Reklama

Reklama

Pierwszy raz...

Gdy pod koniec 1974 roku w redakcji "Expressu Poznańskiego" pojawił się Edmund Bonin z sensacyjną - jego zdaniem - informacją, wiedza o tym, co ponad 30 lat wcześniej działo się w dopiero co zajętym przez czerwonoarmistów Königsbergu, była niewielka. Zwłaszcza w ówczesnej Polsce. Ale nie tylko w Polsce nic nie wiedziano o wojennym incydencie, który czynił bezzasadnymi poszukiwania pewnego arcydzieła sztuki...

Była lutowa noc 1945 roku. Precyzyjnej daty tego wydarzenia nie udało się ustalić. Dwaj świadkowie mówili, że było to na kilka dni przed zajęciem ówczesnego Schlochau przez Armię Czerwoną, co nastąpiło 27 lutego. Niestety, ich relacje znamy tylko z tzw. drugich ust, bo gdy Edmund Bonin pojawił się w redakcji poznańskiej popołudniówki, obaj świadkowie już nie żyli.

Reklama

Gdy niedawno, po 37 latach, odtwarzałem to, co w redakcji "Expressu Poznańskiego" powiedział pan Edmund, musiałem posiłkować się nie swoimi notatkami, które już dawno zaginęły, ale własną pamięcią i przede wszystkim opublikowaną w tejże gazecie czteroodcinkową publikacją Zbigniewa Szymańskiego "Na tropie Bursztynowej Komnaty" ("EP" z 26, 27 i 28 lutego oraz 1/2 marca 1975). Zmarły w 2010 roku Zbyszek był moim starszym kolegą z redakcyjnego pokoju, w którym wspólnie spędziliśmy sześć lat. To od niego po raz pierwszy dowiedziałem się o podziemiach Gór Sowich i to w naszym pokoju poznałem Jerzego Cerę, ówczesnego podchorążego Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Pancernych im. Stefana Czarnieckiego, który z kolegami eksplorował walimskie podziemia, a Zbyszek czasami brał w tym udział.

To właśnie Szymański w kilkunastu zdaniach wprowadził mnie w temat zagadkowego zniknięcia pod koniec II wojny światowej Bursztynowej Komnaty. Stało się to po tym, gdy w końcu 1974 roku do redakcji przyszedł Edmund Bonin z sensacyjną informacją: - wiem, gdzie jest ukryta Bursztynowa Komnata! I wskazał na zamek w Człuchowie w ówczesnym województwie koszalińskim.

Nocna akcja

Starszego brata pana Edmunda, przebywającego na robotach przymusowych w Schlochau, tamten lutowy wieczór zastał u znajomego, u którego też spędził noc. W pewnym momencie obudził ich warkot silników. Podeszli do okna i przez lekko odsuniętą zasłonę zobaczyli podjeżdżające pod człuchowski zamek ciężarówki, eskortowane przez uzbrojonych żołnierzy. Rozsznurowano plandeki i z samochodów zaczęto wnosić do zamku skrzynie wielkości mniej więcej 2,5×1,5 metra. Wyładunek - zdaniem świadków - trwał kilka godzin. Wszystko dokładnie widzieli, ponieważ znajomy B. mieszkał blisko zamku.

Gdy po latach analizowałem słowa Bonina, nasunęła mi się następująca uwaga. Otóż znajomy jego starszego brata musiał mieszkać bardzo blisko zamku, jeśli obaj świadkowie potrafili - nocą! - określić rozmiary wnoszonych do zamku skrzyń. W pobliżu stoi dziś jeden budynek, z okien którego od biedy dałoby się to zauważyć. A może gdzieś obok stał inny, który podczas zajmowania miasta przez Rosjan został zniszczony lub spalony? Nie pamiętam już, czy słuchając Bonina zwróciliśmy uwagę na ten wątek jego opowieści, gdy mówił o wielkości skrzyń podając konkretne dane. W artykule "Na tropie Bursztynowej Komnaty" nic na ten temat nie ma.

"Operacji tej - pisał Szymański o wnoszeniu skrzyń do zamku - towarzyszyła cały czas eskorta złożona z żołnierzy Wehrmachtu. Wyładunek trwał parę godzin. Obaj widzieli wszystko dokładnie przez okno. Później puste ciężarówki odjechały. Bramę (do zamku - przyp. L. A.) zamknięto. Fakt ten dość żywo interesował obu obserwatorów. Przez następne dni nie zauważyli, by cokolwiek z zamku wywożono. Również żołnierze radzieccy po wkroczeniu do miasta z tego miejsca żadnego większego ładunku nie zabierali! Można zatem wyciągnąć wniosek prosty, że owe skrzynie zostały ukryte na terenie zamkowym".

Podobnych relacji słyszałem później setki, ale ta dotycząca Człuchowa była pierwszą. Nic zatem dziwnego, że uwierzyłem w jej prawdziwość. Uwierzył również Zbigniew Szymański, który wcześniej wiele razy słyszał tego typu opowieści i znakomicie wiedział, jak ludzie potrafią fantazjować wykorzystując wątki ukrytych skarbów. W każdym razie nikt z nas nie wpadł na pomysł weryfikacji słów Edmunda Bonina. Wprawdzie w połowie lat 70. - jak się rzekło - nie żyli już obaj świadkowie nocnej akcji w zamku w Schlochau, ale żyli ludzie, którzy słyszeli to od nich. Wśród nich był oczywiście i Edmund Bonin, ale były też ich dalsze rodziny i znajomi, którym wielokrotnie opowiadali o niemieckich ciężarówkach i tajemniczych skrzyniach. Do tych ludzi można było wtedy dotrzeć i dowiedzieć się, co konkretnie mówili. W każdym razie - wg Bonina - świadkowie ze Schlochau nie łączyli tej akcji z Bursztynową Komnatą.

Uczynił to dopiero on sam pod wpływem obejrzanego w telewizji filmu dokumentalnego Ryszarda Badowskiego "Tajemnica Bursztynowej Komnaty". I o swych podejrzeniach, że podziemia człuchowskiego zamku mogą kryć skrzynie ze zrabowanym przez Niemców skarbem z Pałacu Jekatierinskiego w Puszkinie (wcześniej Carskim Siole), poinformował nie tylko prasę, ale także - wśród kilku innych instytucji, które sprawę zlekceważyły - Instytut Historii Kultury Materialnej Polskiej Akademii Nauk.

Porównywalny z Malborkiem

Na przełomie stycznia i lutego 1975 roku Zbigniew Szymański zdecydował, że w towarzystwie Edmunda Bonina pojedzie do Człuchowa, by zorientować się, co i jak. A że nie posiadał samochodu prywatnego, musiał starać się o służbowy. Redakcja "Expressu Poznańskiego" dysponowała tylko jednym pojazdem, który wykorzystywał na ogół redaktor naczelny. Trzeba więc było czekać na wolny termin. W przeddzień wyjazdu okazało się, że nie może w nim brać udziału fotoreporterka. I tak Zbyszek zaproponował mi, bym zastąpił red. Danutę Matuszewską. Jadąc redakcyjną wołgą do Człuchowa nawet w najśmielszych myślach nie przewidywałem, że tak rozpoczyna się moja droga do tajemnic wojennych i ukrytych skarbów.

Dowiedz się więcej na temat: Działo się | 'Działo się' | Nie | pierwszy raz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje