myśliwca Focke-Wulf Ta 154. 13 października po zakwalifikowaniu bolesławieckiego zakładu "Concordia" przez Inspekcję Zbrojeniową Dolnego Śląska, rozpoczęto wywożenie urządzeń tkackich oraz instalowanie w ich miejscu nowych maszyn.

Warto dodać, iż przed wojną funkcjonowała tutaj fabryka Samuela Samsona Wollera, żydowskiego przemysłowca, który ogromnego majątku dorobił się w Anglii, a dokładniej w Bradford, gdzie miał przędzalnię wełny czesankowej. W 1871 roku Woller dowiedział się, że w Bolesławcu, w miejscu po spalonym młynie wodnym, znajduje się doskonały teren do ulokowania kolejnej inwestycji. W 1888 roku bolesławiecką fabrykę przędzalniczą połączono z zakładem włókienniczym w Marklissie (ob. Leśna, powiat lubański), tworząc tym samym spółkę akcyjną. Na pamiątkę tego wydarzenia, na wieży najwyższego budynku w zakładzie nad Bobrem, umieszczono ogromny napis "Concordia" oraz zegar wyznaczający robotnikom czas pracy. Dynamicznie rozwijająca się firma stała się tak wielka, że w latach 20. XX stulecia w tutejszej przędzalni i tkalni zatrudniano aż 1000 pracowników.6

Kilkanaście lat później ogromny majątek Samuela Wollera musiał stanowić łakomy kąsek dla rosnących w siłę zwolenników Hitlera. Nie wiadomo dokładnie, w jakich okolicznościach zakład i rezydencja Wollerów przeszła na własność państwa, bądź tajemniczych udziałowców. Pewne jest to, iż w neogotyckim pałacu, co najmniej do połowy 1934 roku, funkcjonowała "Gelände Sportschule", podległa Oddziałom Szturmowym NSDAP (Sturmabteilung). Po "nocy długich noży", kiedy w wyniku walk wewnątrzpartyjnych wymordowano przywódców SA, straciła ona na znaczeniu. W Bunzlau wyrazem tego było przejęcie szkoły przez kolejną nazistowską organizację, zwaną Reichsarbeitsdienst. W efekcie przez kilka ostatnich lat wojny funkcjonowała tutaj "Truppführerschule 6 des R.A.D.".7

Inaczej potoczył się los zakładów o zakamuflowanej nazwie "Spinnerei und Weberei Concordia", w których ostatecznie uruchomiono produkcję podzespołów do sprawdzonego i cenionego w walkach powietrznych myśliwca Focke-Wulf Fw 190. Jednym z powodów była decyzja wrocławskiej Inspekcji Zbrojeniowej z 7 sierpnia 1944 roku, która nakazała włączyć podobozy w Bunzlau i niedalekim Aslau do wspólnej produkcji jednego z najlepszych niemieckich myśliwców II wojny światowej. Dwa tygodnie później zakład z Bolesławca stał się regionalnym centrum koordynującym priorytetową produkcję niemieckiego samolotu bojowego Fw 190, czego dowodzi zmiana kierownictwa nadzorującego na Śląsku produkcję ww. myśliwców.

Jedną z palących potrzeb nowo powstałego zakładu, było sprowadzenie taniej siły roboczej z KL Gross-Rosen. Podobóz AL Bunzlau II znacząco różnił się od okolicznych obozów, bowiem więźniów umieszczono nie w barakach, lecz na trzecim i piątym piętrze okazałego budynku bolesławieckiej "Concordii": "Mieściły się tam tylko łóżka, stoły oraz pomieszczenie dla blokowego. Do bloku przylegały pomieszczenia sanitarne - ubikacje i umywalnie" - wspominał Tadeusz Liberkowski. Inni więźniowie z AL Bunzlau II dodają, że na poddaszu prycze były dwupiętrowe, ustawione wzdłuż trzech ścian w kształcie podkowy. Z kolei okna, nie dość że były zakratowane, to jeszcze pod nimi przeciągnięto druty kolczaste. Natomiast na trzecim piętrze "mieściły się, oprócz sprzętu mieszkalnego więźniów, ogrodzone części punktu sanitarnego na kilkadziesiąt osób [oraz] warsztaty - krawiecki i szewski".8 Więcej o rewirze opowiedział 22 lata po zakończeniu wojny, dawny lekarz Jan Wójciński: "W czasie mego przewiezienia do Bunzlau [w październiku 1944 roku] wydzielono z sali sypialnej pewną powierzchnię, oddzielono ją dyktą i przeznaczono na izbę chorych, w której przebywało przeważnie 12 osób. Chorzy umierali w następstwie chorób i wyczerpania".9 Należy dodać, iż na tej samej kondygnacji ulokowano kancelarię obozową, zaś nadzór nad przeszło pół tysiącem więźniów (2/3 Polaków i 1/3 Rosjan) pełnili zarówno żołnierze Luftwaffe, jak i członkowie 12. Kompanii SS-Totenkopf-Sturmbann Gross-Rosen. W sumie około 25 Niemców.

Praca osadzonych w zakładzie "Concordia", była ściśle podporządkowana dyrektywom wspomnianej już spółki akcyjnej Weser-Flugzeugbau, co doskonale zapamiętał Henryk Boruta: "Wszyscy pracowali w dwóch halach fabrycznych. Jedna hala służyła do wytwarzania samolotów z drzewa, a druga była przeznaczona do produkcji [metalowych] części samolotowych". Na jednym ze stanowisk pracował Edward Bednarek, który wspomina: "Wierciłem i nitowałem nity do samolotów myśliwskich". Z kolei Edmund Kościelny dodaje: "Początkowo pracowałem w komandzie »Ausschachten«, a potem przy wykonywaniu części, prawdopodobnie samolotowych". Pozostając na chwilę przy wydzielonych komandach, należy wspomnieć o grupie rozładunkowej, czy więźniach dokonujących przeglądu części blach aluminiowych. Co ciekawe, część więźniów nadmienia, iż prace na rzecz Luftwaffe wykonywano również poza zakładem "Concordia", kilkaset metrów dalej, po drugiej stronie brzegu: "Pracowaliśmy na dwie zmiany przy produkcji części samolotowych, po 12 godzin z 5-minutową przerwą na picie kawy oraz 30-minutową na obiad, który spożywaliśmy przy warsztacie pracy. Przejście do pracy trwało około 5 minut przez ogrodzony drutem kolczastym most na rzece Bóbr" - zapamiętał Tadeusz Liberkowski. Razem z nim pracował Henryk Botuta, który wyznał po latach: "Chodziłem do pracy do drugiego budynku na montaż skrzydeł samolotowych". Wykonywano tam również inne fragmenty, czego dowodzą słowa Stanisława Koczwary: "Fabryka ta była oddalona o jakieś 500 metrów od »Concordii«. Po przyjeździe do »Concordii« naszą grupę zatrudniono przy pracach ziemnych i budowie baraków za budynkiem fabrycznym. Po niedługim czasie z naszej grupy wybrano 8, może 10 młodszych, jeszcze »silniejszych«, między innymi i mnie, do pracy w tej drugiej fabryce przy nitowaniu kadłubów samolotowych".10 Zdaniem miejscowego regionalisty - Zdzisława Abramowicza, mogło chodzić o nieistniejący już most stalowy, który kilkadziesiąt lat temu był przerzucony nad odnogą Bobru w pobliżu ul. Zgorzeleckiej, celem napędzania turbin prądotwórczych w "Concordii" (ob. kanał jest zasypany).

Warunki panujące w halach były różne, co wynikało z przydzielonych zadań oraz nadzoru. Były więzień Adam Dyląg utrwalił w swej pamięci pewien incydent, związany pośrednio z wykonywanym zadaniem: "Pracując na hali pod nadzorem majstra, miałem zaufanie do niego. [Kiedy] poprosiłem o chleb, dał mi pół swego śniadania i od tej pory przynosił mi co dzień chleb, którym dzieliłem się z kolegami (...). Stefan zaproponował mi, czy nie mógłbym skombinować papier i ołówek, to on napisze list do domu, a wtedy wyślą mu paczkę, z którą podzieli się ze mną. Głód [tak] wielki panował, [że] dodał mi odwagi i powiedziałem to swemu majstrowi, który mocno się zastanowił. Ostrzegł mnie, co z tego może być i zagroził mi, abym więcej o tym nikomu nie mówił. Na drugi dzień majster, obywatel niemiecki, przyniósł mi papier i ołówek. Dałem to Stefanowi, który napisał i dał mi [gotowy list]. Przekazałem [go] majstrowi, żeby puścił. Spełnił moje życzenie, gdyż niedługo obaj kuzynowie Edek i Stefan otrzymali paczki z żywnością, co zaciekawiło SS-manów, dlaczego paczki nie szły przez lagier zbiorczy Gross-Rosen, a bezpośrednio do Bunzlau. Zaczęło się śledztwo. Bicie i tortury wymusiło prawdę. Koledzy wsypali mnie, a SS dobrało się do mojej skóry do tego stopnia, że postawili mnie na filar od parteru (...) na baczność ze związanymi do tyłu rękami (...). Stałem 6 godzin, zesztywniałem. Rano SS-man z trudem ściągnął mnie z tej stójki. Dalsze bicie i wypytywanie mnie nie dało wyników; mówiłem jedno i to samo: »Ja nic nie wiem! Oni kłamią, że dawałem listy i je puszczałem!«. Nieprzyznanie się do winy uratowało mi życie (...), a że nie wsypałem majstra, skorzystałem na tym. Polubił mnie i dalej nosił mi chleb. W dodatku zapoznał mnie z Niemkami, pracownicami narzędziowni. Co dzień, przed konwojem uzbrojonego wartownika, zbierałem z całej hali narzędzia i nosiłem je do wymiany i tam otrzymywałem od pracownic chleb i papierosy".11

Ewakuacja, nadchodzą Sowieci!

W pierwszej dekadzie lutego 1945 roku, wraz ze zbliżeniem się Armii Czerwonej pod Bolesławiec, zarządzono natychmiastową ewakuację dwóch podobozów. Węgier Józef Greda z Bunzlau I zeznał: "Żydów podzielono na dwie duże grupy. Z 300 chorych więźniów utworzono jedną grupę. Drugą, liczącą około 700 osób, zabrali dalej. To były ludzkie cienie. Brakowało koni, ale na sanie ładowano odzież, żywność, z fabryki zabierano różne urządzenia, części (...). 14 lutego 1945 roku o świcie cztery [sowieckie] czołgi przełamały druciane ogrodzenia obozu...".12

Nerwy i pośpiech dały się odczuć także w drugiej filii Gross-Rosen nad Bobrem: "Ewakuacja podobozu Bunzlau II - fabryki samolotów, rozpoczęła się dnia 12 lutego 1945 roku. Tego dnia przed świtem wyprowadzono więźniów zdolnych do marszu w liczbie około 430 osób - zapamiętał lekarz obozowy Jan Wójciński. Mnie włączono do grupy ewakuowanych. Przed wymarszem (...) na drogę nie dano nam żywności. Prowadzono nas pieszo, przebywaliśmy dziennie ok. 30 km, strzegli nas SS-mani. (...) [Skromny] posiłek otrzymywaliśmy raz dziennie. Marsz ten trwał 35 dni. (...) Co kilka dni rano (...) osłabłych i nie nadających się do marszu odłączano i odprowadzano do lasu. (...) [Potem] słyszałem strzały. (...) Podczas marszu, gdy więzień wyszedł z kolumny, by podnieść kawałek brukwi lub chleba, strzelano do niego. W drodze zginęło w ten sposób około połowy więźniów. Pod dotarciu do Gór Harcu przewieziono nas koleją do Dory".13 Tam część więźniów skierowano na pewien czas do pracy w podziemnej fabryce...

                                                                                                            ○○○

Nie można wykluczyć wykonywania w Bunzlau również innych tajnych zleceń, niekoniecznie związanych z lotnictwem. Otrzymałem ostatnio interesujący list od Zdzisława Abramowicza, który miał okazję rozmawiać z polskim robotnikiem przymusowym, Polakiem: - Człowiek ten, jak twierdził, pracował pod koniec wojny w odlewni żeliwa, położonej przy dzisiejszej ulicy Kościuszki, naprzeciwko Ceramiki Artystycznej. Odlewano tam między innymi bloki silników do miniaturowych łodzi podwodnych. Tyle udało mu się usłyszeć od niemieckich majstrów, bo jako dobry fachowiec został dopuszczony nawet do działu kontroli technicznej. Mimo to mieszkał wraz z niemal 300 innymi robotnikami w sali gimnastycznej (ob. w Technikum Mechanicznym przy ul. Prusa). Wstawiono do niej rzędy trzypiętrowych prycz, przez co panowała straszna ciasnota - dodaje bolesławiecki regionalista.

Dziękuję Zdzisławowi Abramowiczowi za przekazane informacje oraz udostępnienie swych zbiorów ikonograficznych.

Szymon Wrzesiński

Przypisy:

[1] Cyt. za: S. Schweitzer, M. Charon, "Simons langer Weg", Frankfurt a. M. 2002, s. 62

2 Cyt. za: A. Konieczny, "AL Bunzlau I i AL Bunzlau II - filie KL Gross-Rosen w Bolesławcu", Wałbrzych 2004, s. 42.

3 Cyt. za: relacja Józefa Gredy, Yad Vashem The Holocaust Martyrs’ and Heroes’ Remembrance Authority (dalej: Archiwum YV), sygn. 03/2962, s. 8

4 Cyt. za: relacja Abrama Hendlera, Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (dalej: AŻIH), sygn. 919

5 Cyt. za: relacja Mozesa Weissa, Archiwum YV, sygn. M-1/E-277/121, s. 5-7

6 Pod koniec lat 20. XX w. "Concordia" zatrudniała we wszystkich swoich zakładach na Pogórzu Izerskim łącznie 2,5 tys. robotników.

7 Więcej o szkołach nazistowskich na Dolnym Śląsku: Sz. Wrzesiński, K. Urban, "Hitler-Jugend na Dolnym Śląsku. Indoktrynacja - Siedziby - Poświęcenie", Warszawa 2015

8 Cyt. za: A. Konieczny, "AL Bunzlau I i AL Bunzlau II...", s. 109

9 Cyt. za: zeznanie Jana Wójcińskiego z 15 I 1977 r. przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Katowicach.

10 Cyt. za: A. Konieczny, "AL Bunzlau...", s. 118-119

11 Cyt. za: A. Konieczny, "AL Bunzlau...", s. 120-121

12 Cyt. za: relacja Józefa Gredy, Archiwum YV, sygn. 03/2962, s. 8

13 Cyt. za: zeznanie Jana Wójcińskiego, j.w.


Z publikowanego w "Odkrywcy" cyklu "Podobozy KL Gross-Rosen, a przemysł zbrojeniowy III Rzeszy" ukazały się:

→ cz. 1 "Więźniowie z Gebhardsdorf ", nr 3/2015,

→ cz. 2 "Więźniowie z Hirschberg im Riesengebirge", nr 4/2015.

→ cz. 3 "Więźniowie z Bad Warmbrunn im Riesengebirge", nr 5/2015. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne