Reklama

Reklama

Podziemia Jarosławia

Na początku XXI wieku zaobserwować można prawdziwy urodzaj na tworzenie podziemnych tras turystycznych w centrach starych miast. Mroczne lochy, pełne tajemnic piwnice i ociekające wodą zakamarki wydrążone płytko pod starówką, po odpowiedniej adaptacji stały się atrakcją Rzeszowa, Lublina czy niedawno Krakowa, gdzie w podziemiach Rynku Głównego zastosowano prawdziwe cuda techniki. Niebawem do tego grona mają dołączyć Przemyśl i Łowicz. Przez pewien czas miejska trasa podziemna funkcjonowała w Bystrzycy Kłodzkiej. Mało kto pamięta, że pierwszym miastem, w którym zwrócono uwagę na historyczną wartość zespołu piwnic wydrążonych pod starówką, był położony nad Sanem małopolski Jarosław.

Jarosławskie podziemia kryły w sobie wiele tajemnic, także tych związanych z II wojną światową. Zachowały się mniej lub bardziej wiarygodne relacje o znalezionych tam skarbach i przedmiotach zabytkowych. Mimo wszystko - trzeba to powiedzieć - podziemia Jarosławia miały trochę pecha jeśli chodzi o ich udostępnienie zwiedzającym. Co prawda zabrano się za to najwcześniej z wszystkich miast, jednak efekt przyszedł po dziesięcioleciach, a i tak nie obyło się bez problemów...

Legenda o schronach

Domniemane podziemne miasto pod Jarosławiem pobudzało wyobraźnię już dosyć dawno. Można tu przywołać "Wiadomości historyczno-statystyczne o mieście Jarosławiu", jakie na początku XVIII w. opublikował ks. Franciszek Siarczyński, proboszcz miejscowej parafii rzymsko-katolickiej. Pisał on o wykopanych podziemnych jaskiniach, w których mieszczanie jarosławscy mieli kryć swe majątki w obawie przed łupiestwem. Według jego relacji, piwnice w 1489 r., w trakcie najazdu tatarskiego, stały się schronieniem dla mieszkańców, którzy ocaleli przed rzezią. W późniejszym czasie brak inwentaryzacji piwnic sprzyjał rozpowszechnianiu się fantastycznych opowieści o rozległości podziemi, dochodzących jakoby aż do brzegów Sanu. Opowiadano o wielkich piwnicach znajdujących się pod klasztorem sióstr benedyktynek, a także o podziemnych chodnikach komunikacyjnych stanowiących część układu obronnego miasta.

Reklama

Przypuszczalnie pierwszym autorem, który zwrócił uwagę na walory turystyczne jarosławskich podziemi, był Mieczysław Orłowicz (1881-1959). Ten zasłużony krajoznawca, wieloletni urzędnik ministerialny działający na rzecz rozwoju zagospodarowania turystycznego a zarazem autor wielu przewodników opisujących nie tylko pasma górskie, przez pewien czas mieszkał w Jarosławiu. W 1921 r. ukazała się jego książka o charakterze przewodnika turystycznego, zatytułowana "Jarosław. Jego przeszłość i zabytki", w której można było przeczytać: "Pod kamienicami w Rynku ciągną się ogromne piwnice, używane w XV, XVI i XVII w. na składy hurtowe kupców. Piwnice te posiadają nieraz dwa i trzy piętra w głąb ziemi, jak np. w kamienicy na rogu ul. Grodzkiej, gdzie znajduje się sklep Klecana".

Nie ma nic bardziej fascynującego umysł i pobudzającego wyobraźnię, niż niezbadane podziemia. Tamte lata nie sprzyjały jednak poszerzaniu stanu wiedzy o tajemniczym świecie ukrytym kilka, a może kilkanaście metrów pod nawierzchnią brukowanych ulic. W Polsce nie istniała żadna ogólnokrajowa organizacja skupiająca penetratorów i poszukiwaczy skarbów. Turystyka podziemna ograniczała się do kopalni soli w Wieliczce i kilku jaskiń na Jurze. Choć z dzisiejszej perspektywy może się to wydawać niebywałe, ale ówcześni włodarze miast naprawdę nie przeczuwali, jak bardzo opłacalnym interesem będzie udostępnienie, za opłatą, do zwiedzania odpowiednio zabezpieczonych podziemi. Nic więc dziwnego, że między I a II wojną światową piwnice jarosławskie zamiast ściągać rzesze turystów do miasta, były pozostawione same sobie.

Wyobraźnię rozpalały tylko lakoniczne wzmianki w literaturze. Przykładowo, w 1937 r. późniejszy długoletni dyrektor muzeum jarosławskiego Kazimierz Gottfried (1903-1973), w "Ilustrowanym przewodniku po Jarosławiu z planem miasta", opisując wygląd typowych kamienic stojących przy Rynku pisał, że z ich sieni kupcy "mieli dostęp do ogromnych piętrowych piwnic, rozchodzących się wszerz i w głąb podziemnymi chodnikami".

Niedługo po II wojnie światowej podziemia jarosławskie zaczęły poważnie zagrażać zabudowie śródmieścia. Być może w tym momencie niejeden Czytelnik pomyśli sobie: o czym tu pisać? Zapewne zagłada przyszła nagle jak grom z jasnego nieba na niczego nieświadome miasteczko, domy zaczęły się walić, piwnice zapadać, więc szybko zorganizowano akcję ratunkową, zasypano podziemia, wzmocniono stropy, a malutki fragment piwnic odremontowano dla potomnych, tworząc trasę podziemną. Przy okazji w zakamarkach piwnic znaleziono kufry pełne złotych monet, które trafiły do muzeum... Wcale tak nie było.

Rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana od późniejszej legendy. Po pierwsze, nie doszło do jakiejś nagłej, jednorazowej katastrofy, która by wstrząsnęła miasteczkiem. Woda przedostająca się do piwnic powodowała dzieło zniszczenia stopniowo, powoli. Już za czasów rządów sanacyjnych miejscowa prasa informowała o problemie pękania domów, odchylania się ścian od pionu. Kamienice prowizorycznie podpierano drewnianymi stemplami, ale było to leczenie objawów, a nie przyczyn. Przyczyna leżała w naturze lessu, na którym zbudowany był Jarosław. Skała lessowa w postaci suchej była twarda i zwarta, można więc było w niej drążyć piwnice, komory i korytarze. Natomiast w zetknięciu z wodą traciła swoje właściwości wytrzymałościowe.

Powojenna zagłada

Poczynając od 1946 r. można mówić o kolejnych katastrofach budowlanych. Po czasie zdano sobie sprawę, że mogły się do tego przyczynić wykopy na Rynku prowadzone w 1945 r. w celu naprawy instalacji elektrycznej. Rowy te zasypano dopiero kilka miesięcy po ich wykopaniu. Przez ten czas woda mogła skutecznie infiltrować do piwnic i podmywać fundamenty. Co ciekawe, już w 1947 r., gdy władze miejskie zaalarmowały Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Rzeszowie, przybyła na miejsce ekipa inżynierów orzekła, iż trzeba zasypać podziemne komory, bo same remonty budynków nic już nie dadzą. Tyle, że na ten cel zabrakło środków finansowych...

Spektakularna katastrofa wydarzyła się w nocy z 13 na 14 kwietnia 1949 r., gdy runęły dwie kamienice we wschodniej pierzei Rynku, noszące wtedy numery 12 i 14. Później numeracja kamienic uległa zmianie. W jednym z zawalonych budynków mieściła się siedziba władz podjarosławskiej gminy Munina. Pojawiły się apele, aby zapełnić pustki podziemne mieszanką gliny z cementem. Winiono też źle funkcjonującą kanalizację w nieszczelnych rurach. Niedługo potem Rynek jarosławski sprawiał przygnębiające wrażenie. Część budynków miała popękane ściany, inne były ogrodzone i opuszczone. Porośnięte zielskiem wgłębienia w bruku nasuwały skojarzenie z filmami katastroficznymi. Wprawdzie w latach 1953-1955 pod nadzorem Zakładu Architektury Polskiej Politechniki Warszawskiej przeprowadzona została inwentaryzacja zabudowy staromiejskiej i podziemi, ale brakowało konkretnych działań.

W 1954 r. nastąpiło błogosławione w skutkach wydarzenie. Na prośbę władz miejskich do Jarosławia udała się grupa naukowców z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie pod kierunkiem prof. Feliksa Zalewskiego. Orzekli, że to podziemia stanowią przyczynę katastrof budowlanych, i że należałoby wyremontować nieszczelne instalacje kanalizacyjne. Ich diagnoza nie była może odkrywcza, ale właśnie od tego spotkania można mówić o początkach akcji ratunkowej. W 1956 r. specjaliści z AGH ponownie przybyli do miasta, a w 1958 r. przedstawili wstępny program likwidacji podziemnych zagrożeń. Odtąd nadzór nad akcją, aż do swej śmierci, sprawował prof. Feliks Zalewski.

W tym samym czasie problemem walącego się praktycznie miasteczka, którego kamienice wyglądały niczym podparte patykami, zaczęli interesować się publicyści. Pojawiły się reportaże w ogólnopolskich czasopismach, w których znaleźć można było zaskakujące informacje. Latem 1956 r. na łamach "Życia Literackiego" Jan Jaźwiec zamieścił opis swej wizyty w Jarosławiu, podczas której zapuścił się także do piwnic. Znaleźć tam można intrygujące zdanie: "Wprost z jarosławskich podziemi wyszedłem na stary cmentarz".

Czy to znaczy, że istniało jakieś tajne przejście podziemne ze śródmieścia kończące się pośród grobowców starego cmentarza przy ul. Cmentarnej, oddalonego o około 1,5 km od starówki? A może autor miał na myśli nieistniejący obecnie cmentarz przy ul. Kraszewskiego, oddalony od Starego Miasta o około 300 m? Nic z tych rzeczy. Nie istnieje i nigdy nie istniało żadne połączenie podziemne pomiędzy starym miastem a cmentarzami. Jan Jaźwiec użył tylko intrygująco brzmiącego skrótu myślowego.

Fantazja ponosiła również innych żurnalistów. Roman Leszczyński, wysłannik katowickiej "Trybuny Robotniczej" do Jarosławia, latem 1960 r. pisał o tamtejszych piwnicach, że: "ciągną się one na wiele kilometrów pod Starym Miastem, są nawet 2 i 3-poziomowe i sięgają głębokości 18 metrów". Jerzy Lohman w kwietniu 1955 r. na łamach "Tygodnika Powszechnego" przesadził jeszcze bardziej pisząc o piwnicach jarosławskich, że: "niektóre mają po trzy kondygnacje i sięgają do 30 metrów w głąb". Faktycznie podziemia sięgają do głębokości 12 m, a nawet, w sporadycznych przypadkach, do 14 metrów, jednak próba oceny ich łącznej długości w tamtym okresie nie mogła być niczym innym, jak tylko czystą spekulacją. Nie da się też mówić o liczbie podziemnych kondygnacji, gdyż wyrobiska te drążono na różnych, nieporównywalnych ze sobą głębokościach. Poza tym drążono je bezplanowo, nie było żadnej instytucji koordynującej pogłębianie wyrobisk. Każdy właściciel kamienicy robił to według własnego uznania.

Zasadniczy etap akcji ratowania zagrożonego miasta rozpoczął się w momencie, gdy 21 XI 1962 r. do Jarosławia przybyła pierwsza grupa pracowników Przedsiębiorstwa Robót Górniczych z Bytomia. Nikt chyba wtedy nie przypuszczał, że bytomskie PRG będzie prowadzić prace zabezpieczające aż do 1991 r., a same roboty będę kontynuowane jeszcze do 1996 r. Trzeba mieć świadomość, iż było to pionierskie przedsięwzięcie. Nigdy wcześniej nie prowadzono zakrojonej na tak szeroką skalę, kompleksowej akcji ratowania miasta zagrożonego zawaleniem. Nie było skąd czerpać wzorców. Nikt nie wiedział, jakie niespodzianki mogą czyhać w tego typu podziemiach. Podejmowane wcześniej prace zabezpieczające miały bowiem charakter doraźny. Bytomscy górnicy zaczęli od rozpoznania. W mieście zbudowali szybiki rozpoznawcze i zaczęli prowadzić wiercenia w poszukiwaniu nieznanych podziemi. Niebawem okazało się, że piwnic, jakie trzeba zabezpieczyć i zlikwidować, jest więcej, niż sobie wyobrażano. To była praca na lata...

Złoto, dolary i węgiel

Zapewne bardziej od inżynierskiego aspektu zabezpieczania stropów piwnic zainteresuje Czytelników kwestia skarbów i znalezisk, na jakie natrafiono podczas powojennych penetracji. Relacja z 1957 r. mówi o śmiałkach, którzy znacząc sobie strzałkami drogę w podziemiach, dotarli nocą do magazynu miejscowej apteki. - Inni natomiast szukali chyba złota - opowiadał dziennikarzowi "Nowin Rzeszowskich" człowiek oprowadzający go wtedy po podziemiach. - Bo sam widziałem zrytą twardym narzędziem obudowę chodników.

W 1969 r. reporter "Życia Bytomskiego" relacjonując przebieg prac w Jarosławiu zapisał to, co usłyszał od górników: "Kiedyś, w czasie odkrywania nowego chodnika znaleźliśmy monetę z napisem "Casimirus Rex Polonium A.D. 1665". Innym razem znaleźliśmy figurę jakiegoś świątka, wielkości człowieka. Znaleźliśmy też gliniany dzbanek z XVI wieku". Zdaniem pracowników jarosławskiego Muzeum, wiadomość o wielkiej figurze świętego ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Faktycznie jednak pracownicy PRG Bytom wzbogacili zbiory Muzeum o znalezione w podziemiach odłamki ceramiki, naczyń użytkowych, kafle czy narzędzia pracy. W 1964 r. górnicy natrafili na głęboką studnię połączoną korytarzem z piwnicami. Przypuszczano, że było to awaryjne dojście do wody. Podczas rozkopywania ul. Kasztelańskiej wydobyto masywny pień drzewa, służący kilka wieków wcześniej jako rura wodociągowa. Podczas penetrowania piwnic górnicy natrafili nawet na węgiel, ukryty zapewne przez jednego z dawnych właścicieli budynku.

Z węglem była też inna przygoda. Pewnego majowego dnia zapadła się szopa z węglem, którą pochłonął lej w ziemi głęboki na 12 metrów. Był powód do żartów, że skoro do miasta przybyli górnicy, to w końcu musiał się znaleźć węgiel pod ziemią. Ale nie zawsze było do śmiechu. Górnik Grzegorz Wojdyła wspominał dziennikarce rzeszowskiego miesięcznika "Profile", jak w lochach natrafili na wmurowane skoble i kółka: "Do dziś go to gnębi, czy tam nie więziono ludzi?". Kiedy w 1984 r. udostępniano podziemną trasę turystyczną, nie mogło przy tej okazji zabraknąć tematyki "skarbowej".

Tak o tym pisała wtedy Justyna Woś: "Wielkiego skarbu jeszcze nie było, choć ludzie szeptają, że może być. Podobno w czasie wojny w podziemiach kryli się Żydzi, ale kto to wie naprawdę? Przy remoncie w kamienicy, gdzie jest winiarnia wydostano woreczek ze złotymi monetami; zabezpieczyła je milicja. Potem jeszcze raz w załomie znaleziono pęk zwiniętych dolarów. Po rozwinięciu - rozsypały się jak sieczka, tak je myszy pocięły".

Dziś można tylko żałować, że z rozległego labiryntu piwnicznych wyrobisk tak niewiele zostawiono dla zwiedzających. Większość zlikwidowano przy pomocy podsadzki składającej się z mieszaniny cementu i lessu. W 1976 r. rozważany był projekt utworzenia trasy podziemnej pod dawną Bramą Krakowską u wylotu ul. Grodzkiej, gdzie istniały dwukondygnacyjne piwnice. Do pierwszej kondygnacji posiadającej sklepienie kolebkowe schodziło się wygodnymi schodami, potem do dolnej kondygnacji piwnic zejście było już węższe. Brano też pod uwagę udostępnienie liczącego 40 metrów chodnika, prowadzącego w stronę murów obronnych. Zejście do niego istniało w kamienicy przy ul. Grodzkiej 27. Snuto koncepcje, aby wykonać połączenie z piwnicami budynku przy ul. Grodzkiej 22. Przeszkodą w realizacji był brak środków finansowych i konieczność przebijania nowych chodników.

Skromna trasa

Po części więc względy oszczędnościowe skłoniły do utworzenia podziemnej trasy turystycznej wyłącznie w piwnicach kamienicy Rydzikowej, mieszczącej się wówczas pod adresem Rynek 16, zmienionym później na Rynek 14. Projekt trasy długości około 100 m przygotowali w 1966 r. naukowcy z małopolskiej AGH. Obejmował on wyrobiska w obudowie ceglanej na dwóch poziomach, rozmieszczone na głębokościach od 4 do 10 metrów. Od początku zakładano, że przygotowywany odcinek trasy jest tylko fragmentem tej, jaka ma powstać w przyszłości, po włączeniu do niej kolejnych piwnic. Tak się jednak nie stało. Turystom udostępniono tylko te piwnice, i to dopiero 1 czerwca 1984 r. - a więc osiemnaście lat po sporządzeniu projektu.

Jarosławska trasa podziemna może również stanowić przestrogę dla tych wszystkich pasjonatów fortów, sztolni czy podziemi, którzy nie pomyślą zawczasu o uregulowaniu spraw własnościowych obiektu udostępnianego zwiedzającym. Właścicielem kamienicy Rynek 16 po II wojnie światowej było Przedsiębiorstwo Skupu Surowców Włókienniczych i Skórzanych, później przekształcone w Jarosławskie Przedsiębiorstwo Obrotu Surowcami Włókienniczymi "Polsurwis". W kapitalistycznej Polsce "Polsurwis" postawiony został w stan upadłości. W grudniu 1993 r. właścicielem kamienicy z trasą podziemną stał się przedsiębiorca Jan Walter.

Do lata 2008 r. podziemia były udostępniane na mocy umowy między przedsiębiorcą a jarosławskim Muzeum przez pracowników tej ostatniej instytucji. Potem doszło do różnicy zdań - nie miejsce tu, by oceniać racje obu stron. Efektem sporu było zakończenie dotychczasowej współpracy między właścicielem kamienicy a placówką muzealną. Niemniej oprowadzanie turystów było dalej możliwe, zajął się tym wiceprezes Towarzystwa Miłośników Jarosławia, jednak atmosfera niepewności co do losów trasy podziemnej pozostała. Prywatny właściciel kamienicy ma prawo dysponować swoim mieniem według uznania, czyli na przykład wystawić ją na sprzedaż. Warto, aby tę historię wzięli sobie do serca ci, którzy planują stworzyć jakąkolwiek atrakcję historyczno-turystyczną. Podstawą jest zadbanie o prawo własności do terenu. Tak jak w dawnym Jarosławiu budowanie domów nad piwnicami okazało się opłakane w skutkach, tak samo później oczywiste konsekwencje przyniosło uruchomienie trasy podziemnej bez zadbania o solidny fundament... akt własności.

Można rzec, że w Jarosławiu przecierano szlaki podziemne. Opracowana na potrzeby tego miasta metoda zabezpieczania budynków i wyrobisk podziemnych została wykorzystana później w innych miejscowościach. Na przykład w Sandomierzu, Kłodzku, Opatowie, czy kilku innych... I tylko poszukiwacze wrażeń mogą być rozczarowani, że przy okazji penetracji jarosławskich podziemi nie dokopano się do żadnych sensacyjnych skarbów. Ale czyż wartość ocalonych zabytków nie jest większa od tych kilku monet czy skorup przekazanych do Muzeum?

Tomasz Rzeczycki

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy