Reklama

Reklama

Kulisy rewindykacji na Dolnym Śląsku (cz. 12): Na tropie sudeckich skrytek w Siedlęcinie i Rząsinach

Co mają ze sobą wspólnego: klasycystyczny pałacyk pod Gryfowem Śląskim i średniowieczny dwór pod Jelenia Górą? Okazuje się, że w obu rezydencjach, choć oddalonych od siebie o 35 km i pozornie nie mających ze sobą nic wspólnego, pod koniec wojny przygotowano bardzo ważne składnice. Ktoś powie: „Takich niemieckich skrytek było znacznie więcej na Dolnym Śląsku”. Sęk w tym, że tylko o Rząsinach i Siedlęcinie wspominano w niemieckich dokumentach wysyłanych na przełomie 1945 i 1946 roku do Dowództwa Amerykańskich Sił Zbrojnych! Dlaczego? To już nieco dłuższa historia...

Woluminy, obrazy i zielniki

Gotycka wieża mieszkalna w Siedlęcinie nad Bobrem, jest jedną z największych tego typu budowli w tej części Europy. Ta najlepiej zachowana spośród średniowiecznych wież śląskich, przez ostatnich kilkadziesiąt lat była rozpoznawalna przede wszystkim z dwóch powodów: posiadała monumentalne rozmiary i serię malowideł ściennych, zdobiących jej kilkusetletnie wnętrza. Niektórzy czytelnicy może kojarzą, z kilku regionalnych publikacji, lakoniczne wzmianki o funkcjonującej w niej składnicy. Źródłem tych informacji była książka Józefa Gębczaka, historyka sztuki i archiwisty pt. "Losy ruchomego mienia kulturalnego i artystycznego na Dolnym Śląsku w czasie drugiej wojny światowej". W rzeczywistości nie wnosiły one nic nowego w temacie ukrywania depozytów. Tym, którzy jednak nie dotarli do owych publikacji, przypomnijmy słowa jednego z uczestników kilku polskich akcji rewindykacyjnych: "Siedlęcin [Boberröhrsdorf]Składnica [ulokowana] w średniowiecznej wieży mieszkalnej, pozostawała w dyspozycji konserwatorów: berlińskiego i wrocławskiego. Korzystał z tej składnicy również właściciel, który zdeponował w niej rękopisy i cenne druki Biblioteki Schaffgotschów. Uniwersytet Wrocławski pomieścił tam ogromne zielniki Instytutu Botanicznego. Natomiast niemiecki historyk sztuki i konserwator [Günther] Grundmann - obrazy. Składnica w lecie 1945 została przez uniwersytet w całości wyeksploatowana".

Reklama

Lapidarny zapis J. Gębczaka można rozmaicie interpretować. Czy wspomniane obrazy nie stanowiły aby części polskich zbiorów? Nie można przecież wykluczyć, że poza zbiorami prywatnymi hrabiego Schaffgotscha z Cieplic, pozostałe eksponaty sprowadzono jedynie z Wrocławia. Szczegółów znaleziska nie znajdziemy również we wspomnieniach z 1948 roku autorstwa Stefana Styczyńskiego (por. "Pamiętnik Związku Historyków Sztuki i Kultury"). Na szczęście ten naoczny świadek i zarazem delegat Ministerstwa Kultury i Sztuki do zabezpieczania zabytków ruchowych na Ziemiach Odzyskanych, pozostawił nam kilka istotnych śladów:

"Wracając myślą do pracy, którą przed trzema laty podjąłem na Śląsku i do ludzi, z którymi los mnie zetknął, nie mogę nie wspomnieć przynajmniej o kilku z nich. Zawdzięczam im bardzo wiele i dzielić oni powinni ze mną wszystkie sukcesy i osiągnięcia. (...) Z Panem Starostą Tabaką, pierwszym i wieloletnim włodarzem pięknego powiatu jeleniogórskiego, który tyle zawdzięcza jego gospodarnej zapobiegliwości, znamy się od pierwszych dni mego pobytu na Śląsku. Spotykając się często przy załatwianiu rozmaitych formalności wywozowych, doznałem od niego wiele dowodów życzliwości, pomocy i ułatwień podpartych przyjacielskich stosunkiem. (...) Fakt, iż na Śląsku zgrupowana została przez Niemców wielka liczba dzieł sztuki pochodzących z Polski, fakt odnalezienia tu polskich zbiorów artystycznych »zabezpieczonych« przez Niemców w pierwszej kolejności (...), a także rozproszone po całym Śląsku bogate zbiory wrocławskie i liczniejsze niż na innych terenach Ziem Odzyskanych - zbiory prywatne po pałacach i zamkach magnackich - zmuszają Ministerstwo Kultury i Sztuki do zwracania ciągle jeszcze bacznej uwagi na teren Śląska Dolnego. (...)

W końcu lipca 1945 roku na polecenie Naczelnego Dyrektora [Muzeów i Ochrony Zabytków przy Ministerstwie Kultury i Sztuki, Stanisława Lorentza, będącego zarazem szefem Muzeum Narodowego w Warszawie], przejąłem wraz z doktorem [Józefem] Dudkiewiczem kierownictwo nad pracami rewindykacyjnymi na Śląsku, którymi bez przerwy od połowy maja kierował Dyrektor Lorentz. (...) Moja rola ograniczała się w pierwszym okresie do wstępnych prac organizacyjnych (...), zapoznawania się z terenem i szybkich wywiadów. Dzięki pracom profesora Kazimierza Majewskiego i magistra Józefa Gębczaka, członków grupy uniwersyteckiej (...), odnaleziono części archiwum konserwatora wrocławskiego. Zawierało ono wykazy składnic muzealnych na terenie Śląska i spisy dzieł sztuki, które zostały w nich zabezpieczone. (...) Z archiwum Grundmannowskiego wynikało, że wszystkie cenniejsze zbiory wrocławskie - muzealne, biblioteczne i archiwalne - oraz cenniejsze dzieła sztuki z kościołów wrocławskich i budynków publicznych wysłane zostały poza miasto w ciągu 1942 i 1943 roku w obawie przed bombardowaniem. Przechowywane były w kilku składnicach, potworzonych w tym celu [m.in.] w zamkach (...) śląskich. Z mniejszych składnic wymienić należy (...) wieżę zamkową w Bobrowicach (Boberröhrsdorf, pow. Jelenia Góra) ze zbiorami Uniwersytetu Wrocławskiego, między innymi zielnikiem, rękopisami i cymeliami Biblioteki Schaffgotschów z Cieplic oraz obrazami".

Dzięki opisowi Styczyńskiego można przyjąć, że warszawski delegat dotarł do Siedlęcina (niem. Boberröhrsdorf) latem 1945 roku. Z kolei Gębczak w ostatnim zdaniu poświęconemu opisowi owej składnicy dodał, że w tym samym okresie "została ona przez uniwersytet w całości wyeksploatowana". Czy aby na pewno?

Poszukiwanie zaginionych skrzyń

Nigdy dotąd w polsko- i niemieckojęzycznej literaturze nie pisano o jeszcze jednym, jakże ciekawym wątku, związanym zarówno z Siedlęcinem, jak i Rząsinami. A szkoda, bo dokładniejsza kwerenda w zasobach amerykańskich archiwów, pozwoliła nam dotrzeć do kilku dokumentów, które stawiają przed nami nowe pytania.

7 listopada 1945 roku dr Kurt Hellermann wysłał z Memmingen pismo do przedstawicieli władz Stanów Zjednoczonych, mających siedzibę we Frankfurcie nad Menem: "W imieniu dyrektora niemieckiej Biblioteki Medycznej, doktora Waltera Hellermanna, z największej specjalistycznej Biblioteki Medycznej w Niemczech, a może i na świecie, informuję Dowództwo Amerykańskich Sił Zbrojnych w Niemczech, że ponad 50.000 tomów tej Biblioteki jest wciąż w jej miejscu ewakuacji, w Böhmisch Aicha [dzisiaj Český Dub] w Czechosłowacji  (...), gdzie była chroniona przed rozproszeniem poprzez obecność doktora Hellermanna. Cenna Biblioteka jest w największym niebezpieczeństwie i nie jest możliwe utrzymanie jej dłużej w całości. Z tego powodu prosimy Dowództwo Amerykańskich Sił Zbrojnych o ochronę i podjęcie kroków w celu przetransportowania Biblioteki do Niemiec, jeżeli możliwe, do południowych Niemiec, ponieważ budynek Biblioteki w Berlinie został zniszczony. Już w Berlinie najwyższe kompetentne osoby z Niemiec zostały poproszone o podjęcie kroków w celu powrotnego transportu Biblioteki, także administracja okupacyjna, ale na próżno. (...) Pewne próby spowodowania zainteresowania administracji okupacyjnej tą sprawą spowodowały tylko zainteresowanie Rosjan zabraniem Biblioteki do Moskwy. Także władze Czechosłowacji forsują przejęcie cennej Biblioteki i zabranie jej do Pragi. (...) Z tego powodu jest niezmiernie ważne przeniesienie Biblioteki z powrotem do Niemiec najszybciej jak możliwe. Biblioteka zawiera około 60-70.000 tomów. 50.000 z nich jest w Böhmisch Aicha, 1500 pudeł - niedaleko Reichenbergu, [natomiast] 300 pełnych pak jest w Liebenau niedaleko [Böhmisch] Aicha. Inne części biblioteki są w Döbeln w Saksonii, w Welkersdorf niedaleko Greiffenberg na Śląsku [ob. Rząsiny pod Gryfowem Śl.] i w Boberröhrsdorf koło Hirschberg na Śląsku [ob. Jelenia Góra]. W tej ostatniej składnicy jest około 25 pudeł, wśród nich 6 z najcenniejszymi książkami".

Dlaczego powojenne ekipy rewindykacyjne pominęły informację o odnalezieniu dziesiątek skrzyń z cennymi woluminami, obejmującymi głównie zagadnienia z nauk medycznych? Możliwości jest kilka... Po pierwsze, polska grupa zabrała w pośpiechu do Wrocławia wszystko, co znaleziono, nie analizując specjalnie, które skrzynie należały do tej, czy innej instytucji. Druga możliwość podpowiada nam, że celowo przemilczano fakt znalezienia depozytu, co uczyniono po wojnie wielokrotnie, zwłaszcza w przypadku zbiorów z Biblioteki Berlińskiej (por. Sz. Wrzesiński, "Co ukryto, a co odnaleziono w zamku Książ?", "Odkrywca", nr 12/2014). Trzecia opcja przemawia za tym, że Polacy latem 1945 roku nie znaleźli owych 25 skrzyń w Siedlęcinie i jeszcze większej ilości pak w Rząsinach! Dokument sporządzono przecież w listopadzie, a ponadto nigdzie w nim nie podano, że "medyczne woluminy" ukryto w rezydencjach, bądź w położonych obok nich dużych budynkach gospodarczych.

Przeglądając inne dokumenty przechowywane w Archiwum Narodowym Stanów Zjednoczonych udało się ustalić, że przez pierwsze miesiące po wojnie zbiory zgromadzone w Czechach pomagało chronić... Stowarzyszenie Czerwonego Krzyża! Ponieważ szef zbiorów medycznych dr Hellermann wkrótce został zatrzymany, zaś jego rodzina oraz niemieccy pracownicy zmuszeni do opuszczenia Czechosłowacji (ob. Czech), dlatego szansę ocalenia zbiorów upatrywano w Amerykanach, bądź w nielegalnej akcji wywiezienia zbiorów. Widząc bezskuteczność aliantów, pewnego wieczora postanowiono załadować najcenniejsze dzieła na siedem ciężarówek i ruszyć w kierunku Saksonii. Niestety, dwie z nich przechwycili Czesi, zaś pozostałe pięć ciężarówek utknęło gdzieś w okolicach Drezna, bądź miało zostać zniszczonych podczas przejazdu. To, co przetrwało z niemieckiej Biblioteki Medycznej, dzięki inicjatywie żarliwego komunisty doktora Pat’ava, zostało zabrane do Hradca Králové, gdzie - wespół z czeskimi publikacjami - miało stanowić podstawę Centrum Rozwojowego Medycyny. Ośrodek ten szybko jednak został przekształcony, a jego zbiory ulokowano w Bibliotece Medycznej, która od kwietnia 1946 roku funkcjonowała jako integralna część zamiejscowego Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Karola w Pradze. Pracownicy tejże Biblioteki wcale nie ukrywają, że historyczne podstawy zasobów biblioteki stanowią niemieckie badania, których wyniki opublikowano niegdyś w prasie naukowej i książkach, zaś w okresie II wojny światowej zostały one ewakuowane do Český’ego Duba i stamtąd w 1945 roku trafiły do Hradca Králové.

Co ciekawe, zajmująca się tą tematyką od lat Eva Cecková, stwierdziła na łamach jednego z portali internetowych: "Pierwotne pochodzenie tej biblioteki nie jest jeszcze jasne. Prawdopodobnie część zbiorów stanowią znane kolekcje niemieckich lekarzy, których zbiory zostały przekazane do Biblioteki w Berlinie. Inne woluminy, pochodzące z innych miejsc, oznaczone są odpowiednią pieczęcią".[1] To nader istotne stwierdzenie, bowiem wyjaśnia nam, dlaczego polskie ekipy rewindykacyjne nie były w stanie określić rzeczywistego miejsca pochodzenia łącznie kilkudziesięciu, a może nawet kilkuset, skrzyń z Siedlęcina i Rząsin.[2] Na szczęście, dzięki mozolnym kwerendom, udało się nam odnaleźć wywiad A. J. Horne’a z doktorem Walterem Hellermannem. Ten ostatni, 1 października 1946 roku, stwierdził, iż część zbiorów specjalistycznej Biblioteki stanowiły w głównej mierze zbiory Wojskowej Akademii Medycznej. Przypomnijmy czytelnikom, że jej początki sięgają roku 1795, kiedy utworzono tzw. Pépinière - instytucję kształcącą i szkolącą lekarzy wojskowych w Królestwie Pruskim. Celem podniesienia poziomu edukacji, w 1809 roku przyjęto uchwałę o nabyciu książek i założeniu własnej biblioteki. Dwa lata później w Pépinière powołano do istnienia Wojskową Akademię Medyczno-Chirurgiczną. Od 1818 roku stanowiła ona już część Wojskowej Akademii Cesarza Wilhelma (Medizinisch-Chirurgischen Akademie für das Militär zur Kaiser-Wilhelms-Akademie). W 1895 roku miało miejsce kolejne przemianowanie placówki, tym razem na Militärärztliche Akademie. Po zakończeniu I wojny światowej i tymczasowym (czytaj: przymusowym) zamknięciu militarnej placówki, w dniu 1 października 1934 roku Wojskowa Akademia Medyczna została ponownie otwarta - w budynku Akademii Cesarza Wilhelma w Berlinie. Kolejne zmiany miały miejsce kilka lat po wybuchu nowej wojny światowej. Z obawy przed destrukcyjnymi skutkami alianckich nalotów, część zbiorów, jesienią 1943 roku, ukryto w Siedlęcinie i Rząsinach. Następnie przystąpiono do pakowania sprzętu, celem przeniesienia Akademii do Wrocławia, co miało miejsce kilka miesięcy później (1944 r.).

Rząsiny kryją wiele zagadek

Według niepotwierdzonych informacji pierwszy transport z Biblioteki Wojskowej Akademii Medycznej oraz tajemniczy depozyt niemieckiego Ministerstwa Lotnictwa, miały dotrzeć do Rząsin 8 marca 1944 roku. Dostarczono tutaj również woluminy o tematyce naukowej i medycznej z Uniwersytetu Wrocławskiego. Skąd w skromnym pałacu pod Gryfowem Śląskim znalazło się tyle naukowych publikacji, które nie zostały ujęte nawet na słynnej liście Grundmanna? Nie da się ukryć, że wszystkie zbiory zostały zapewne starannie dobrane dla potrzeb przeniesionego tutaj, dwa miesiące wcześniej, berlińskiego Instytutu Badawczego Medycyny Lotniczej podległego Ministerstwu Lotnictwa. Zatrudniona tutaj grupa naukowców, podległych płk. prof. Hubertusowi Strugholdowi, musiała przecież korzystać z szeregu fachowych publikacji, zawierających dorobek niemieckich uczonych z rozmaitych dziedzin medycyny oraz nauk pokrewnych. Badania w Rząsinach, których celem było testowanie reakcji i wytrzymałości ludzi w rozmaitych sytuacjach na rozliczne bodźce (np. zamrożenie i próżnię) oraz czynniki zewnętrzne, do śmierci więźnia włącznie, wymagały bowiem zarówno własnej wiedzy, jak i posiłkowania się osiągnięciami innych autorytetów (por. Sz. Wrzesiński, "Na tropie badań Strugholda", "Odkrywca" nr 11, 12/ 2011).

Po zakończeniu działań militarnych, wiosną 1945 roku do Rząsin zaczęli docierać falami dawni mieszkańcy, którzy szybko dostrzegli istotną zmianę: "Do górnej wioski wprowadzili się Rosjanie. Zbudowali obóz dla 3 tys. osób i postawili działa. Natomiast w pałacu urządziło się rosyjskie komando. W czerwcu rosyjscy żołnierze odeszli, jednak rosyjskie komando w dalszym ciągu zajmowało pałac" - czytamy w cytowanej już kronice wsi. Nieznany jest oficjalny powód tak długiego pobytu Sowietów. Niewykluczone, że prof. Strughold i pozostali naukowcy w styczniu, w pośpiechu, opuścili Rząsiny, zabierając ze sobą jedynie dokumentację i najważniejszy sprzęt. Czy właśnie dlatego przez długie, wiosenne tygodnie, w nieistotnym strategicznie i zarazem niewielkim pałacu kwaterowali Rosjanie? Czy ich dłuższy pobyt nie wynikał z analizy przydatności poszczególnych urządzeń i pozostawionych publikacji, które można by wykorzystać do badań w głębi Związku Radzieckiego? W takim wypadku mamy odpowiedź, dlaczego z Rząsin nie zabrano wszystkich woluminów. Po prostu część z nich uznano za zbyt ogólnikowe i nie mające znaczenia dla rozwoju sowieckiej medycyny lotniczej.

Nie wiadomo co działo się z pałacem po opuszczeniu wojsk przez czerwonoarmistów, oraz kiedy to dokładnie nastąpiło. Zapewne dawna rezydencja przez pewien czas stała opustoszała, odwiedzana sporadycznie przez polskich szabrowników. W końcu ktoś, być może jeden z polskich osiedleńców, wybrał się zobaczyć pałac. Niewykluczone, iż podczas takiej "wycieczki" mógł natknąć się, w kilku komnatach bądź budynkach folwarcznych, na stosy niemieckich książek. Po powiadomieniu władz lokalnych i sprawdzeniu pieczątek na wybranych pozycjach, informacja o zbiorach została przekazana do kolejnych instytucji. Stąd też 22 listopada 1945 roku Pełnomocnik Rządu RP na obwód 32 Dolnego Śląska - Stanisław Piekarowicz - oraz przedstawiciel wrocławskiego Referatu Kultury i Sztuki - Maria Wabia, wysłali pismo do wydziału Kultury i Sztuki we Wrocławiu:

"Niniejszym zawiadamiam, że w miejscowości Rząsiny, powiat lwówecki, znajduje się znaczna ilość dzieł naukowych i medycznych Uniwersytetu Wrocławskiego. O akcji zabezpieczania zbiorów został już powiadomiony Dyrektor Biblioteki Uniwersytetu we Wrocławiu dr Antoni Knot".[3] Tam zatem można do dzisiaj szukać egzemplarzy ukrytych w okresie II wojny światowej przez Niemców. Możliwe, że na wrocławskich półkach odnajdziemy również egzemplarze stanowiące niegdyś część zbiorów słynnej w III Rzeszy Wojskowej Akademii Medycznej...

Szymon Wrzesiński, Piotr Kucznir

Zdjęcia: zbiory Szymona Wrzesińskiego.

Przypisy:

[1] Eva Cecková, Lékarská Faculta UK, Fakultní Knihovna, Hradec Králové, Czech Republic; Internet: fabian.sub.uni-goettingen.de. Całkowity zbiór Biblioteki Medycznej obejmuje ponad 300 tys. woluminów. Z dawnej niemieckiej biblioteki pochodzi 6670 monografii i 64 czasopisma z przełomu XIX i XX wieku.

[2] W niemieckich i amerykańskich dokumentach nie podano liczby skrzyń, ani też ilości woluminów zgromadzonych w Rząsinach.

[3] W dokumencie użyto powojennej nazwy wsi Rząsiny - "Wilcza Góra, powiat Lwówek".

Z publikowanego w "Odkrywcy" cyklu "Kulisy rewindykacji na Dolnym Śląsku" ukazały się:

- cz. 1 "Składnica Paulinum", nr 1/2014,

- cz. 2 "Zaginione dzieła z Biedrzychowic", nr 2/2014,

- cz. 3 "Opróżnianie pałaców w Kunowie i Stadniskach", nr 3/2014,

- cz. 4 "Spalona składnica w Nowym Kościele", nr 4/2014,

- cz.5 "Grabież pałaców pod Zgorzelcem", nr 5/2014,

- cz.6 "Powstanie i upadek lubańskiego muzeum", nr 6/2014,

- cz.7 "Zapomniane skrzynie ze skarbami...", nr 7/2014,

- cz.8 "Na tropach rękopisu Marcina Lutra", nr 9/2014,

- cz.9 "Między nami zakonnicami... składnica w Lubomierzu", nr 10/2014,

- cz.10 "Karpniki - ostatnia misja Grundmanna", nr 11/2014,

- cz.11 "Co ukryto, a co znaleziono na zamku Książ?", nr 12/2014.

Dowiedz się więcej na temat: Dolny Śląsk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje