Reklama

Reklama

"Przegląd": Telefonogramy i raporty

Jak Wrocław walczył z epidemią ospy? Od początku w organizacji walki z pandemią wykorzystywano kanały informacyjne tajnych służb - mówi w wywiadzie dla "Przeglądu" dr Grażyna Trzaskowska z Archiwum Państwowego we Wrocławiu.

Małgorzata Szczepańska-Piszcz: Jest pani autorką kilku opracowań na temat epidemii czarnej ospy we Wrocławiu w 1963 r. Czy z archiwalnych dokumentów wynika, co sprawiło, że wrocławianom udało się uporać z epidemią błyskawicznie, w dwa miesiące? Wiemy, że Sztokholm potrzebował na to czterech miesięcy, a Londyn aż roku.

Dr Grażyna Trzaskowska: - Jednym z czynników sukcesu było na pewno tempo walki z pandemią, które rzeczywiście może imponować. Czarną ospę rozpoznano 15 lipca 1963 r. Zrobił to Bogumił Arendzikowski, lekarz wrocławskiego sanepidu. I choć nie brakowało sceptyków - medycy nie bardzo mu wierzyli - do akcji przystąpiono błyskawicznie. Jeszcze tego samego dnia poinformowano władze partyjne i Służbę Bezpieczeństwa. Nazajutrz rano o ospie wiedzieli już premier Józef Cyrankiewicz oraz minister zdrowia Jerzy Sztachelski.

Reklama

I do razu zaczęli działać. Natychmiast zapadła decyzja o rozpoczęciu ogólnopolskiej akcji "Ospa". Zdawano sobie sprawę, że późno zdiagnozowana choroba mogła zostać rozniesiona po Polsce. We Wrocławiu szczepienia rozpoczęto już 17 lipca. W ciągu dwóch pierwszych dni zaszczepiono ok. 100 tys. wrocławian. Błyskawicznie otwarto szpital ospowy dla osób z potwierdzoną ospą oraz izolatoria, w których na 21-dniową kwarantannę umieszczano ludzi mających kontakt z chorymi. Kwarantanną obejmowano również całe obiekty: szpitale, szkołę pielęgniarek, a nawet żłobek. A pięciodniowej domowej izolacji poddawano osoby, które tylko zetknęły się z ludźmi trafiającymi do izolatoriów. Szczepienia ruszyły także w innych województwach, najbardziej masowo na Opolszczyźnie i w Warszawie. Poza Dolnym Śląskiem przygotowywano też obiekty na szpitale ospowe i izolatoria na wypadek rozszerzenia się epidemii.

Dlaczego lekarze nie chcieli uwierzyć w diagnozę dr. Arendzikowskiego?

- Bo ospa prawdziwa uchodziła wtedy w Polsce za chorobę egzotyczną, chociaż po II wojnie światowej epidemie tej śmiertelnej choroby lub jej pojedyncze przypadki potwierdzono w kilkunastu krajach europejskich. W 1962 r. do Polski wirusa ospy prawdziwej (variola vera) przywieźli marynarze na statku, który zacumował w Gdańsku. Ponad 20 z nich zachorowało. Z zarazą szybko uporał się gdański Zakład Medycyny Tropikalnej, którego lekarze specjalizowali się w leczeniu tej choroby.

Mimo to władze uważały, że groźba rozwoju epidemii jest znikoma. Dlatego nie podjęto wówczas żadnych kroków, by wypracować skuteczne metody jej zwalczania. Czyli w Polsce tylko nieliczni lekarze zetknęli się z tą chorobą, widzieli choć raz, na własne oczy, jej kliniczny obraz. To był efekt braku szkoleń w kierunku leczenia czarnej ospy, dostępu do literatury fachowej, staży zagranicznych dla lekarzy itp.

Ale nawet w Gdańsku nie rozpoznali ospy u pacjenta zero - agenta wywiadu Bonifacego Jedynaka, który przywiózł ospę z Indii.

- Skupili się na malarii, na którą też chorował. I najprawdopodobniej ospa u niego nie przebiegała w charakterystyczny sposób. A może był tylko jej nosicielem? Ospa jest bardzo trudna do diagnozy. Lekarze mówią, że ilu jest pacjentów, tyle postaci tej choroby. Również dlatego diagnoza Arendzikowskiego początkowo natrafiła na tak wielkie niedowierzanie. Nie ufano nawet wynikom badań laboratoryjnych. Kluczowe dla diagnozy - jak się wydaje - okazało się powiązanie pięciorga pierwszych chorych na ospę: Bonifacego Jedynaka i salowej, która sprzątała jego szpitalną izolatkę i przekazała chorobę swojemu synowi, córce oraz swojemu lekarzowi, Stefanowi Zawadzie.

Analizowała pani także dokumenty Służby Bezpieczeństwa. Jaką rolę odegrała podczas epidemii?

- Wpływ SB był duży. Negatywny i pozytywny. Z jednej strony, SB zadbała, żeby całkowicie utajnić informacje o pacjencie zero. Co, jak wiemy, bardzo utrudniło lekarzom rozpoznanie epidemii ospy, które - w rezultacie - nastąpiło dopiero po 46 dniach. Z drugiej strony - w organizacji walki z pandemią od początku wykorzystywano kanały informacyjne tajnych służb. Służbowymi telefonogramami bardzo sprawnie komunikowano się w dzień i w nocy.

Tajne służby zajęły się nie tylko przepływem informacji między instytucjami, ale również koordynacją działań. Agenci brali udział we wszystkich naradach koordynująco-informacyjnych, które odbywały się w dwóch pionach - służby zdrowia i władz miejskich. Ten ostatni pion zajmował się organizacją zaplecza informacyjno-administracyjnego akcji. Bo właśnie miasto koordynowało pracę różnych służb, organizowało m.in. telefony, transport. Warto wspomnieć, że na potrzeby akcji "Ospa" rekwirowano samochody należące do zakładów pracy.

Dyrektorzy nie protestowali?

- Opornych zamierzano karać w ciągu 24 godzin, prawdopodobnie grzywną. Rozważano też publikację tego faktu w prasie codziennej, ale ostatecznie z tego zrezygnowano.

Co pisali agenci w raportach?

- Nie spotkałam się z opiniami krytycznymi na temat działań służby zdrowia. Za to sporo jest informacji na temat nagannych zachowań zwykłych ludzi. Krytyki nie szczędziły także władze partyjne na swoich zebraniach. Przede wszystkim narzekały, że wrocławianie panikują. A przecież - ich zdaniem - prawdopodobieństwo zarażenia ospą było mniejsze niż prawdopodobieństwo wypadku drogowego.

Mówiono, że coraz bardziej utrudnione stają się kontakty handlowe Dolnego Śląska. Bo zaopatrzeniowcy wyjeżdzający z Wrocławia są traktowani nieufnie. Ludzie boją się kontaktów nie tylko z wrocławianami, ale i z towarami pochodzącymi z Wrocławia czy okolic. Z poufnych materiałów SB możemy poza tym się dowiedzieć, że ludzie więcej piją, bo wierzą, że alkohol jest skutecznym lekarstwem na ospę. Pojawia się tam stwierdzenie, że teraz piją nawet ci, którzy dotąd unikali alkoholu.

Z milicyjnych raportów wiemy o przemycaniu wódki do izolatoriów, o burdach, jakie wywoływali pijani pacjenci. I że personel nie dawał sobie rady. Dlatego we wrocławskiej izbie wytrzeźwień przy ul. Sokolniczej pod koniec lipca zorganizowano karne izolatorium i tam przewożono, jak to określano, "osoby trudne".

To zapewne służby stały za wyjątkowo oszczędną polityką informacyjną w mediach?

- Oczywiście. Celem informacji miało być uspokojenie ludzi. Władza bardzo bała się wybuchu paniki i konieczności wprowadzenia dotkliwych restrykcji sanitarnych. Sądzono, że groziłoby to zamknięciem zakładów pracy, a w konsekwencji kryzysem gospodarczym. Dlatego pierwszy, niewielki komunikat o ospie we Wrocławiu ukazał się dopiero po kilku dniach od rozpoznania choroby, w lokalnym dzienniku, na ostatniej stronie. Był napisany tak małą czcionką, że można było go łatwo przeoczyć. Informował, że pięć osób zachorowało na ospę. Mijał się z prawdą. Chorych podejrzewanych o ospę prawdziwą było wtedy już ok. 20.

Napisano jeszcze delikatniej, że stwierdzono "pięć przypadków, w których dotychczasowy przebieg nie wyklucza ospy prawdziwej". Nie wyklucza, czyli są to tylko podejrzenia.

- Nie tylko SB czuwała nad delikatną formą informacji. Gdy wiceminister zdrowia Jan Kostrzewski przyjechał do Wrocławia i posłuchał komunikatów o możliwości wybuchu epidemii ospy nadawanych przez lokalne radio, nie krył niezadowolenia. Były one - jego zdaniem - zbyt alarmistyczne. Interweniowała partia i nakazała złagodzenie tonu. Z ostatniej, czwartej strony popularnej wówczas gazety "Słowo Polskie" na stronę drugą ospa trafiła dopiero na początku sierpnia, kiedy poinformowano o opanowaniu ogniska ospy we Wrocławiu. Natomiast na pierwszej stronie tej gazety artykuł omawiający stan epidemii, zilustrowany zdjęciem uśmiechniętej pani doktor, kierowniczki szpitala ospowego w Szczodrem, Alicji Surowiec, którą okrzyknięto bohaterką naszych czasów, pojawił się dopiero 17 sierpnia.

W zbiorach Archiwum Państwowego we Wrocławiu zachowały się fotografie z okresu epidemii ospy autorstwa reportera Mieczysława Dołęgi. Jednak nie oddają one rzeczywistego obrazu tamtych trudnych dni. Pokazują wydarzenia przez pryzmat ówczesnej propagandy. Na fotografiach ludzie są uśmiechnięci - lekarze, pielęgniarki, służby sanitarne, pacjenci izolatoriów. Na przykład izolowane kobiety, ubrane w modne podomki, dostają do jedzenia owoce. Rzeczywistość w czasie epidemii i Władysława Gomułki z pewnością tak nie wyglądała.

Walczono z ospą z dużą determinacją.

- Władze postawiły na skuteczność. Błyskawicznie zorganizowano wiele punktów szczepień. Ograniczono do minimum przeciwskazania. Szczepiono również kobiety w ciąży i niemowlęta. I to nawet trzy razy, jeśli po pierwszym i drugim szczepieniu nie pojawił się prawidłowy odczyn poszczepienny. Z zachowanych zdjęć wiemy, że izolatorium na Psim Polu otoczono drutem kolczastym, żeby zapobiec ucieczkom i niepożądanym odwiedzinom.

Kary za unikanie szczepienia były drakońskie: trzy miesiące aresztu lub 4,5 tys. zł grzywny, a w przypadku zachorowania i zarażenia innej osoby nawet 15 lat więzienia.

- Na pewno miały działać odstraszająco. Bolesław Iwaszkiewicz, przewodniczący Prezydium Rady Narodowej we Wrocławiu, na jednym z partyjnych zebrań powiedział wprost, że jeśli społeczeństwo się nie podporządkuje, to poczuje "twardą pięść władzy".

Do pilnowania chorych i izolowanych angażowano milicję.

- Generalnie milicja od początku stanowczo egzekwowała przepisy służące walce z epidemią. Ale sposób postępowania MO od początku był uregulowany zarządzeniami komendanta głównego. Milicjanci sprawdzali przepustki uprawnionych do wejścia do szpitali oraz izolatoriów. I pilnowali, żeby nikt nie uciekł. W razie potrzeby wyłapywali zbiegów. Ale mundurowym nie wolno było zbliżać się na mniej niż 10 m do chronionych obiektów. Nie mogli mieć żadnych kontaktów z przebywającymi tam ludźmi.

Z dokumentów SB wynika, że milicjanci nie zawsze radzili sobie w tych nadzwyczajnych sytuacjach, dlatego po pewnym czasie ochronę obiektów ospowych powierzono jednostkom ZOMO, sądząc, że będą bardziej rygorystycznie egzekwować porządek. Z drugiej strony zachowały się notatki opisujące agresywne zachowania wobec funkcjonariuszy, np. że ludzie przebywający w obiektach objętych kwarantanną obrzucili ich butelkami, oblali wodą. A milicjanci nie reagowali, nie byli agresywni, unikając otwartych konfliktów.

Policyjne posterunki rozstawiono też na drogach wylotowych z Wrocławia. Mundurowi pilnowali, żeby z miasta nie wyjechał żaden niezaszczepiony. Żeby wjechać, również trzeba było przyjąć szczepionkę.

A jednak nie zdecydowano się na zamykanie sklepów, kin, kawiarni, restauracji. Nie ograniczano czasu pracy zakładów produkcyjnych.

- Rygory sanitarne były ograniczone ze względów propagandowych, by nie wzbudzać nieufności. Odwołano jedynie imprezy sportowe i zamknięto baseny. Motywując to pokrętnie, że moczenie w wodzie i promienie słoneczne źle działają na szczepionkę. Szkoły były nieczynne, bo wakacje. Ale mimo braku ograniczeń pracy przedsiębiorstw i działalności instytucji handlowych, usługowych czy kulturalnych wrocławianie zamknęli się w domach. Miasto opustoszało.

Jaka była atmosfera tamtych dni?

- To najlepiej widać, gdy ogląda się dokumenty miejskiej i wojewódzkiej stacji sanitarno-epidemiologicznej. Ich akta przechowywane są obecnie w Archiwum Państwowym we Wrocławiu. Najciekawsze udostępniono na naszej stronie internetowej w ramach wystawy online "Epidemie polskie". Można bez trudu zauważyć, że dokumenty były sporządzane pod presją czasu, często pisane odręcznie ołówkiem, z licznymi dopiskami. Bardzo szczegółowo, m.in. z prywatnymi telefonami i adresami lekarzy.

Z archiwaliów wynika, że akcję bardzo utrudniał czas, w którym wybuchła epidemia - środek wakacji. Ludzie rozjechali się na urlopy po całej Polsce. Trzeba było ściągnąć z powrotem lekarzy i pracowników sanepidu. Od razu odwołano ich z urlopu. A ci najpotrzebniejsi dostali polecenie świadczenia pracy w godzinach nadliczbowych. Zachowało się pismo nakazujące kierownikowi Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej miasta Wrocławia, dr. Arendzikowskiemu, pracę 24 godziny na dobę, do odwołania! Nie on jeden pracował non stop. Dr Jerzy Bogdan Kos, ordynator Oddziału Chorób Zakaźnych Szpitala Rejonowego w Będkowie koło Trzebnicy, całą epidemię przemieszkał w miejscu pracy.

Kto tak naprawdę kierował walką z ospą?

- Akcją "Ospa" oficjalnie kierował wiceminister zdrowia Jan Kostrzewski. Z całą pewnością niektóre działania, np. zakup szczepionek w ZSRR i na Węgrzech, wymagały wsparcia na szczeblu centralnym. W chwili wybuchu epidemii mieliśmy tylko 155 tys. sztuk krowianki. Co wystarczyło na pierwsze trzy dni szczepień.

Ale wiele wskazuje, że rola wiceministra Kostrzewskiego ograniczała się głównie do przyglądania się temu, co się dzieje we Wrocławiu. Pracami tak naprawdę kierowała Rada Epidemiczna z dr. Andrzejem Ochlewskim na czele. On i jego współpracownicy opracowali procedury walki z ospą. Przygotowali szczegółowe wytyczne, w tym regulaminy szpitala ospowego i izolatorium, instrukcje dla lekarzy - konsultantów i medyków. Wkrótce na podstawie ich pracy zmieniono prawo. W 1964 r. uchwalono nową ustawę o zapobieganiu i zwalczaniu chorób zakaźnych, która zastąpiła przestarzałe regulacje prawne z połowy lat 30. XX w.

Małgorzata Szczepańska-Piszcz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy