Reklama

Reklama

Dyhernfurth - fabryka śmierci

Już kilka lat po zakończeniu I wojny światowej, podczas której po raz pierwszy zastosowano na polu walki bojowe środki chemiczne, we wszystkich krajach Europy rozpoczęto intensywne prace nad wyprodukowaniem nowych typów gazów bojowych. Ich stosowanie, biorąc pod uwagę zdobyte doświadczenia, miało być skuteczniejsze, a przede wszystkim bezpieczniejsze dla stosującego. Takie prace prowadzono także w Polsce. W laboratorium chemicznym podległym Ministerstwu Obrony, w Warszawie przy ul. Laudana 11, zajmowali się tym naukowcy o nazwiskach: Korczyński, Dziekański, Bartel, Berger i Sepmierski.

Udało im się uzyskać chlorocetofen, fosgen, chloropikrynę, adamsit, bromoaceton i iperyt. Prace prowadzono od 1925 r., a trzy lata później przygotowywano już instalację do seryjnej produkcji iperytu. Wynaleziono też dwa środki chroniące przed jego działaniem - "annogen" i "ludninę".

Reklama

W 1934 r. na poligonie w Jedwabnie przeprowadzono pierwsze manewry wojskowe z użyciem tych środków - zatruciu uległo 40 żołnierzy, w tym 15 ciężko. Gaz, produkowany w zakładach w Dębie pod Sandomierzem, przewożony był w stalowych butlach lub pojemnikach w kształcie gruszki.

Najwięcej uwagi bojowym środkom chemicznym poświęcaly w tamtym czasie oczywiście Niemcy, przygotowujące się do wojny. W związku z tym, że do 1935 r. na terenie Rzeszy nie było żadnych fabryk zdolnych do produkcji takich środków, postanowiono je wybudować. A jako że przemysł chemiczny potrzebuje ogromnych ilości wody, zakłady mogły powstawać jedynie na terenie, który to zapewniał - najczęściej nad rzekami. Stąd na Ziemiach Odzyskanych natrafiono po wojnie na fabrykę paliw syntetycznych w Blachowni, fabrykę gazów bojowych w Brzegu Dolnym, fabrykę środków wybuchowych w Krzystkowicach i zakłady paliw syntetycznych w Policach.

Tabun

W 1934 r. dr Gerhard Schräder, chemik koncernu I.G. Farben, otrzymał zlecenie przygotowania środka ochrony roślin, który mógłby zastąpić importowane dotychczas tego typu produkty. Podczas prac udało mu się wytworzyć cyjanek estru etylowego N-dwumetyloamidu kwasu fosforowego, który wykazywał  silne właściwości trujące.

Zgodnie z zaleceniami z 1935 r., według których wszystkie wynalazki, jakie mogły mieć zastosowanie militarne, miały być zgłaszane wojsku, nadzór nad pracami przejął Wehrmacht i to na jego zlecenie już rok później wytworzono kilogram "Taboonu", jak pierwotnie tabun nazywano, dla celów wojennych. Od 1939 r. Wehrmacht prowadził dalsze prace badawcze już we własnym laboratorium w Berlinie-Spandau. Środek otrzymał kryptonimy: Trilon 83, T 83, D7.

Chemicznie czysty tabun jest cieczą bezbarwną albo lekko żółtą, o lekko słodkim, owocowym zapachu. Działa mocno na układ nerwowy. Lekkie zatrucia występują już przy stężeniu 30-40 mg/m3, średnie przy 40-80 mg/m3. Po 15 minutach od zadziałania środka występują duszności, rozmyte widzenie, uczucie uciskania. Śmiertelne dawki - ponad 100 mg/m3 - powodują śmierć po 5-10 minutach. Trucizna ta wnika także przez skórę.

Działanie tabunu kumuluje się, zatem częsty kontakt z małymi nawet dawkami prowadzi do śmierci. Pierwsze objawy to poczucie niepokoju, strachu, utrata przytomności, depresje, kłopoty z mową itp. W warunkach terenowych tabun rozlany w formie płynnej działa około dziesięciu godzin.

Dyhernfurth

Projektowanie tajnej fabryki bojowych środków chemicznych, położonej  w Dyhernfurth (obecnie Brzeg Dolny), rozpoczęto w 1939 r. w Lipsku. Plany pospiesznie kończono w latach 1940-1941. Właścicielem zakładu był koncern I.G. Farben, a inwestycję zakodowano pod nazwą "Anorgana". Budowało ją prawie dwadzieścia firm z całych Niemiec przy zatrudnieniu niemal dziesięciu tysięcy robotników. Głównym wykonawcą była firma Luranil Baugessellschaft GmbH z  Ludwigshafen.

Dla potrzeb "Anorgany" wzniesiono filie obozu koncentracyjnego Gross Rosen - Aussenkommando Dyhernfurth I i II. Obóz znajdujący się wewnątrz fabryki składał się z trzech baraków z ok. 150-200 więźniami. Pracowali oni przy produkcji gazów i ładowaniu ich do pocisków i bomb ("Dyhernfurth I").

Lagerkomando obozu Dyhernfurth II, nazywanego ironicznie przez SS-manów "Elfenheim" - Dom Elfów (więźniowie pojawiali się w nim i znikali jak elfy...), umieszczone było w pobliżu fabryki, wśród drzew. Trzymano w nim stale 2000-3000 ludzi pracujących przy budowie fabryki. O ile obóz I, do którego kierowano ludzi o dobrym zdrowiu, miał znośne warunki, o tyle obóz II był prawdziwym obozem śmierci. Dla przykładu: z przywiezionego w sierpniu 1944 r. transportu 2200 węgierskich Żydów, do wyzwolenia w styczniu 1945 r. nie dotrwał nikt...

Tajemnica

Więźniowie z adnotacją "R.U." (Ruckkerhrunerwünscht  -  powrót niepożądany) pracujący przy tajnym projekcie mieszkali początkowo na terenie fabryki w drewnianym baraku, a później w specjalnie dla tego celu zbudowanym obiekcie murowanym.

Pracowali w wydzielonej hali, do której wstęp mieli tylko tu zatrudnieni i Lagerführer. Inni esesmani pilnujący obozu przybywali na zewnątrz - otwierali i zamykali bramy dla wjeżdżających i wyjeżdżających składów wagonów, obsługiwanych przez wewnętrzną lokomotywę przetokową. Wszyscy strażnicy podpisywali specjalne zobowiązanie o zachowaniu tajemnicy państwowej, ale pomimo tego nie mieli prawa ujrzeć więźniów przy pracy.

Bomby i pociski przeznaczone do napełniania trującym gazem przywożono często w niedzielę. Przed ich wyładowaniem więźniowie ustawiali na rampach zasłony, tak, że nawet esesmani na wieżyczkach nie mogli widzieć, co się dzieje. Podobnie było z wywożeniem produktu - dzienną produkcję (średnio dwa wagony kolejowe - 17,5 ton) natychmiast wywożono.

Z terenu wydzielonego obozu było widać między drzewami inne budynki fabryki zakryte siatkami maskującymi. Przy ważniejszych obiektach umieszczono w ziemi beczki z mieszaniną siarki i fosforu do stworzenia w razie potrzeby zasłony dymnej.

Praca

Więźniowie pracowali w wydzielonym budynku fabryki, do którego pod ziemią doprowadzono przewody z tabunem. Drzwi i okna hali były zamykane hermetycznie. Dla wentylacji, kanałami w podłodze, wdmuchiwano powietrze pobierane z wysokich kominów. Budynek był podzielony na pomieszczenia, poczynając od biura i stolarni, w której naprawiano uszkodzone w transporcie skrzynie z pociskami i przygotowywano materiał do unieruchamiania w wagonach gotowego wyrobu. Dalej było stanowisko napełniania bomb gazem, ich magazyn, pomieszczenie napełniania pocisków artyleryjskich i szklanych pojemników, stanowiska cechowania, kontroli itd.

Tabunem napełniano bomby lotnicze o wadze 100 kg (niekiedy mowa jest też o bombach o wadze 200 kg) oraz pociski artyleryjskie do dział kalibru 7,5 cm (o wadze 12,5 kg) i kal. 106 mm (o wadze 34,5 kg). Część wyprodukowanej trucizny wywożono z fabryki cysternami. Płynny tabun wlewały do pocisków specjalne maszyny, otwór wlewowy zakręcano nakrętką i zamalowywano żółtą farbą, która zmieniała kolor na czerwony, gdy środek się ulatniał.

Szczelność bomb sprawdzano w dwóch komorach podciśnieniowych, a szklane pojemniki zamykano specjalnym urządzeniem stapiającym szkło. Produkt nieszczelny wracał do cywilnego pracownika, który wykręcał nakrętkę i jakąś substancją neutralizował  truciznę.

Więźniowie, korzystając z nieuwagi nadzoru, próbowali sabotować produkcję - sądzili, że założenie dwóch podkładek pod nakrętkę uszczelniającą uniemożliwi załadowanie pocisku do lufy, co wydaje się teraz niezbyt prawdopodobne. Konsekwencją zmywania przez więźniów czerwonej farby i ponownego malowania pocisku żółtą, czyli ukrywania nieszczelności, było ustawienie  na stanowisku kontrolnym wagi wykazującej za każdym razem ewentualną zbyt małą ilość załadowanej trucizny.

Nie wszyscy pracowali w maskach. Ci, którzy mieli je założone i obsługiwali  automaty napełniające, cierpieli mimo to na różne dolegliwości, jak zresztą wszyscy inni. Powszechne było łzawienie i ropienie oczu oraz częściowa ślepota - szczególnie o zmierzchu, silne bóle głowy i opuchlizna. Wszędzie wokół, w całym obozie i poza fabryką, czuć było gaz. Powracający z pracy przynosili ze sobą stężony zapach wywołujący torsje u nowo przybyłych więźniów skazanych na "powrót niepożądany". Wśród nich byli też Podlasiacy, którzy dopiero tutaj się poznali.

Zdzisław Wrzosek

Rocznik 1921 - pracował w stodole, gdy całe gospodarstwo zostało otoczone przez Niemców. Przed wywiezieniem do siedziby gestapo w Sokołowie Podlaskim pozwolono mu tylko przez chwilę potrzymać w rękach 7-miesięcznego synka. Po kolejnych trzech tygodniach został wywieziony na Pawiak. W międzyczasie był świadkiem rozstrzelania ponad 60 osób.  Po "zaliczeniu" katowni przy Alei Szucha trafił do Gross Rosen, a stamtąd do tajnego komanda Dyhernfurth I.

Wiedział, że skierowanie do tego komanda oznacza wyrok śmierci, jednak później, w ostatnich dniach wojny, w rozgardiaszu ewakuacji podobozów przed zbliżającym się frontem "zgubił się" w więziennej masie Gross Rosen...

W Dyhernfurthcie pracował  około ośmiu miesięcy, do ewakuacji komanda. Najdłużej przy napełnianiu trzydziestokilkukilogramowych pocisków. Cały czas w masce. Obsługiwal nieduży okrągły przyrząd automatyczny - zadaniem więźnia było go włączać i wyłączać. Tylko tyle. Ale gaz wszędzie było czuć, nawet przez maskę. Nie można było spać w nocy, słabł wzrok.

Niemieccy cywile przychodzili rano i odchodzili daleko do domów, nie rozmawiali z więźniami. Strażnicy w fabryce również się nie pokazywali - jedynie więźniowie cały czas narażeni byli na działanie trucizny.

Pod koniec pobytu w "Dyhernfurth I" Zdzisław Wrzosek przez jakiś czas pracował na wagonach, do których ładowano gotową śmiercionośną broń. W sześciu układali pociski napełnione gazem warstwami w wiórach drzewnych, siedem lub osiem warstw. Pracę nadzorował  cywilny inżynier. Pociski były podawane taśmą - dalej układano je ręcznie. Nie byli ponaglani w pracy, specjalnie pilnowani czy eskortowani. To było małe komando, odcięte od świata; trójkami szli do pracy i każdy spokojnie zajmował swoje stanowisko.

Pewnego dnia zdarzyła się ucieczka trzech Rosjan. Zbiegów szybko znaleziono, ale martwych. Następnie każdy więzień musiał przejść obok zmasakrowanych ciał - okazało się, że uciekinierzy ukryli się w stosach gałęzi i wytropiły ich esesmańskie psy... To wtedy komendant powiedział im, że żywi tego miejsca nie opuszczą.

Co pewien czas więźniów poddawano ekspertyzom w podziemiach. Sprowadzano ich na dół, do podziemi w okolicach sprawdzalni szczelności. Pod ziemią był niesamowity szum pracujących maszyn. Każdy mieszczany był w szklanej klatce zwanej "wakuum", poddawany działaniu gazu i obserwowany przez szybę. Eksperyment trwał sekundę, nie wszyscy go przeżyli.

Nieprzytomnych lub martwych wyciągano za nogi, dawano jakieś zastrzyki. Zdzisław Wrzosek przeżył sekundę, został więc poddany próbie jeszcze dwa razy.

Któregoś dnia w czasie pracy wraz z innymi więźniami usłyszał hałas w magazynie pocisków. Szybko wbiegli i zobaczyli kolegę przysypanego stosem stali - puściły pod naporem ciężaru dębowe zapory...

Bogusław Stokowski

Urodzony w 1926 r., życie zawdzięcza szybkiej pomocy współwięźniów i lekarza Polaka. Lewa noga była złamana w udzie i pęknięta w podudziu. Wypadek wydarzył się w czasie pracy, więc należycie się nim zajęto. Prześwietlono nogę, założono gips i później jeszcze raz prześwietlono, sprawdzając czy kości dobrze się zrosły. Po trzech miesiącach na nowo uczył się chodzić.

Został aresztowany 3 stycznia 1944 r. - aresztowania dotknęły całą jego rodzinę, jedynie starszy brat "Nulek" - komendant miejscowej placówki AK, który spał w stodole -  zdołał uciec. Po znalezieniu pistoletu w pościeli Niemcy na miejscu zastrzelili ojca - Juliana. Dwudziestoletni brat, Mieczysław, został ranny w piętę i dobity na ośnieżonym polu.

Mieczysław Stokowski trafił do Gross Rosen, a stamtąd do Dyhrenfurthu. W fabryce pracował przy nalewaniu gazu do pocisków oraz przy ładowaniu wagonów. Podczas wypadku miał szczęście, że przywaliły go jedynie lżejsze pociski - był przysypany po pachy i cały pokaleczony.

Podczas ewakuacji komanda jeszcze nie odzyskał pełni sił, ale doszedł do Gross Rosen. Jednak i ten obóz był już ewakuowany - idąc do stacji kolejowej, widział dym płonącego obozu, pospiesznie likwidowanego przed nadchodzącym frontem. Ci, którzy nie wytrzymywali marszu, kładli się w rowie, przykrywali kocem i ginęli zastrzeleni przez eskortę.

W Mauthausen podstępem dokonano  selekcji - ogłoszono, że zdrowi i dobrze się czujący zostaną odżywieni i pójdą do pracy. Z "ochotników" sformowano ośmiotysięczny, odizolowany w dziewięciu blokach obóz śmierci. Wszyscy byli nadzy i po kolei, partiami, wysyłani do "łaźni", skąd już nie wracali. Jeden z niemieckich oficerów wybrał czterdziestu młodych więźniów i umieścił w ostatnim bloku. Powiedział: "Jeśli zginiecie, to ostatni; nic więcej nie mogę zrobić". Gdyby wyzwolenie nastąpiło dzień później - to także ta grupa więźniów zostałaby zaprowadzona do "łaźni".

Z dawnych więźniów obozu Dyhernfurth I, po 50 latach, na Podlasiu zostało ich już tylko trzech.

Kazimierz Janczewski

Urodzony 15 września 1921 r., został aresztowany za pracę konspiracyjną wraz z 60-letnim ojcem Konstantym 7 stycznia 1944 r. Przeszedł "badania" na gestapo w Sokołowie Podlaskim i na Pawiaku. Po zamachu na Kutscherę z jego celi wzięto pięciu więźniów na rozstrzelanie. O świcie 28 marca w grupie 550 więźniów, powiązanych po pięciu, został wywieziony do Gross Rosen (numer 23837), a niedługo później, 11 kwietnia, do Dyhernfurthu.\

W fabryce pracował głównie w pomieszczeniu kontroli szczelności - pociski napełnione gazem podawał do komór podciśnieniowych. Kiedy jedną opróżniano, w tym samym czasie ładowano je na wózkach do drugiej. Do bomb wlewano ok. 80l płynnego gazu, do mniejszych pocisków 1,5 l, do większych natomiast ponad 4 litry.

Początkowo ślepł przy tej pracy - do tej pory zresztą ma problemy ze wzrokiem.  Makabra zaczęła się 23 stycznia 1945 r., kiedy ewakuowano ich pieszo do Gross Rosen. Obóz był przeładowany. Kazimierz Janczewski został wywieziony stamtąd w transporcie, który wyruszył 7 lub 8 lutego 1945 r. - pięć tysięcy ludzi załadowano do otwartych węglarek na stojąco, po 160 a nawet 200 osób w jednej.

W dalszej drodze transport zatrzymał się na opustoszałym peronie w Weimarze. SS-mani ogłosili, że inne wagony są luźniejsze, kto chciał, mógł się przesiąść. Z jednym z kolegów zaryzykowali, bo było ciasno - zapędzono ich do noszenia trupów - z wagonów wyrzucano na peron ciała zmarłych więźniów jak kloce drewna  - w dwóch wagonach prawie nikt nie przeżył. Po siedmiu dniach dotarli do Mauthausen.

Około 10 marca odbyła się kolejna selekcja więźniów - trafił do grupy "muzułmanów" (wychudzonych i zniechęconych) przeznaczonych do wykończenia śmiercią głodową. Uratował go przypadek - przechodzący obok więzień funkcyjny, Polak, usłyszał, że rozmawia ze stojącym obok "muzułmanem" po francusku. Wyprowadził go do ubikacji, gdzie można było przeczekać "pracę" komisji selekcyjnej. Wrócił do więźniów zdrowych.  Po przewiezieniu do podobozu Gusen II codziennie dojeżdżał do podziemnej fabryki w Sankt Georgen, gdzie został kontrolerem montażu kadłubów messerschmittów.

Finał

Miasto i fabryka Dyhrenfurth zostały zajęte przez wojska radzieckie, 27 korpusu 13 Armii, 26 stycznia 1945 r. bez walki. Niemcy wycofali się w popłochu za Odrę, niszcząc prom i most kolejowy. Na terenie zakładu pozostała cała produkcja, łącznie z dokumentacją techniczną. Rosjanie nie bardzo orientowali się, co zostało zdobyte - po pozostawieniu na miejscu niewielkiego garnizonu wartowniczego jednostki wyruszyły w stronę Trzebnicy.

Wytwarzany w Dyhernfurcie gaz był jedyny w swoim rodzaju - było to nowe rozwiązanie, nieznane podczas I wojny światowej - podlegał najwyższemu stopniowi utajnienia, dlatego też generał Sachsenheimer otrzymał od szefa sztabu 4 Armii Pancernej Knüppela rozkaz zniszczenia zgromadzonego tam gazu i urządzeń. Chodziło też o ewakuację pozostawionych tam dwóch profesorów, pracujących przy produkcji gazu, delegowanego z grupy armii oficera wojsk chemicznych i osiemdziesięciu robotników. Przy tym ich obecność na miejscu stwarzała także dodatkowe możliwości likwidacji zgromadzonego w fabryce gazu - znali sprzęt i teren.

Gaz znajdował się w dwóch potężnych, umiejscowionych pod ziemią kadziach - stamtąd miał być przy pomocy pomp, poprzez rurociągi fabryki wypompowany do Odry. Tam uległby on rozłożeniu i unieszkodliwieniu - bez niebezpieczeństwa, że przeciwnik zdoła przeprowadzić analizy chemiczne, samo wysadzenie pełnych zbiorników nie gwarantowało tego. Przewidywano przy tym opróżnienie i zniszczenie surowców do produkcji gazu, zgromadzonych w dziewięciu grupach bunkrów.

Wojsko miało zdobyć zakład i utrzymać go przez taki czas, który by wystarczał do wypompowania gazu do Odry. Planowano dotarcie do fabryki od południa - w akcji miały brać udział dwie kompanie spadochroniarzy z grup armii "Południe" i "Wisła", jedna do dwóch baterii artylerii przeciwlotniczej, a także lekka kompania saperów (906-ta) z 81 łodziami desantowymi. Według planu sztabu grupy armii, atak powinien nastąpić o świcie przez niespodziewany ostrzał artyleryjski rozpoznanych punktów oporu, podczas którego nastąpić miał desant komandosów zajmujących zakład.

Generał Sachsenheimer był innego zdania - uważał, nie bez racji, że desant komandosów z pewnością zostanie zauważony przez oddziały rosyjskie przemieszczające się szosą na północ od Dyhernfurthu (w odległości około 6 km od fabryki) w kierunku na Wołów, a przecież samo zdobycie zakładów było tylko pierwszym krokiem do wykonania zadania. Zwrócenie się przejeżdżających w pobliżu sił pancernych w stronę zakładu mogło uniemożliwić  jego obronę przez odpowiednio długi czas.

Po przedstawieniu tych poglądów generałowi Graserowi, głównodowodzącemu 4 Armią Pancerną, Sachsenheimer udał się nad Odrę dla przeprowadzenie wizji lokalnej.

Most kolejowy przez Odrę był wysadzony między dwoma przęsłami, ale dostępny dla piechoty. Oczywiście przejście mogło odbyć się tylko nocą tak, by nie zwracać uwagi, zwłaszcza że mostu po przeciwnej stronie pilnowały dwa stanowiska broni maszynowej. Do następnych pozycji wojsk radzieckich było około 500 m. Linia kolejowa, umieszczona na wysokim nasypie, wiodła łukiem obok Dyherfurthu do fabryki, jeden tor prowadził do miasta, drugi - do zakładu - ich nasypy pozwalały łatwo trafić w ciemności do celu.

Z pobliskiego pałacu dobiegały śpiewy pijanych żołnierzy rosyjskich, co świadczyło o pewnej beztrosce wartowników. Komandosi pod dowództwem majora Joosa, dowódcy regimentu z dawnej 17-tej Dywizji Sachsenhausen, błyskawicznie zlikwidowali dwa rozpoznane gniazda karabinów maszynowych i wyruszyli w stronę fabryki. Wkrótce zajęto pozycje - jedna grupa broniła dostępu do zakładów od strony miasta, druga od strony drogi Trzebnica - Wołów. Artyleria zainstalowała się na nasypie rzeki, a saperzy z łodziami desantowymi w każdej chwili gotowi byli do akcji ewakuacyjnej.

Po godzinie od rozpoczęcia ataku grupa techniczna w zakładzie mogła rozpocząć działanie. Wszystko działo się dużo szybciej niż zakładano, gdyż pompy i rurociągi w fabryce były całkiem sprawne. Dopiero w pełni dnia - około godziny trzynastej - pojawiły się z północy czołgi radzieckie (około 18). Rozpoczęła się  walka, w której dominowali Niemcy - nie tylko dzięki dobrze ustawionej artylerii, ale też i dużej liczbie grenadierów z panzerfaustami. Dopiero po południu radzieckie czołgi pojawiły się także z lewej strony torów - około 7-8 wozów - ale i one weszły wprost pod lufy artylerii - w ciągu krótkiego czasu sześć z nich płonęło.

Niemcy wysadzili instalacje fabryki, jednak w rurociągach musiało pozostać trochę gazu, bo kilku saperów wysadzających je uległo lekkim zatruciu. Raport o zniszczeniu gazu i urządzeń do jego wytwarzania podpisali, obok generała Sachsenheimera, także ewakuowani dwaj naukowcy.

Relacje więźniów zebrał i opracował  Sławomir Kordaczuk.

Bogusław Wróbel

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy