Reklama

Reklama

Aresztowani dla własnego bezpieczeństwa…(cz. II)

Gdy wybuchła II wojna światowa położenie mniejszości niemieckiej, licznie zamieszkującej ziemie polskie, uległo drastycznemu pogorszeniu. Na Pomorzu i w Wielkopolsce władze polskie obawiając się sabotażu i dywersji ze strony ludności niemieckiej, przeprowadziły masowe aresztowania. Dotknęły one gł. niemieckiej inteligencji. Niemców wysyłano na wschód, w ramach tzw. „elaboratu unieruchomienia”. Był to plan internowania Niemców uznanych za niebezpiecznych dla Rzeczypospolitej Polskiej. W 1937 r. Sejm zezwolił na tworzenie list osób, które na wypadek wojny powinny zostać internowane. Plan wszedł w życie w nocy z 31.08 na 1.09.1939 r. Na początku września 1939 r. władze polskie internowały ok. 15 tys. obywateli polskich narodowości niemieckiej, z tego ok. 10 tys. na Pomorzu i w Wielkopolsce. „Elaborat” zakładał przewiezienie internowanych Niemców do Berezy koleją, jednak już 1 września okazało się to niemożliwe. Niemieckie lotnictwo zbombardowało bowiem i uszkodziło najważniejsze połączenia kolejowe. A torami, które udało się naprawić, transportowano w pierwszej kolejności Wojsko Polskie, a potem – majątek narodowy. Tym samym internowani ruszyli kolumnami w wyczerpujących marszach…

(Część druga artykułu Leszka Adamczewskiego)

Sąd Specjalny w urzędzie gestapo

Spróbujmy prześledzić losy obywateli polskich narodowości niemieckiej, internowanych w Obornikach i okolicach tego miasta, deportowanych na wschód. Trwająca w Polsce latami zmowa milczenia wokół tego, co działo się podczas ich marszu i brak jakichkolwiek polskich badań, zmusza do sięgnięcia po materiały niemieckie, w tym przede wszystkim hitlerowskie, mocno skażone propagandą goebbelsowską. Ale ludzie Josepha Goebbelsa nie zmyślili wszystkiego. Pominęli niektóre niewygodne dla Niemców fakty, zwłaszcza zabrakło w ich relacjach niemieckich ofiar bombardowań i ostrzeliwań cywilów na polskich drogach przez samoloty Luftwaffe, wyeksponowali za to inne, choćby opisy torturowania niemieckich starców przez "polskich strażników-sadystów". Z braku polskich źródeł sięgamy do starych egzemplarzy dziennika "Ostdeutscher Beobachter" z 1941 roku. Od nazistowskiej manifestacji na obornickim Rynku minęło 13 miesięcy. Tyle czasu potrzebowała hitlerowska Temida, by przed Sądem Specjalnym Posen I postawić 28 Polaków oskarżonych o morderstwa i przemoc w czasie marszu mieszkańców Obornik. Kilkudniową rozprawę, która rozpoczęła się 25.08.1941 r., zorganizowano w największej sali dawnego Domu Żołnierza im. marszałka Józefa Piłsudskiego, gdzie podczas wojny swą siedzibę miało gestapo. "Ostdeutscher Beobachter", który codziennie bardzo obszernie relacjonował proces, nie zamieścił żadnego zdjęcia z rozprawy. Z relacji tych można wyczytać jedno. Władze Kraju Warty nadały procesowi pozory normalnej rozprawy sądowej. Na sali byli obrońcy oskarżonych, a oni sami mogli zabierać głos i zgłaszać wnioski dowodowe.

Reklama

Na ławie oskarżonych zasiadło - jak się rzekło - 28 osób: byli policjanci i ludzie różnych zawodów, którzy konwojowali pierwszy marsz internowanych oborniczan na odcinku: z Gniezna przez Kleczew, Sompolno, Kłodawę, Kutno, Sochaczew do rejonu Warszawy, a ściślej do przylegającej do tego miasta od strony południowo-zachodniej wioski Mory. Głównymi oskarżonymi zostali byli oficerowie policji: Kazimierz Niewiarowski z Dębicy i Stanisław Błotny z Warszawy. Wśród osób zasiadających na ławie oskarżonych nie było nikogo z Obornik, za to sporo osób - robotników, rolników i leśników - pochodziło z sąsiedniego powiatu chodzieskiego.

W pierwszych godzinach procesu - jak informował organ NSDAP Kraju Warty - sąd przesłuchał 14 oskarżonych, w tym Kazimierza Niewiarowskiego, który był dowódcą konwoju internowanych. Od samego początku dążył on - jak czytamy w "Ostdeutscher Beobachter" - "do wytępienia powierzonych mu volksdeutschów. Świadczy o tym fakt, że przejął on kolumnę bez pokwitowania 672 osób przekazanych mu do konwojowania i także później nie sporządził ich imiennej listy. Na pytanie przewodniczącego [składu orzekającego Sądu Specjalnego - przyp. L. A.] odpowiadał stereotypowo, że niczego sobie nie przypomina. (...) Rezultat jego nieludzkiego zachowania to wykopane do tej pory zwłoki 131 konwojowanych volksdeutschów, z których - jak wynika z urzędowej dokumentacji fotograficznej - wiele nosiło ślady strasznych okaleczeń głowy".

Również drugi z głównych oskarżonych, oficer policji z Warszawy, Stanisław Błotny, "z twarzą typową dla podczłowieka podczas stawiania mu poszczególnych zarzutów przez przewodniczącego ciągle powtarzał: »ja nic nie widziałem«, »nie było mnie przy tym«" - pisała hitlerowska gazeta, informując jednocześnie, że na niektórych odcinkach Błotny dowodził konwojem marszu.

Według oskarżenia internowani w czasie marszu nie otrzymywali żadnych racji żywnościowych. Tylko raz do ich dyspozycji oddano 17 bochenków chleba, co dało jedną cienką kromkę dla mniej niż jednej trzeciej internowanych. Na ten temat między przewodniczącym składu a oskarżonym Błotnym wywiązał się - wg "Ostdeutscher Beobachter" - następujący dialog:

- Co volksdeutsche otrzymywali do jedzenia?

- Tego nie wiem.

- Ilu Niemców było jeszcze w konwoju, gdy pan otrzymał funkcję komendanta?

- Tego nie wiem.

- Czy było ich jeszcze 672?

- Nie sądzę.

Między oskarżonym Mikołajem Małeckim, rolnikiem spod Poznania, a Stanisławem Błotnym doszło na rozprawie do sprzeczki. Małecki zeznał, że na rozkaz Błotnego zastrzelił volksdeutscha Sagera.

- To nieprawda - gwałtownie zareagował Błotny.

- Jak może Błotny temu zaprzeczać. Sam przecież przy tym był.

- Z jakiego powodu Sager został zamordowany? - zapytał Małeckiego przewodniczący.

- Błotny powiedział, że nie będziemy takiego starego ze sobą wlec.

I tak dalej. Darujmy sobie cytowanie kolejnych fragmentów obszernych sprawozdań z poznańskiego procesu nazwanego "Oborniker Mordprozess", codziennie zamieszczanych przez "Ostdeutscher Beobachter". Wśród tysięcy słów wypowiedzianych na sali w gmachu urzędu gestapo i zaprezentowanych sądowi dokumentów, nazwanych dowodami, było sporo prawdy, ale też mnóstwo antypolskiej propagandy. Nie ulega też wątpliwości, że oskarżyciele i sąd pominęli niewygodne dla Niemców wątki, ale wszystkiego nie zmyślono. Czy tego chcemy, czy nie, rzeczywiście przypadkowa grupa polskich konwojentów pod dowództwem Kazimierza Niewiarowskiego i Stanisława Błotnego bez snu, prowiantu i wody pitnej, między 4 a 9 września 1939 r., pędziła przez wiele kilometrów 672 obywateli polskich narodowości niemieckiej. Już w drodze do rejonu Konina pobito na śmierć lub zastrzelono kilku internowanych. Im dalej marsz był od Obornik, tym więcej ginęło ludzi. Zdaniem oskarżyciela najwięcej etnicznych Niemców zamordowano w Sochaczewie i podwarszawskich Morach.

Dziesięciu uniewinnionych

Przemawiając przed Sądem Specjalnym prokurator uznał Niewiarowskiego i Błotnego za głównych sprawców zbrodni na internowanych i zażądał dla nich, oraz 16 innych oskarżonych, kary śmierci. Jednocześnie powiedział, że na pozostałych 10 oskarżonych nie udało się zebrać wystarczających dowodów winy i sąd powinien ich uniewinnić. Jako dowód, że tego typu marsze internowanych można było zorganizować i przeprowadzić w inny sposób, prokurator przedstawił przykład drugiego marszu obornickiego, gdzie dowódca i konwojenci zadbali o przydział żywności i wody pitnej oraz o odpowiednie zakwaterowanie i traktowanie podczas marszu.

Obrońcy oskarżonych nie stanęli na wysokości zadania. Tego samego zadania, które 5 lat później wzorowo wykonali polscy mecenasi: Stanisław Hejmowski i Jan Kręglewski przed polskim sądem broniący Arthura Greisera. Tymczasem ich niemieccy koledzy, którzy latem 1941 r. mieli bronić Niewiarowskiego i Błotnego, oświadczyli - wg "Ostdeutscher Beobachter" - że ze względu na przytłaczającą wagę dowodów uznają się tylko za mówców, a nie obrońców. Pozostali w kilku przypadkach prosili sąd o łagodniejszy wyrok dla swych klientów.

Już od wczesnego rana w czwartek 4.09.1941 r. wielu Niemców zmierzało w kierunku gmachu gestapo. O godzinie 8:45 przewodniczący Sądu Specjalnego Posen I rozpoczął odczytywanie wyroku. Oskarżonych: Kazimierza Niewiarowskiego i Stanisława Błotnego uznano za winnych wszystkich zarzucanych im czynów, zwłaszcza niebezpiecznego uszkodzenia ciała poprzez zagrażające życiu traktowanie w trakcie wykonywania obowiązków służbowych w 672 przypadkach oraz w 133 przypadkach udziału w mordzie. 16. oskarżonych, w tym wspomnianego tu Mikołaja Małeckiego, uznano za winnych niebezpiecznego uszkodzenia ciała poprzez zagrażające życiu traktowanie w trakcie wykonywania obowiązków służbowych w 672 przypadkach oraz udziału w mordzie, każdy w jednym przypadku, a Stanisław Kaźmierczak w dwóch. Wszyscy oni zostali skazani na karę śmierci, a ponadto, na podstawie paragrafu 32. Kodeksu Karnego, odebrano im prawa obywatelskie (? - przyp. L. A.) na zawsze. Dziesięciu oskarżonych: Andrzeja Graszę, Jana Kaczmarka, Stefana Rado, Franciszka Kałkowskiego, Bernarda Lüda, Władysława Perlicjana, Wincentego Wołowicza, Aleksandra Zameckiego, Jana Zduna i Marcina Zielińskiego - sąd uniewinnił. Wszyscy oni byli mieszkańcami powiatu chodzieskiego. "Ostdeutscher Beobachter" napisał, że "w przypadku uniewinnionych oskarżonych ich areszt zostanie uchylony".

Nie udało mi się ustalić, czy tak się stało. Jest jednak mało prawdopodobne, by ośmiu oskarżonych odzyskało wolność. Hitlerowska gazeta omawiając uzasadnienie wyroku napisała bowiem, że przewód sądowy wykazał, iż oskarżonych można podzielić na trzy grupy. Pierwsza, to 18 bezpośrednich sprawców mordu, druga, to 8 oskarżonych, którym ciężko było winę udowodnić i 2 oskarżonych, którzy w zbrodniach nie brali udziału. I zapewne tylko oni wyszli na wolność, a 8 uniewinnionych, po formalnym zwolnieniu z więzienia, przewieziono do obozu koncentracyjnego.

Na zakończenie rozprawy przewodniczący Sądu Specjalnego odczytał z imienia i nazwiska 133 ofiary marszu obornickiego. "Oni umarli za nas i za Niemcy" - tymi słowami przewodniczący zamknął rozprawę sądową.

Namiestnik Rzeszy Arthur Greiser - działając w imieniu Führera - nie skorzystał z prawa łaski. 17.09.1941 r. w więzieniu przy Mühlenstrasse (ul. Młyńskiej) ścięto 12. skazanych, w tym Kazimierza Niewiarowskiego i Stanisława Błotnego. W następnym dniu zgilotynowano pozostałych skazanych.

Czy sprawiedliwości stało się zadość? Czy Niewiarowski, Błotny i pozostali ścięci w poznańskim więzieniu odpowiedzieli za własną brutalność i żądzę niemieckiej krwi? Czy może byli tylko kozłami ofiarnymi, godząc się konwojować nieprzygotowany marsz mniejszości niemieckiej w sytuacji, gdy Adolf Hitler wywołał brutalną wojnę, a w rozpadającym się pod uderzeniami Wehrmachtu kraju panowały chaos i bezprawie? Ale czy to tłumaczy nieludzkie zachowania...

Jedno nie ulega wątpliwości. Śmierć etnicznych Niemców pędzonych we wrześniowych marszach była na rękę tylko Hitlerowi. Posłużyła mu i propagandzie goebbelsowskiej za usprawiedliwienie niemieckich zbrodni na Polakach.

W sierpniu 2010 r. podczas jednego ze swych pobytów w Polsce, znany nam już pastor Helmut Brauer z Lubeki odwiedził kujawską wioskę Kłóbka koło Włocławka. Szukał śladów Polaka, który we wrześniu 1939 r. uratował bliską mu osobę. Był nim zaprzyjaźniony z rodziną Brauerów ewangelicki pastor Rössler z leżącego niedaleko Obornik Rogoźna. Jego żona była matką chrzestną małego Helmuta.

Gdy wybuchła wojna pastora Rösslera internowano i wraz z grupą 28 innych mieszkańców Rogoźna narodowości niemieckiej popędzono na wschód. Wkrótce dotarli oni do wspomnianej Kłóbki, gdzie natrafili na jakiś oddział Wojska Polskiego. Jeden z oficerów znał niemiecki i wdał się w rozmowę z pastorem. Zdradził mu, że jego matka była także ewangeliczką. Prawdopodobnie oficer domyślał się, co stanie się, lub co może się stać, z internowanymi, bo podczas rozmowy postanowił pomóc pastorowi z Rogoźna. Poprosił niejakiego Grudzińskiego, zarządcę majątku należącego do Ludwika Orpiszewskiego, by ten go ukrył. Grudziński nie odmówił. Nazajutrz internowani opuścili Kłóbkę, ale bez pastora, bo konwojenci nie mieli czasu go szukać. Gdy do Kłóbki wkroczył Wehrmacht, pastor wyszedł z ukrycia i wrócił do Rogoźna, przemianowanego już na Rogasen. W jego rodzinie i wśród znajomych przetrwała historia ocalenia głowy rodu Rösslerów przez Polaka z wioski, której nazwy Niemiec nie potrafi poprawnie wymówić. Podczas pobytu w Kłóbce pastor Brauer odwiedził proboszcza miejscowej parafii katolickiej, księdza Leszka Buczkowskiego, oraz regionalistę i poetę, Bogdana Lisowskiego. Z ich pomocą dotarł do wnuka człowieka, który w 1939 ocalił pastora Rösslera. I odwiedził dom, w którym on się ukrywał.

Helmut Brauer w sierpniu 2010 r. powiedział coś ważnego. Otóż po wyjściu z Kłóbki internowanych mieszkańców Rogoźna, ślad po nich zaginął. Z 28-osobowej grupy do swoich bliskich nie wrócił nikt...

Zdjęcia: Leszek Adamczewski, archiwum Wilhelma Brauera, Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa, internet.

Specjalne podziękowania dla Dariusza Garby za przetłumaczenie artykułów z "Ostdeutscher Beobachter".

Leszek Adamczewski

Poznański dziennikarz i pisarz. Wieloletni współpracownik "Odkrywcy". Autor ponad 20 książek, cieszących się wielkim zainteresowaniem czytelników, poświęconych tajemniczym zdarzeniom z czasów II wojny światowej. Najnowsza pozycja tego Autora to, wydana nakładem Repliki, "Zejście do piekła".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy