Reklama

Reklama

Sztolnia Australijczyka

Po kilku ruchach koparki w obsypującej się ziemi mogliśmy zobaczyć ciemny otwór. Odsłonięte podziemia nie wyglądały na typową sztolnię górniczą. Intrygujące wrażenie sprawiały również porzucone wewnątrz przedmioty i różnorodne śmieci. Czy uzyskaliśmy dowody na to, że historia "Australijczyka" jest prawdziwa?

Z początkiem marca 2016 roku zjawiliśmy się w Sokołowsku - malowniczej miejscowości położonej w Górach Suchych. Naszym celem było odkopanie wejścia i dokładne przebadanie wnętrza sztolni, której tajemnica od wielu lat intryguje i  co najważniejsze, pozostaje nierozwiązana.

Reklama

Sześć lat temu, w 2010 roku, do redakcji "Odkrywcy" zadzwonił pan Henryk Marek, dawny mieszkaniec Sokołowska (gm. Mieroszów) od wielu lat przebywający w Australii. Nie wdając się w detale, zapytał o możliwości prowadzenia w Polsce legalnych poszukiwań, a konkretnie  odkopania sztolni z ukrytym wewnątrz tajemniczym depozytem. Jego historia nie różniła się z pozoru od wielu innych, których szczegóły odkrywaliśmy na naszych łamach.

Według pana Marka, w Sokołowsku pod koniec wojny pojawił się niemiecki specjalny oddział wojskowy, którego dowódca wprowadził na terenie miejscowości godzinę policyjną. Z pewnością specyficzne położenie, z nielicznymi drogami dojazdowymi, stanowiło dogodne okoliczności umożliwiające objęcie całkowitej kontroli nad dawnym Görbersdorf. Nocą, gdy mieszkańcy miejscowości pozostawali w domach, żołnierze i oficerowie tajemniczej formacji mieli dokonywać ukrycia cennych ładunków.

Co było w owych skrytkach i gdzie się znajdowały? Według informacji pana Marka, który nadal nie chce zdradzać wszystkich szczegółów, ukrycia miały być wykonywane w podziemnych tunelach. Jeden z nich miał być nietypową sztolnią, wykutą wcześniej dla celów szkoleniowych, w środku której znaleźć się miały również różnego rodzaju "śmieci" zwiezione być może dla niepoznaki i rozłożone w pierwszej części wyrobiska.

Pan Marek rozpoczął starania o legalne odkopanie sztolni, co ostatecznie zrealizowano w 2010 roku. Akcja trwała kilka godzin. Udało się odsłonić wnętrze wraz z rzeczywiście zalegającym w środku "licznym metalowym złomem" - jak określono znajdujące się w środku przedmioty w oficjalnym sprawozdaniu. Sztolnia kończyła się solidnym zawałem i wg ówczesnej oceny miała przebiegać bardzo płytko pod ziemią. W atmosferze sukcesu sztolnię sfotografowano i zasypano, nie poddając specjalnej analizie przedmiotów zalegających jej dno. Od tego czasu minęło już sześć lat. Oficjalny odkrywca sztolni, pan Henryk Marek, nie zrezygnował jednak z prób wyjaśnienia do końca tej tajemnicy.

Wspólnie z bratem, Jerzym Markiem, rozpoczęli starania o możliwość dalszego rozwiązania zagadki. Od samego początku działał z nimi saper Marek Preś z Grupy Poszukiwawczej RIESE. Pod koniec 2015 roku organizatorzy zaproponowali "Odkrywcy" uczestniczenie w projekcie nazwanym przez nas "sztolnią Australijczyka". Propozycję z ochotą przyjęliśmy.

Aby rozwiązać sprawę tajemniczej sztolni, zaproponowaliśmy przeprowadzenie dwuetapowych badań. W pierwszym plan przewidywał ponowne odsłonięcie podziemnego wyrobiska i dokładne przebadanie jego budowy, kierunku i długości, co pozwoliłoby "przenieść" przebieg sztolni na powierzchnię ziemi i wytypować miejsca, gdzie w drugim etapie moglibyśmy dotrzeć do niedostępnej części chodnika od góry - kopanym lub kutym w skale szybikiem. Odkopanie wejścia od sztolni umożliwiłoby również bliższe zapoznanie się z zalegającym w niej "złomem", a ten okazał się nad wyraz ciekawy.

Sokołowsko - marzec 2016

Tak jak przewidywał pan Jerzy Marek, który pod nieobecność brata objął funkcję głównego organizatora, praca koparki nie trwała długo. Po kilku ruchach łyżką w obsypującej się ziemi mogliśmy zobaczyć ciemny otwór wejścia do sztolni. Sprawdziliśmy stan wyrobiska, wyglądającego na stabilne, i rozpoczęliśmy kolejny etap przygody, czyli drobiazgowe badanie wnętrza.

Wielu poszukiwaczy i badaczy historii górnictwa, obserwując uważnie ukształtowanie terenu - widoczne pozostałości po hałdach urobku, zapadliska, czy też biorąc pod uwagę inne cechy - często wyrokuje, iż w pobliżu znajdują się górnicze wyrobiska. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z absolutnym przeciwieństwem takiej sytuacji. Można śmiało się pokusić o stwierdzenie, że jeśli mielibyśmy wskazać miejsce najmniej prawdopodobne na istnienie pod ziemią górniczego chodnika, to była to lokalizacja badanej przez nas sztolni. Pozbawione owych charakterystycznych cech wejście wiodło bowiem pod łąkę, skręcając w stronę opadającego gruntu, co mogło sugerować, że sztolnia wiedzie płytko pod powierzchnią w najdziwniejsze z punktu widzenia sztuki górniczej miejsce.

Chodnik kieruje się niemal idealnie na północ, zakręcając w połowie pod niedużym kątem w kierunku północno-zachodnim i biegnąc prawie 5,5 metra pod powierzchnią. Po dokładnych pomiarach sztolnia okazała się nieco krótsza niż wynikało to z dotychczas przekazywanych nam informacji. Mierzy ok. 21 metrów, z czego na prawie 15 metrach zalegają różne przedmioty, w większości metalowe. Chodnik sprawia przy tym wrażenie surowego, nieobrobionego, tzn. nieprzygotowanego pod montowanie górniczej obudowy. Słowem: wygląda jakby go wykuto nie przywiązując wagi do dalszego użytkowania.

Przeznaczenie chodnika bardzo trudno wyjaśnić, jednak wszystkie wymienione cechy odpowiadają, a właściwie nie zaprzeczają temu, co pierwotnie przekazywał nam "Australijczyk", czyli pan Henryk Marek. Twierdził on, że sztolnia wykuta została dla celów szkoleniowych przez członków Hitlerjugend!

Oczywiście, w III Rzeszy budowano wiele podziemnych obiektów o charakterze cywilnym i wojskowym. Jednak nigdy nie spotkaliśmy się z informacją o prowadzeniu takich prac (np. przy wykuwaniu sztolni przeciwlotniczych) w ramach szkolenia przez młodzieńców z Hitlerjugend. Nie wyklucza to oczywiście, że w Sokołowsku takie szkolenia prowadzono. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że budowa sztolni oraz jej stan z pewnością pasuje do przekazywanej nam relacji, a przynajmniej tłumaczy, dlaczego jest ona tak odmienna od innych pozostałości po górniczych wyrobiskach.

"Metalowy złom"

Kolejną zastanawiającą cechą tego dziwnego podziemnego chodnika jest zalegający w nim zbiór różnego rodzaju przedmiotów oraz sposób ich rozlokowania. Przede wszystkim przedmioty te, wyglądające na śmieci, zostały rozmieszczone praktycznie równą, "usypaną" warstwą na pierwszych 15 metrach sztolni. Jest to o tyle zastanawiające, iż w przypadku wrzucenia do nieczynnego wyrobiska powojennych odpadów i śmieci, najczęściej gromadzą się one przy wejściu, tworząc tam grubszą niż w dalszej części warstwę. W tym przypadku jest inaczej.

Choć większość odnalezionych i zidentyfikowanych pod ziemią przedmiotów to różnego rodzaju puste puszki, wiadra, resztki pędzli i metalowe opakowania, najczęściej związane z farbami i olejami, to wśród nich znajduje się też kilka ciekawszych rzeczy. Przedmioty zachowały się w różnym stanie, od niemal nienaruszonych po całkowicie zniszczone warunkami, w jakich przebywały.

Są to  między innymi porcelanowe kubki i filiżanki, cynowe kufle, opakowania po dżemie, maściach, pastach, butelki sygnowane nazwami browarów  i win, zawierające różnego rodzaju sosy lub aptekarskie specyfiki. Obok znalazły się stare rondle, fragmenty lamp naftowych, klosz z żarówką z lampy przemysłowej, miski, dzbanki i jedyna pozostałość związana prawdopodobnie z pracami w sztolni, znajdujący się na samym końcu wyrobiska fragment kilofa.

Wszystkie "śmieci" zostały zidentyfikowane jako przedwojenne lub wojenne wyroby niemieckie. Praktycznie wszystkie nosiły cechy zwykłych, cywilnych produktów. Wyjątkiem była łuska z naboju do niemieckiego karabinu Mauser, niestety, mocno skorodowana, w stanie uniemożliwiającym przeczytanie sygnatury dotyczącej producenta i daty wytworzenia. Jednak to właśnie jej kiepski stan sugeruje wykonanie łuski z zastępczego, gorszego stopu charakterystycznego dla amunicji produkowanej przez III Rzeszę w końcowym okresie wojny.

Drugim bezsprzecznie związanym z militariami przedmiotem była odnaleziona przez Marka Presia na samym początku chodnika niewielka blaszka. Po oczyszczeniu ukazał się na niej napis "P.U.R.  10." i poniżej "5.E. 165". Ten enigmatyczny skrót oznacza 10 Posensches Ulanen Regiment, 5 Eskadron, czyli 5 szwadron z 10 Poznańskiego Pułku Ułanów (im. księcia Augusta Wirtemberskiego) stacjonujący w 1914 roku w Sulechowie.

Blaszka to najwyraźniej niemiecki znak tożsamości z okresu przed I wojną światową. Nie odpowiada ona do końca standardowym wymiarom znaku wz. 1869, niemniej długi okres funkcjonowania i niejednoznaczne przepisy zaowocowały sporą różnorodnością, której odnaleziony w sztolni znak może odpowiadać (znak wz. 1869 został zastąpiony dopiero zunifikowanym wzorem 1915).

Niestety, mimo usilnych poszukiwań nie udało się nam natrafić na kolejny tak nietypowy przedmiot. Czy nieśmiertelnik żołnierza poznańskiego pułku sprzed I wojny znalazł się w sztolni całkowicie przypadkowo? Trudno przecież go powiązać z tajemniczą opowieścią o ukrywanych depozytach.

Nasze marcowe badania zakończyły pierwszy etap prac. Sztolnia zakończona jest nieco dziwnym zawałem, którego układ sugeruje, że może prowadzić tylko w jednym kierunku. Już wkrótce nastąpi kolejny etap badań - próba dotarcia do dalszej, mamy nadzieję, niezawalonej części tajemniczego wyrobiska.

Łukasz Orlicki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL