Reklama

Reklama

Sylwester Marciniak w "DGP": Świat docenia wybory w Polsce

Jeśli chodzi o sam akt głosowania w lokalu wyborczym, to nie wpłynęło to na liczbę przypadków COVID-19 - ocenił w rozmowie z weekendowym wydaniem "Dziennika Gazety Prawnej" przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej Sylwester Marciniak. Zastrzegł jednak, że "pewnie potrzebne by były pogłębione analizy". Marciniak ujawnił również, że jedno z południowoamerykańskich państw pytało PKW o szczegóły przeprowadzenia wyborów w czasie epidemii.

Przewodniczący PKW Sylwester Marciniak w rozmowie z gazetą był pytany też o to, czy powinniśmy się cieszyć, że wybory udało się przeprowadzić, czy martwić, że było wokół nich tyle wątpliwości. 

Reklama

"Uważam, że jako społeczeństwo i jako państwo wygraliśmy, doprowadzając je do końca. Skontaktował się ze mną ostatnio ambasador jednego z państw południowoamerykańskich, w którym jesienią ma się odbyć referendum. Chcieliby wiedzieć, jak przeprowadzić taką operację w trakcie epidemii. Świat docenia to, co osiągnęliśmy. U nas jak zwykle strona przegrana nie bije się we własne piersi, lecz podważa wynik. Ogółem w 25 tys. komisji wyborczych zasiadało przeszło 200 tys. członków. Wśród nich było 35 tys. przedstawicieli komitetu Andrzeja Dudy, reszta reprezentowała komitety innych kandydatów. Przedstawiciele Rafała Trzaskowskiego byli w każdej komisji. Do tego dochodzi kilkanaście tysięcy mężów zaufania. Gdyby te osoby uznały, że coś jest nie tak, powinny zgłosić zastrzeżenia do protokołów i złożyć protesty wyborcze" - mówił.

Dopytywany o to, że zastrzeżenia co do uczciwości wyborów nie dotyczą tylko samego głosowania, stwierdził, że zgodnie z obowiązującymi przepisami są dwie podstawy do złożenia protestu wyborczego. 

"Pierwsza to popełnienie przestępstwa. Prokurator generalny poinformował, że złożono 70 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstw przeciwko wyborom. Dodał jednak, że nie sposób stwierdzić, by nieprawidłowości miały wpływ na wynik. Druga podstawa to naruszenie przepisów kodeksu wyborczego dotyczących ustalenia wyników wyborów. Także w tym przypadku nie ma mowy o kwestiach systemowych. Nawet blisko 100 protestów uznanych przez Sąd Najwyższy nie ma wpływu na ostateczny wynik, biorąc pod uwagę, że było ponad 400 tys. głosów różnicy między obydwoma kandydatami w II turze. Na podstawie takiej argumentacji SN rozstrzygał już w sprawie poprzednich wyborów prezydenckich" - wyjaśnił.

Na uwagę, że złożono prawie 5,8 tys. protestów wyborczych i jest to największa liczba od 1995 r., kiedy wniosków o unieważnienie głosowania było prawie 600 tys., odpowiedział, że "SN wysłał nam do zaopiniowania 500 protestów". "Pozostałe były formularzami, w których wystarczyło wpisać imię i nazwisko. W zeszłym roku po wyborach parlamentarnych liczba protestów była tylko trochę mniejsza" - dodał.

"Nie wydarzyło się nic podejrzanego"

Pytany, czy wynikają z nich jakieś wnioski systemowe na przyszłość, mówił, że na pewno potwierdzają konieczność stworzenia jednego rejestru wyborców. 

"Dziś prowadzą je gminy i może się zdarzyć, że ktoś pobierze zaświadczenie o prawie do głosowania poza miejscem zameldowania, ale nie zostanie wykreślony ze spisu wyborców. Będzie więc mógł wziąć udział w wyborach dwa razy. Wiele zastrzeżeń dotyczyło głosowania za granicą, np. w Manchesterze. Tamtejsza komisja miała jednak przypisanych 11 tys. osób, a w drugiej turze nawet 18 tys. wyborców, podczas gdy największe komisje w Warszawie - po 4 tys. W stolicy ludzie biorą udział w wyborach osobiście i liczenie ich głosów nie jest tak kłopotliwe, jak tych oddanych korespondencyjnie. Wielu Polaków z zagranicy skarżyło się też, że ich pakiety wyborcze nie dotarły na czas, ale to kwestia lokalnych operatorów czy firm kurierskich, a nie naszej poczty" - przypomniał.

Dopytany, czy gdyby te pakiety doszły do adresatów, wynik wyborów mógłby być inny, poinformował, że nie, gdyż różnica między pakietami wysłanymi a zwróconymi to niespełna 90 tys. głosów. "Nawet gdybyśmy przyjęli, że wszystkie zostałyby oddane na kandydata, który ostatecznie zajął drugie miejsce, i tak nie zniwelowałoby to przewagi zwycięzcy. Co pokazuje, że nie wydarzyło się nic podejrzanego. Zwłaszcza że przygotowanie II tury w przypadku głosowania korespondencyjnego odbywa się na styk. Przy tak dużej frekwencji to sukces. I, odpukać, nie ma sygnałów, by wybory przyczyniły się do zwiększenia liczby zakażeń. Teraz możemy więc odetchnąć i zająć się tylko zdrowiem i gospodarką" - zauważył.

Pytany o to, czy uważa, że głosowanie nie wpłynęło na liczbę przypadków COVID-19, powiedział, że "jeśli chodzi o sam akt głosowania w lokalu wyborczym - nie". "Choć pewnie potrzebne by były pogłębione analizy. Wzrosty liczby zakażeń dotyczą zakładów pracy lub uczestników wesel. Jeśli chodzi o lokale wyborcze, to wszyscy, łącznie z OBWE, są zgodni, że rygor został zachowany" - wskazał. Pytany o to w kontekście wieców wyborczych, stwierdził, że "jeśli faktycznie nie dochowano na nich wymogów sanitarnych, to odpowiadają za to komitety wyborcze, a nie PKW".

"O wyniku wyborów decydują media i pieniądze"

Marciniak w rozmowie był również pytany, o to, że obecnie PKW jest strażnikiem wyborów, a powinna pełnić także rolę arbitra w kampanii. 

"Tak. Dziś wyborów nie fałszuje się, dosypując głosów do urny. O wyniku decydują media i pieniądze. To na tych polach trzeba dać nam instrumenty - do oceny rzetelności przekazu i nakładania kar, interweniowania, gdy rząd czy samorząd organizują de facto kampanijne wydarzenie. My jesteśmy gotowi, by takie funkcje pełnić. Ale mam obawy, że w tej sprawie będzie raczej zgoda ponad podziałami, by zmian nie wprowadzać" - powiedział.

Odniósł się też do kwestii, czy głosowanie korespondencyjne w obecnej formie - jako opcja dla chętnych - powinno zostać na stałe. "Według mnie tak, zwłaszcza jeśli zagrożenia epidemiczne mogłyby pojawić się w przyszłości. Teraz jest dobry czas, by zastanowić się nad wprowadzeniem do kodeksu wyborczego przepisów na każdą sytuację" - zauważył.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne