Reklama

Reklama

Gazowy Książę na wojnie. O atakach gazowych pod Bolimowem inaczej

W maju tego roku obchodzimy 100-lecie użycia gazów bojowych na ziemiach polskich. Podobną rocznicę obchodziło również w kwietniu belgijskie Ypres. Okolicznościowa prelekcja odbyła się również w siedzibie Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej w Hadze. Otwarto tam też wystawę poświęconą 100-leciu użycia gazów bojowych, na której można zobaczyć historię użycia broni chemicznej prezentowaną przez Rosję, Niemcy, Polskę, Belgię i Łotwę. W tym roku odbędą się rocznicowe imprezy rekonstrukcyjne, podczas których będziemy mieli okazję obejrzeć kawałek historii "na żywo" - m.in. 30 maja 2015 w Bolimowie.

Ważne dla nas, jak i dla Belgów, daty, to 24 kwietnia 1915 roku - kiedy niemiecki 35. Pułk Pionierów otworzył zawory butli gazowych umieszczonych na odcinku pomiędzy Bikschote-Langemark-Poelkapelle oraz 31 maja 1915 roku, gdy pod Bolimowem 36. Pułk Pionierów wypuścił chlor na pozycje rosyjskie.

Kwestię użycia gazów bojowych na terenie naszego kraju opisywano już wielokrotnie, w tym na łamach "Odkrywcy". Dzisiaj chciałbym, żebyśmy spojrzeli na ataki gazowe w rejonie Bolimowa, który stał się "polskim Ypres", oczami dowódcy 9. Armii Niemieckiej - księcia Leopolda Bawarskiego. Jest to spojrzenie bardzo subiektywne. Musimy pamiętać o tym, iż książę Leopold nie był specjalistą od wojny gazowej. Temat użycia broni chemicznej był dla niego tak nowy, jak dla dowodzonych przez niego żołnierzy 9. Armii w okopach nad Rawką i Bzurą. Użycie gazów pod Bolimowem nie było jego decyzją. Podobnie jak objęcie dowództwa 9. Armii. Powyższe wynikały z rozkazów, które również dotyczyły księcia Leopolda Bawarskiego.

Reklama

Książę był tak samo ciekaw nieznanego mu wcześniej frontu wschodniego, jak i samego wykorzystania broni chemicznej. W pierwsze zagadnienie został wprowadzony przez dowództwo frontu wschodniego, drugie naświetlił mu sam Fritz Haber. Żołnierze księcia walczyli już na wschodzie od sierpnia 1914 roku. Część z nich widziała wczesne mazurskie boje, przed innymi majaczyły już kontury Warszawy w październiku 1914 roku. Kolejni poznali ciężkie walki bitwy granicznej na froncie zachodnim, po których zostali przeniesieni na front wschodni. Prawie wszyscy brali udział w krwawej bitwie łódzkiej w listopadzie 1914 roku. Żołnierze ci, dowodzeni jeszcze przez von Mackensena, wywalczali w grudniu 1914 r. przyczółki na zamarzających brzegach Rawki i Bzury oraz przeżyli 3 dni piekła podczas wielkiej bitwy 31 stycznia 1915 r. w rejonie Wola Szydłowiecka-Humin-Borzymów. W bitwie tej nie pokazali swojej wartości, za to poznali wartość rosyjskiego piechura, który trwał na pozycjach i walczył jak lew, mimo wielogodzinnego ostrzału artyleryjskiego, a nawet użycia 18 tys. pocisków wypełnionych środkami, wywołującymi łzawienie. Rosyjski piechur zapłacił jednak za utrzymanie frontu ogromnymi stratami - 40 tys. zabitych, rannych i wziętych do niewoli...

Gdy w kwietniu 1915 r. książę Leopold objął dowództwo 9. Armii, była ona wyczerpana, okrojona i niezdolna do podjęcia większych operacji. Front był spokojny, żołnierze nie ponosili zbędnego ryzyka, liczyło się tylko przeżycie i utrzymanie linii. Jeszcze w lutym 1915 r. kilka korpusów wyjętych ze stanu armii, rozjechało się dla wsparcia bardziej rokujących teatrów działań, jak np. rejon Gorlic czy Przasnysza. Pułki zostały niewiarygodnie rozciągnięte na pozycjach. O ile w grudniu 1914 r. jeden pułk bronił ok. 800 m terenu, to w kwietniu 1915 było to już 3-4,5 km.

Podobnie funkcjonowała strona rosyjska, której pułki przetrzebione po operacji łódzkiej również rozciągały się na pozycjach, i podobnie jak u Niemców, ich korpusy wydzielano ze struktur 1.,2. i 5. Armii i wysyłano w inne miejsca frontu. Pozorny bezruch na froncie owocował jednak codziennymi stratami. Rosjanie ginęli od licznej i skutecznej artylerii okopowej stosowanej przez Niemców (miotacze min i granaty prętowe), jak i od ognia niemieckiej artylerii. Niemcy z kolei narzekali na Rosjan, którzy trzymali ich okopy pod ogniem, w dzień i w nocy. Straty niemieckie następowały głównie podczas zmian i wydawania posiłków. Zdarzały się też postrzały przez luki w przedpiersiach okopów oraz przez otwarte otwory tarcz okopowych. Żołnierz rosyjski rekompensował słabe wsparcie własnej artylerii śmiertelną precyzją ognia karabinowego.

Tam, gdzie rosyjski ogień był najskuteczniejszy, sądzono, że przeciwnikiem jest strzelec syberyjski, mimo iż rzeczywistą obsadę stanowił pułk liniowy lub rezerwowy. Dzienne straty niemieckie wynosiły 5-14 ludzi, natomiast rosyjskie, 10-25 ludzi na pułk. Żołnierze niemieccy korzystali z wyciszenia frontu i kąpali się w Rawce. Stagnacja jednak źle wpływała na psychikę żołnierza. Każdy marzył od wyrwaniu się z bezruchu i monotonii codziennego rytmu służby w okopach. Taki właśnie front przejął książę Leopold.

Swoje spostrzeżenia opisał w osobistym dzienniku, który odnalazłem w zbiorach Bawarskiego Tajnego Archiwum w zespole rodziny Wittelsbachów. Z niewiadomych przyczyn ani rodzina Wittelsbachów, ani archiwum nie zdecydowało się nigdy na jego publikację, mimo fascynującej, z punktu widzenia historii wojskowości, treści.

Radosna, energiczna ofensywa...

Rozkaz objęcia dowództwa 9. Armii dotarł do księcia Leopolda 19 kwietnia 1915 roku. "Rozmawiałem u ministra wojny i miałem nadzieję dowiedzieć się czegoś o 9. armii. Ale również tutaj nie mogłem uzyskać żadnych informacji. Nikt nie wiedział, jakie korpusy armijne należą do podległej mi armii, nawet nazwisko szefa sztabu nie było znane. W rosyjskiej części Polski, arenie mojej przyszłej działalności wojskowej, nigdy jeszcze nie byłem. (...) Wychodziłem więc naprzeciw całkowicie mi nieznanym stosunkom. Zresztą od 23 lat, będąc na stanowisku generalnego inspektora IV inspekcji armijnej, miałem tak często najbardziej osobiste relacje z urzędami pruskimi i królewsko-pruskimi pułkami, że mogłem oczekiwać, iż na wschodzie spotkam niejednego starego znajomego".

Następnego dnia książę Leopold pełen obaw wyjechał pociągiem z Drezna poprzez Budziszyn, Żagań i Kalisz do Łodzi. 20 kwietnia został przedstawiony przez gen. Beselera swojemu sztabowi. Jak sam książę stwierdził, w sztabie: "Nie było niczego pilnego do zrobienia". Zdanie to obrazuje właściwie jego stosunek do ścisłych spraw wojennego rzemiosła, który wynika z dalszej treści dziennika. Nie można się po jego lekturze oprzeć wrażeniu, że solą życia księcia były spotkania z niemieckimi książętami, politykami, synami cesarza i ówczesnymi celebrytami - popularnymi w tym czasie w Niemczech dziennikarzami wojennymi. Ranki wypełniały codzienne galopy konno i wizyta w sztabie, co jakiś czas książę odbierał parady podległych pułków czy odbywał miłe spotkania w kasynie oficerskim. Południe spędzał w terenie, wizytując podległe jednostki lub odwiedzając znanych mu wcześniej oficerów. Wiele godzin popołudniowych spędzał z książką w ogrodzie willi łódzkiego przemysłowca Schaiblera, wybranej na kwaterę.

Wieczorami znowu wracał do sztabu, zasięgając informacji z całego dnia. Siłą pamiętnika księcia Leopolda są poczynione obserwacje czy to dotyczące ówczesnej Łodzi i okolic, etnografii, armii, czy przytoczone rozmowy. "Na wszystkich większych ulicach znajdowały się obszerne, często podobne do pałaców wille z większymi lub mniejszymi ogrodami, należące do wielkich właścicieli fabryk i wyposażone z dużym luksusem. Gust pozostawiał wiele do życzenia: w wielu widać było, że tak powiem, klejące się do ścian miliony" - pisał o łódzkich willach w 3. dniu pobytu w mieście. Po pierwszej naradzie w znajdującym się przy ul. Piotrkowskiej sztabie, książę stracił złudzenia, co do możliwości zmiany sytuacji na froncie: "Moja nadzieja na przejście do energicznej i radosnej ofensywy, aby wyjść z męczącej wojny pozycyjnej i doprowadzić do militarnego rozstrzygnięcia, musiała zostać na razie odłożona na później". Przez kilka dni książę prowadził inspekcję poszczególnych korpusów, licząc od końca prawego skrzydła 9. Armii w okolicy Spały aż do samej Wisły.

"Podczas wizyt w oddziałach mojej armii postępowałem zawsze tak, jak podczas mojego ostatniego objazdu frontu zachodniego. Dana jednostka czekała na mnie zazwyczaj w szyku paradnym z karabinami na ramieniu, pojedyncze oddziały starych żołnierzy prezentowały broń. Formacja była bardzo różna w zależności od warunków danej lokalizacji. (...) Defilada, najczęściej w kolumnie grupowej, stanowiła zakończenie" - pisał z zadowoleniem książę.

Pośród wielu narzekań na stan drogowej infrastruktury Królestwa Polskiego, wyłoniły się ciekawe wnioski o kondycji podległych wojsk: "Odwiedziłem wszystkie sztaby korpusów, rozmawiałem z większością podległych mi generałów (...). Wszystkie pozycje wyglądały na starannie rozbudowane i wystarczająco silne, aby móc czekać z pełnym zaufaniem do solidności moich oddziałów na ewentualny atak wroga. Jeżeli chodzi o oddziały, to piechota we wszystkich walkach od początku wojny poniosła niezwykle ciężkie straty. W szczególności niezwykle wysokie były straty wśród oficerów zawodowych i podoficerów z dłuższym stażem służby; również wśród starszych roczników żołnierzy straty wynosiły przeciętnie 50-75%. (...) Bardzo wiele kompanii było dowodzonych przez poruczników w tym nierzadko poruczników rezerwy; większość podoficerów miała za sobą stosunkowo krótki okres służby, żołnierze pochodzili w większości z uzupełnień".

Co ciekawe, na podobne braki w kadrze oficerskiej narzekali w tym samym czasie rosyjscy dowódcy stojących naprzeciwko wojsk. Podobne spostrzeżenia miał chociażby gen. Muśnicki dowodzący 14. Pułkiem Strzelców Syberyjskich. Pozycje rosyjskie były w tym czasie tak samo dobrze rozbudowane jak niemieckie. Można więc powiedzieć, że w tych dwóch aspektach siła przeciwnych armii była podobna. Książę w pobłażliwym tonie wytknął pewne braki, tłumacząc niedociągnięcia... ciężką służbą w okopach, jednak jego ogólne wrażenie było dobre: "Miałem uczucie, że od tych oddziałów można wymagać wszystkiego, czego może dokonać porządne wojsko".

W konkluzji zauważył jednakże ze smutkiem, iż: "W tych warunkach było chyba rzeczą naturalną, że ciągle pojawiała się u mnie żywa chęć wyrwania się w końcu z monotonnej, lecz jednak wycieńczającej wojny w okopach i przejścia do radosnej, świeżej ofensywy, chęć, która z pewnością ogarniała również wojsko; jednak przynajmniej na razie nie leżało to w przewidzianych dla mojego frontu zamiarach naczelnego dowództwa i bez znacznego wzmocnienia oddziałów, byłoby to prawdopodobnie trudne do przeprowadzenia". Jak się wkrótce miało okazać, monotonność frontu pozycyjnego dowodzonego przez księcia, miała zostać niebawem przełamana.

W kilka dni po objęciu dowództwa przez księcia, dokonano pierwszego ataku gazowego przy pomocy chloru pod Ypres. Kolejnym miejscem podobnego ataku miały stać się okolice Bolimowa.

"Kłęby trującego dymu powędrują w kierunku pozycji nieprzyjacielskiej, zniszczą, lub uczynią niezdolnym do walki, wszystko co żywe"...

13 maja wieczorem pojawił się w kwaterze Fritz Haber, "(...) aby wyjaśnić mi zastosowanie w ataku butli z gazem. Mają one wkrótce nadejść, wraz z baonem pionierów, chyba nr 38. [książę pomylił nr pułku, gdyż chodziło o 36. Pułk Pionierów, i zamienił pułk na batalion - przyp. S. K.], który jest specjalnie przeszkolony w rozmieszczaniu i obsłudze tego nowego środka bojowego. Zgodnie z jego słowami, butle gazowe, które wyglądają podobnie do tych, w których jest transportowany gaz do statków powietrznych, wystarczy umieścić dość gęsto obok siebie na określonym odcinku na przedpiersiu okopu. Jak tylko wiatr będzie wiał z określoną siłą w kierunku wroga, butle powinny być otwarte możliwie równocześnie; kłęby trującego dymu powędrują wtedy w kierunku pozycji nieprzyjacielskiej, zniszczą, lub co najmniej uczynią niezdolnym do walki, wszystko co żywe".

Oczywiście taki obrót wydarzeń wywołał entuzjazm księcia, aczkolwiek wyrażony powściągliwie i z godnością: "To wszystko było dla mnie nowe i wydawało się jeszcze nie całkiem dokładnie wypróbowane; ale dawało szansę na to, aby w końcu wyjść z okopów i przejść do energicznej ofensywy; dlatego było to dla mnie wysoce pożądane".

Gaz nadszedł transportem kolejowym 18 maja, dalej zaczęła się żmudna dla żołnierzy instalacja 12 tys. butli w okopach na odcinku Tartak Bolimowski-Zakrzew nad Bzurą. Następnie wojsko oczekiwało długo na sprzyjający wiatr. Książę pokładał w ataku gazowym duże nadzieje, widział już swoje wojska idące w kierunku Warszawy: "Duży sukces taktyczny wydawał się całkowicie prawdopodobny: można było oczekiwać przedarcia się aż do pozycji Błonie, całkiem możliwe wydawało się wyprzedzenie na pozycji Błonie znajdującego się pod wrażeniem swojej porażki wroga; w dalszym ciągu rysowałoby się być może w najbliższej przyszłości zajęcie Warszawy".

Czas oczekiwania na nadejście właściwego wiatru dla przeprowadzenia ataku, książę umilał sobie w wybudowanym specjalnie dla niego basenie. Nadeszła właśnie fala upałów. Tymczasem piechota, w okopach, w napięciu oczekiwała sygnału do natarcia.

30 maja wiatr się ustabilizował. Książę zastrzegł dla siebie prawo wydania rozkazu otwarcia butli. Wydał go 31 maja o 2:30 rano z nieborowskiego pałacu, znajdującego się o 6 km od Bolimowa. Zaraz potem pojechał obserwować atak . "Z mojego znajdującego się na wysokim drzewie stanowiska widoczna była chmura gazowa, jako niska ściana mgły, przemieszczająca się w kierunku pozycji rosyjskiej, chociaż nie w równomiernej, ciągłej linii, i przesuwając się stopniowo do przodu, znikała z oczu. Ta chwila w zanikającym mroku była niezwykle emocjonująca. Wkrótce potem rozpoczął się silny ogień piechoty i karabinów maszynowych, jak również ostrzał artyleryjski. Po stosunkowo krótkim czasie wszystko stopniowo znowu ucichło. Przebieg tego całego zdarzenia wydawał mi się niewytłumaczalny. Pospieszyłem więc moim samochodem z powrotem do Nieborowa".

W Nieborowie książę zapoznał się z meldunkami. "Wypuszczenie gazu następowało stopniowo, tak, że nie powstała żadna jednolita ściana. Wydaje się, że przy pomocy ówczesnych środków pomocniczych pionierzy nie mogli szybko poradzić sobie z tą niebezpieczną pracą. W związku z tym atak piechoty nie był jednolity. Część piechoty poszła wkrótce za pierwszą częścią chmury gazowej; jednak niespodziewanie napotkała na silny ogień piechoty i karabinów maszynowych z okopów rosyjskich, wskutek czego doszło do znacznych strat. W tych warunkach, na rozkaz dowódców poszczególnych odcinków, część piechoty w ogóle nie wyszła z okopów - jednym słowem cała sprawa nie wyszła".

Dzisiaj wiemy już, że fala gazowa przeszła nad przednią pozycją rosyjską, przeniesiona podmuchem wiatru, i truła jednostki drugiej linii, artylerzystów i zaplecza. Oczekiwania księcia się nie spełniły. Rozżalony napisał: "Wojsku nie mogłem robić żadnych zarzutów; jeżeli żołnierzom mówi się, że wmaszerują do wrogich okopów bez strat, a następnie niespodziewanie dostają się oni pod silny ogień nieprzyjaciela, na co nie są przygotowani, to nie można się dziwić, że wtedy nie mogą dokonać tego, czego w innych warunkach zawsze dokonywali. Natomiast ogarnęło mnie głębokie niezadowolenie z panów naukowców, którzy opracowali cały ten atak gazowy z czysto teoretycznego punktu widzenia, bez uwzględniania rzeczywistych warunków; to, że gaz ma działanie śmiertelne tam, gdzie występuje w wystarczającej ilości, nie ulega żadnej wątpliwości, ale nie można go rozprowadzić nad całym terenem tak samo równomiernie, jak nad równym stołem". Kolejne ataki gazowe książę zamierzał już przygotować zgodnie ze swym doświadczeniem wojskowym, czyli zapewniając odpowiednie wsparcie artylerii, którego zabrakło 31 maja.

Atak gazowy, który nastąpił 12 czerwca 1915 r. został przygotowany już wg innych wytycznych. Gaz na odcinku Sucha-Zakrzew nad Bzurą wypuszczono dopiero po ciężkim bombardowaniu artyleryjskim. Książę zanotował: "O godz. 3:30 nad ranem gen. v. Pannewitz, który miał swoje stanowisko obserwacyjne trochę dalej z tyłu, wydał rozkaz do wypuszczenia gazu, natomiast artyleria miała przenieść swój ogień bardziej do przodu. Wypuszczenie zadziałało tym razem bardzo dobrze, tylko przed 5. pułkiem grenadierów trzeba było z tego zrezygnować, ponieważ na tym odcinku okopów kierunek wiatru był niekorzystny. Gęsty, biały dym podniósł się z naszych okopów strzeleckich i opadając w dół, przesuwał się powoli w kierunku południowowschodnim w stronę pozycji rosyjskiej. Nasza piechota ruszyła bezpośrednio za nim i bez dużych strat zajęła pozycję Borzymów, lub mówiąc dokładniej, na skraju lasku na północ od tej miejscowości aż do miejsca na wschód od Zakrzewa i okopała się na zajętej pozycji. Tym samym cel tego stosunkowo małego ataku został osiągnięty. Na razie zdobyto 2 ciężkie i 6 lekkich dział, 6 karabinów maszynowych, 1 miotacz min i wzięto 1500 jeńców. Poza tym Rosjanie musieli ponieść ciężkie straty w zabitych, rannych i chorych wskutek działania gazu: w wyniku naszego ognia artyleryjskiego oczekiwali oni ataku i dlatego silnie obsadzili okopy i podciągnęli rezerwy. W tych warunkach działanie trującej chmury gazowej było szczególnie skuteczne, tym bardziej, że Rosjanie jako środek ochronny posiadali jedynie niewystarczające paczuszki z watą. Nasze straty wyniosły ok. 500-700 żołnierzy, niestety było wśród nich również kilku zabitych i pewna liczba chorych od gazu w wyniku wypadku podczas wypuszczania gazu. Po złożeniu gratulacji dowodzącemu generałowi, odjechałem i o godz. 9 byłem w Łodzi".

Upiorni turyści

Atak zakończył się niewątpliwym sukcesem. Żołnierze niemieccy zrobili wyłom w rosyjskich pozycjach, ale z braku wystarczających sił nie wykorzystali powodzenia. Nadchodzące rosyjskie posiłki zatrzymały po kilku kilometrach niemiecki atak. Książę miał w końcu powód do nadania odznaczeń żołnierzom: "Był tutaj dowodzący gen. v. Pannewitz, w czterech rogach ustawione były delegacje oddziałów 17. korpusu armijnego. Wyglądały one wspaniale i było dla mnie szczególną radością móc pogratulować im sukcesu bojowego oraz udekorować oficerów, podoficerów i żołnierzy Krzyżem Żelaznym. Tutaj stały jeszcze rosyjskie działa. Tutaj było również miejsce zbiorcze wziętych do niewoli Rosjan, których pewna liczba zmarła w wyniku zatrucia gazem i również tutaj została pochowana".

Znanym jest historyczny fakt, iż Fritz Haber wizytował okopy rosyjskie po dokonanym ataku, by sprawdzić działanie gazu. Relacja z tej "wizyty" została spisana przez oficera wywiadu 9. Armii Maxa Wilda. Drugim "upiornym turystą" na pobojowisku był książę Leopold: "Konno można było jechać jeszcze do folwarku Żylin; od Suchej, która jest zresztą całkiem nic nieznaczącą rzeczką, szedłem dalej na piechotę wraz z kilkoma osobami towarzyszącymi, gdyż nie można było wzbudzać sensacji. Niedaleko stamtąd był najbardziej wysunięty do przodu okop rosyjski, w którym leżała jeszcze pewna liczba martwych żołnierzy wroga. (...) Pomiędzy pierwszą a drugą pozycją rosyjską, do której podeszliśmy na niewielką odległość, stał w niecce oddział artylerii polowej i strzelał z zakrytej pozycji. Można było tutaj zobaczyć działanie gazów trujących, które przeszły nad tą okolicą. Większość martwych Rosjan leżała z czarnymi twarzami i dłońmi, na ustach i nosach opaski z watą, twarze wciśnięte w ziemię, metal broni utleniony, wysokie zboże uschłe, liście drzew spalone na brązowo i żółto, podobnie jak trawa; widziałem nawet martwego psa przytulonego do swojego nieżywego pana".

Książę z pewną irytacją podsumował: "Gdybyśmy nasz pierwszy atak gazowy przeprowadzili również tak samo prawidłowo, bez błędnej interwencji ze strony uczonego, to nie obeszłoby się bez dużego sukcesu. Post factum człowiek zawsze jest mądrzejszy. Tak więc jedynym skutkiem tego nieudanego ataku było to, że z 9. Armii stopniowo zostały zabrane prawie wszystkie oddziały czynne".

By gaz się nie zmarnował...

Ostatni atak gazowy miał nastąpić z 6 na 7 lipca 1915 r., na odcinku zbliżonym do tego z maja. Atak ten, wg księcia, nie miał jednak żadnego celu taktycznego. Gaz pozostał na pozycjach od 17 czerwca, kiedy miał zostać dokonany kolejny atak gazowy z osią natarcia na rejon Borzymowa. Pod datą 16 czerwca książę zanotował: "Piękny, niezbyt gorący dzień z wiatrem zachodnim. Ponieważ po południu musiało się rozstrzygnąć, czy jutro rano będzie mógł zostać przeprowadzony atak gazowy na Borzymów, pozostaję po posiłku w ogrodzie. Byłem już w łóżku, gdy nadszedł meldunek, że wiatr zmienił kierunek i trzeba odwołać atak".

Ponieważ butle pozostawały w okopach, księcia dręczyły dwie myśli. Pierwsza dotyczyła bezpieczeństwa własnych żołnierzy, przebywających w okopach razem z butlami wypełnionymi śmiercionośnym gazem. Druga, meldunków przekazanych przez lotników, mówiących o jawnych symptomach mającej nastąpić ewakuacji wojsk rosyjskich z linii Rawki i Bzury. "Mnożą się oznaki, że Rosjanie chcą ustąpić z mojego frontu; dlatego moi oficerowie sztabu generalnego wnioskują, aby jak tylko kierunek wiatru na to pozwoli, wypuścić po prostu umieszczony na pozycji gaz. Przy tym bolesnym braku żołnierzy o ataku nie ma co nawet myśleć: na podstawie wcześniejszych doświadczeń butle z gazem zostały rozmieszczone bardzo gęsto, ich demontaż wydawał się z wielu względów niewskazany".

Ponury wniosek, jaki płynie z ostatniego wpisu dokonanego w dzienniku przez księcia, jest tylko jeden. Ostatniego ataku gazowego w rejonie Bolimowa dokonano tylko dlatego, by gaz się nie zmarnował...

Książę konkludował: "Chociaż ta sprawa była dla mnie niesympatyczna, to musiałem sobie powiedzieć, że zaproponowana procedura była w końcu jedyną możliwą, aby możliwie najbardziej zaszkodzić wrogowi, w przypadku, gdyby rzeczywiście miał zamiar się wycofać. Wydałem odpowiedni rozkaz i zleciłem oddziałom, aby po wypuszczeniu gazu natychmiast przeszperały okopy rosyjskie a potem powróciły na starą pozycję".

Atak gazowy z 6 na 7 lipca 1915 r. nie wyszedł jednak tak, jak książę sobie życzył. W efekcie zostali zatruci żołnierze 12. Rezerwowego Pułku Piechoty - 5. Rezerwowej Dywizji. Pod datą 7 lipca 1915 r. książę odnotował: "Z powodu nie całkiem równomiernego wiatru gaz można było wypuścić tylko pomiędzy Wolą Szydłowiecką a Borzymowem. Powstała wskutek gęstego rozmieszczenia butli bardzo gęsta chmura gazu, przemieszczała się dobrze w kierunku północno-wschodnim przez pozycje rosyjskie, jednak koło Kurdwanowa skręciła częściowo pod kątem prostym w lewo, przeszła od tyłu przez okopy rosyjskie na północ od Borzymowa, następnie przez okopy strzeleckie 12. Pułku Rezerwowego, który w ciemności nie mógł zobaczyć gazu. Dlatego nie mógł na czas opuścić okopów, stracił kilku ludzi i ok. 1000 na szczęście lekko chorych żołnierzy. Nasze oddziały szperaczy napotkały rosyjskie okopy pełne nieżywych i umierających, zdobyły 11 karabinów maszynowych, 3 miotacze min, 1 działo samopowtarzalne i ok. 100 karabinów. (...) W ciągu dnia Rosjanie obsadzili zresztą ponownie swoje stare pozycje z wyjątkiem wzgórza 95, które pozostało w naszych rękach".

"To, że było dane mnie, dowódcy, przeżyć taki sukces, napełniło mnie wielką satysfakcją i podzięką za tę łaskę nieba"...

W wyniku ataków gazowych nad Rawką i Bzurą zginęło blisko 20 tys. żołnierzy rosyjskich. Straty te nie były znane dowództwu 9. Armii aż do chwili ewakuacji rosyjskiego frontu, która nastąpiła w połowie lipca 1915 r. i spowodowana była groźbą odcięcia wojsk, znajdujących się w rejonie na południe od Warszawy. Jednostki 9. Armii wchodząc na tereny zajmowane przez Rosjan, zaczęły odkrywać ogromne, zbiorowe mogiły znajdujące się w Guzowie i Wiskitkach, jak również na cmentarzu w Żyrardowie.

Sam książę przyznał, iż ślady ataków gazowych nad Rawką i Bzurą widział na cmentarzach aż do Słonima. Oprócz żołnierzy zmarłych na miejscu, ogromna i nieoszacowana ich ilość zmarła w ciągu kolejnych dni i tygodni w rosyjskich lazaretach - od Żyrardowa poprzez Warszawę aż do terenów dzisiejszej Białorusi i Ukrainy. Książę i jego wojska weszły 5 sierpnia 1915 r. do Warszawy. "Był to dla mnie piękny, podniosły dzień; to że było dane mnie, już prawie siedemdziesięcioletniemu dowódcy, przeżyć jeszcze taki sukces, napełniło mnie wielką satysfakcją i podzięką za tę łaskę nieba."

Ataki gazowe w rejonie Bolimowa, tak jak pod Ypres, nie przyniosły oczekiwanego przerwania i zrolowania nieprzyjacielskiego frontu. Poniesione straty nie były współmierne do korzyści. Metoda ataku - chlorem wypuszczanym ze stalowych butli, jeszcze w trakcie I wojny przeszła do lamusa. Sam Fritz Haber przyznał, iż wybrał taką metodę z uwagi na ograniczenia budżetowe pierwszego okresu badań nad bronią chemiczną. Chlor był najtańszym ze znanych gazów trujących. Najskuteczniejszą metodą dostarczania gazów bojowych na pozycje nieprzyjaciela okazał się ostrzał pociskami zawierającymi bojowe środki trujące.

Czy świat nauczył się czegoś po 100 latach? Chyba nie. Pokusa użycia broni chemicznej była zawsze zbyt wielka, a jej siła i przerażenie, które wywoływała, ogromne. Gazów bojowych używano podczas całej I wojny światowej, jak i po niej.

Stanisław Kaliński

Podpisy:

1. Książę Leopold Bawarski (1846-1930).

2. Książę Leopold wizytujący lazaret znajdujący się w tzw. osadzie pałacowej w Skierniewicach. Księciu towarzyszą oficerowie sztabowi i gen. Reinhard von Scheffer-Boyadel.

3. Żołnierze 36. Pułku Pionierów. Zdjęcie wykonano w Łowiczu 16 czerwca 1915. Na odwrocie żołnierz ze zdjęcia napisał do rodziny: "Aktualnie wykonujemy bardzo ciężką pracę, nie mam ochoty o tym pisać".

5. Niemiecki atak gazowy.

6. Zatruci gazem żołnierze rosyjscy. Czerwiec 1915 rok.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje