Reklama

Reklama

Trzecie przemówienie Himmlera

Słowa z 26 stycznia 1944 w Poznaniu wystawiają Wehrmachtowi jak najgorsze świadectwo. Dwa przemówienia ministra spraw wewnętrznych Rzeszy, reichsführera SS i szefa policji niemieckiej Heinricha Himmlera przeszły do historii drugiej wojny światowej. Wspominają o nich podręczniki szkolne w dalekich od Europy Środkowej państwach, cytują autorzy tysięcy prac naukowych i opracowań popularno-naukowych.

Oba przemówienia zostały wygłoszone w okupowanym Poznaniu - pierwsze 4 października 1943 roku do wysokich stopniem oficerów SS zwanych gruppenführerami, drugie dwa dni później do zebranych w Sali Złotej staromiejskiego Ratusza reichs- i gauleiterów NSDAP. Przemówienia dotyczyły różnych aktualnych spraw politycznych i gospodarczych, ale w obu drobne ich fragmenty Himmler poświęcił tak zwanej kwestii żydowskiej.

Reklama

"Większość z was - mówił do gruppenführerów SS - wie, co znaczy, gdy leży obok siebie 100 ciał, gdy leży ich 500 albo 1000. Znieść coś takiego, a jednocześnie - pomijając wyjątki pochodzące z ludzkiej słabości - pozostać przyzwoitym, to sprawiło, że jesteśmy twardzi. Jest to nigdy nie zapisana i dotychczas niezapisywana chwalebna karta naszej historii, wiemy bowiem, jak byłoby nam trudno, gdybyśmy dziś, przy nalotach bombowych, przy obciążeniach i niedostatkach wojny, mieli jeszcze w każdym mieście Żydów jako utajonych sabotażystów, agitatorów i podżegaczy".

Dwa dni później reichs- i gauleiterom NSDAP Himmler powiedział między innymi: "Proszę was solennie, abyście jedynie wysłuchali tego, co mam wam do przekazania w tym gronie i abyście nigdy o tym nie mówili. Stanęliśmy wobec następującego pytania: co zrobić z kobietami i dziećmi? Postanowiłem także dla tej kwestii znaleźć zupełnie jasne rozwiązanie. Nie uważam, abym miał prawo wytępić - to znaczy zabić lub spowodować śmierć - mężczyzn i pozwolić mścicielom, czyli ich dzieciom, dorosnąć i rozprawić się z naszymi synami oraz wnukami. Trzeba było podjąć trudną decyzję, aby sprawić, że ci ludzie znikną z powierzchni ziemi. Zorganizowanie i wypełnienie tej misji było najtrudniejszym zadaniem, jakie mieliśmy do tej pory".

Prawdę o zagładzie Żydów poznało zatem kierownictwo polityczne Wielkoniemieckiej Rzeszy i wysocy rangą oficerowie SS. Większość z tych ostatnich prawdę tę znała od dawna, a gauleiterzy NSDAP jej się domyślali. Poznański gauleiter i jednocześnie namiestnik Rzeszy w Kraju Warty, Arthur Greiser, mordowanie Żydów na skalę masową rozpoczął w Kulmhofie (Chełmnie nad Nerem niedaleko Koła) półtora miesiąca przed konferencją w Wannsee, na której przedyskutowano organizacyjne ramy zagłady.

Czy prawdę tę poznali również główni dowódcy armii? Po wojnie generałowie Wehrmachtu twierdzili, że o niczym nie wiedzieli - jak to uczynił w swych "Wspomnieniach żołnierza" generał Heinz Guderian: "O potwornościach realizowania himmlerowskiej teorii rasistowskiej nic z własnej obserwacji czy doświadczenia nie mogę powiedzieć. Tę część swego programu Hitler i Himmler potrafili skutecznie trzymać w najściślejszej tajemnicy". Czyżby?

Z Korschen do Posen

23 stycznia 1944 roku późnym wieczorem minister oświecenia publicznego i propagandy Rzeszy doktor Joseph Goebbels przyjechał na dworzec kolejowy Berlin Schlesischer Bahnhof, gdzie czekała już na niego salonka. Była podłączona do nocnego pociągu jadącego do Prus Wschodnich.

Celem tej rutynowej podróży ministra była mazurska Kwatera Główna Führera. Goebbels dość często przyjeżdżał do "Wilczego Szańca", gdzie toczył długie rozmowy z Adolfem Hitlerem, a czas pobytu w FHQu uzależniał od chęci Führera kontynuowania z nim rozmów.

Rankiem 24 stycznia salonkę Goebbelsa odłączono od jadącego do Königsberga (Królewca) pociągu na węzłowej stacji Korschen (Korsze), niedaleko Rastenburga (Kętrzyna), a po ministra i jego doradców z pobliskiej kwatery wodza przysłano samochód. Tematem trwających kilka godzin rozmów z Hitlerem była między innymi sytuacja dotycząca marionetkowej Włoskiej Republiki Socjalistycznej Benito Mussoliniego po rozstrzelaniu byłego włoskiego ministra spraw zagranicznych Galeazzo Ciano i tego, co on powiedział na chwilę przed śmiercią.

Galeazzo Ciano ujawnił, że wiosną 1940 roku jego teść zdradził mu najtajniejszy sekret Rzeszy, że niemiecki Wehrmacht zamierza wtargnąć przez Belgię do Francji, a jego minister przyjął posła Belgii i przekazał mu tę wiadomość. Duce - powiedział Hitler Goebbelsowi - okazał się nie tylko nielojalnym sojusznikiem, ale i zdrajcą. Stąd też Fuhrer z oburzeniem wypowiadał się o Wehrmachcie, który dotychczas nie potrafił zapędzić do niewolniczej pracy na rzecz niemieckiej gospodarki większości włoskich jeńców i groził - jak czytamy w "Dziennikach" Goebbelsa - "że jeśli to się nie zmieni, to sprawa jeńców zostanie odebrana Wehrmachtowi i przekazana w ręce Waffen SS".

Goebbels, który był również gauleiterem Wielkiego Berlina, zdążył jeszcze omówić z Hitlerem wstępne założenia odbudowy stolicy Rzeszy po niszczycielskich bombardowaniach aliantów, gdy wieczorem 24 stycznia przyszło mu się pożegnać. W dalekim Posen czekali już na niego feldmarszałkowie i generałowie Wehrmachtu, przebywający na... kursie narodowosocjalistycznym.

Samochodem z FHQu podwieziono ministra do stacji w Korschen. "W wagonie pracuję jeszcze do północy" - napisał w "Dziennikach". Pociąg w ciemnościach zimowej nocy pędził przez krainę tysiąca jezior, gdy minister wdał się jeszcze w ożywioną dyskusję z pułkownikiem Hansem Leo Martinem, swoim łącznikiem przy Naczelnym Dowództwie Wojsk Lądowych. "Dyskusja trwa do drugiej w nocy. Potem jestem bardzo zmęczony i pogrążam się aż do Posen w krótkim, ale głębokim śnie" - napisał Goebbels.

Pod datą kolejnego dnia zapisał: "Przyjeżdżam już wczesnym rankiem do Posen i mam od razu całą masę roboty. [...] Greiser odbiera mnie z salonki. Rozmawiamy od razu o sytuacji w Warthegau, który należy uznać za szczególnie skonsolidowany. Greiser prowadzi politykę zakrojoną na szeroką skalę. Nakłonił polactwo w swoim okręgu do absolutnego spokoju i Polacy czują się dobrze. Mają pracę i jedzenie. Zeszli wprawdzie do roli służących, ale to wychodzi im na dobre".

Darujmy sobie prostowanie tego uproszczonego i fałszywego obrazu stosunków narodowościowych w Kraju Warty, bo nie o to tu chodzi. Goebbels przyjechał do Poznania, by przed gronem około 300 feldmarszałków, generałów i zajmujących wysokie stanowiska sztabowe pułkowników Wehrmachtu, głównie z frontu wschodniego, wygłosić wykład. Chwalił się w nim między innymi tym, że on, cywil, wygrał bitwę o Berlin.

Chodziło o to, że pod jego - gauleitera Wielkiego Berlina - kierownictwem tak zorganizowano obronę przeciwlotniczą, że mimo nasilających się nalotów alianckich liczba ofiar śmiertelnych wyraźnie spadała.

Owacja na stojąco

Ze szczątkowych informacji wiadomo, że zorganizowany w Posen kurs trwał dwa dni (25 i 26 stycznia 1944 roku) i oprócz Goebbelsa wykłady wygłosili: naczelny ideolog NSDAP i jednocześnie minister Rzeszy do spraw okupowanych terenów wschodnich Alfred Rosenberg oraz Heinrich Himmler. Dla niego zarezerwowano drugi dzień kursu.

Podobnie jak to było w październiku roku poprzedniego, tak i w tym styczniowym przemówieniu wątek żydowski stanowił drobną część całego wywodu. Niestety, tekst tego przemówienia się nie zachował. Przetrwały natomiast odręczne notatki reichsführera, które leżały przed nim na mównicy, i do których zerkał od czasu do czasu, by nie zgubić wątku.

David Irving w przypisach do "Wojna Goebbelsa. Triumf intelektu" cytuje te właśnie tezy przemówienia Himmlera z 26 stycznia: "Walka rasowa. Ostateczne rozwiązanie. Nie wolno dopuścić, żeby mściciele prześladowali nasze dzieci". Już z tych słów można się zorientować, że kursantom powiedział mniej więcej to samo, co gruppenführerom SS oraz reichs- i gauleiterom. Bez osłonek przedstawił los, jaki spotkał europejskich Żydów. Gdy Himmler oznajmił, że kwestia żydowska została ostatecznie rozwiązana, większość obecnych oficerów podniosła się z krzeseł i zgotowała mu owację.

Nie znamy obiektywnej reakcji słuchaczy na wygłoszone 6 października roku poprzedniego przemówienie reichsführera SS do reichs- i gauleiterów, bo nagranie dźwiękowe się nie zachowało. Wcześniej słuchacze żywiołowo reagowali na wystąpienia mówców: przekrzykiwali się, tupali, klaskali. Gauleiter NSDAP Wiednia, były wódz Hitlerjugend, Baldur von Schirach, napisał w swych wspomnieniach, że podczas przemówienia Himmlera w Sali Złotej panowała przytłaczająca cisza, a potem, kiedy Martin Bormann zaprosił ich do bufetu, "siedzieli oniemiali przy stołach, unikając wzajemnych spojrzeń".

W tej sytuacji dziwi owacja na stojąco sporej części najwyższych rangą oficerów Wehrmachtu. Od tych kursantów, którzy przeżyli wojnę, trudno było uzyskać jakiekolwiek informacje o treści przemówienia reichsführera SS. Nie, oni o niczym nie wiedzieli, nigdy nie byli słuchaczami wystąpień Himmlera, a o zagładzie Żydów dowiedzieli się dopiero po kapitulacji Rzeszy.

Znalazło się jednak kilku odważnych, którzy przerwali tę zmowę milczenia. Był wśród nich pułkownik Rudolf Christoph von Gersdorff, oficer wywiadu w sztabie Grupy Armii "Środek". Należał on do czołowych spiskowców wojskowych planujących zabicie Adolfa Hitlera i nawet sam podjął się tego zadania. Był zdecydowany wysadzić się w powietrze razem z Führerem, gdy ten 21 marca 1943 roku z okazji Dnia Pamięci Bohaterów miał zwiedzać wystawę zdobycznego sprzętu radzieckiego w berlińskim Arsenale.

Gersdorff został przewodnikiem Hitlera i podczas zwiedzania wystawy przebywał tuż koło niego. Ale Führer tylko rzucił okiem na zdobyczny sprzęt. Nie chciał żadnych wyjaśnień i tak szybko, jak się zjawił, tak też opuścił Arsenał.

Pułkownik Gersdorff słuchał w Posen przemówienia Himmlera i po wojnie, ze sporządzonych wówczas notatek, odtworzył najważniejsze fragmenty mowy reichsführera. Mówił on między innymi: "Jeśli zapytają mnie, czy musiał pan zabijać również dzieci, będę mógł odpowiedzieć tylko w następujący sposób: tak, ponieważ nie jestem takim tchórzem, by pozostawić naszym dzieciom zadanie, które sam mogłem wykonać".

W warunkach izolacji

Pułkownik Nicolaus von Below, który jako adiutant Hitlera reprezentował u jego boku Luftwaffe, w swych wspomnieniach opisał wydarzenie na ogół pomijane przez historyków zajmujących się drugą wojną światową.

"27 stycznia [1944 roku] Hitler zwrócił się z dłuższym przemówieniem do feldmarszałków i generałów Wehrmachtu. Dwa dni przedtem otrzymali oni w Posen cały szereg różnych pouczeń i musieli przy tym wysłuchać przemówienia Himmlera. Zakończenie tego »kursu szkoleniowego« stanowiło przemówienie Hitlera w »Wilczym szańcu«. Mówił on o rozwoju idei narodowosocjalistycznej w narodzie" - napisał Below, w kilku następnych zdaniach, streszczając bełkotliwe wywody swego szefa.

W podobnym duchu Hitler wypowiadał się wiele razy. Ważniejsze jest to, że do mazurskiej FHQu generalicja przyjechała wprost z Poznania, gdzie odbył się interesujący nas kurs narodowosocjalistyczny. Kroniki Kraju Warty całkowicie go pomijają, bo była to impreza wojskowa, z którą cywilne władze Warthegau nie miały nic wspólnego. Poznański dziennik "Ostdeutscher Beobachter" nie zamieścił na ten temat ani jednego słowa, chociaż przez kilka dni w Posen przebywał kwiat armii - około 300 najwyższych rangą oficerów.

Mając w pamięci choćby odtworzony przez pułkownika Gersdorffa drobny fragment przemówienia Himmlera, trzeba obiektywnie stwierdzić, że to styczniowe wystąpienie reichsführera SS było równie ważne jak te z października roku poprzedniego. Ale w żadnym z dostępnych mi materiałów nie znalazłem wzmianki o tym, w którym konkretnie obiekcie poznańskim swą ideologiczną wiedzę narodowosocjalistyczną uzupełniali feldmarszałkowie, generałowie i ważniejsi pułkownicy Wehrmachtu, wśród których byli feldmarszałek Erich von Manstein i jeden z najzdolniejszych generałów hitlerowskich Alfred Jodl.

W pocesarskim zamku, który sam Hitler wybrał na swą wschodnią rezydencję, trwała jeszcze przebudowa wnętrz, a Sala Złota Ratusza staromiejskiego, gdzie w październiku 1943 roku obradowali reichs- i gauleiterzy NSDAP, była za mała, by pomieścić około 300 osób i prawie drugie tyle gdzieś na jej bezpośrednim zapleczu. Każdemu z generałów towarzyszył bowiem jeden adiutant. Ich wprawdzie na salę nie wpuszczono, ale musieli znajdować się w pobliżu swych szefów.

W koszarach poznańskich nie było odpowiedniego pomieszczenia na zorganizowanie kursu dla ludzi przyzwyczajonych do pewnych wygód, a z przyczyn oczywistych odpadała duża sala konferencyjna w poznańskim Domu Żołnierza. Od września 1939 roku w tym nowoczesnym budynku urzędowała policja polityczna, czyli gestapo. Na taki wybór prawdopodobnie nie zgodziłby się generał Walther Petzel, dowódca XXI Okręgu Wojskowego z siedzibą w Posen, którego na pewno zatrudniono przy organizacji kursu.

Jeśli nie wszystko, to wiele wskazuje, że generalicja szkoliła się albo w Auli Uniwersytetu Rzeszy, albo w znajdującym się 300 metrów od niej gmachu należącego do Reichsgautheater (Teatru Okręgu Rzeszy) Teatru Wielkiego. Oba te gmachy, wchodzące w skład niemieckiej dzielnicy rządowej (później nazywanej zamkową) zbudowanej w Posen przez Prusaków na przełomie XIX i XX wieku, spełniały warunki bezpieczeństwa i izolacji od świata zewnętrznego. W obu spokojnie mógł się szkolić kwiat hitlerowskiego Wehrmachtu.

Leszek Adamczewski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy