Reklama

Reklama

"Przegląd": Pocztówki z nie całkiem wolnych krajów

Dobry reklamodawca nie musi już wcale spełniać standardów demokratycznych - pisze na łamach "Przeglądu" Mateusz Mazzini.

Długi, uspokajający koncert świerszczy na zielonej polanie. Szum oceanicznych fal uderzających o potężne klify. Kombajn w pełnym słońcu na ciągnących się po horyzont polach. Potem jeszcze ujęcia zraszaczy nawadniających uprawy, kilka wzmianek o zielonym rolnictwie, samowystarczalności i zrównoważonym rozwoju. Krótka reklamówka pokazuje kraj niczym biblijny Eden, tak bogaty w zasoby naturalne, kipiący żywymi barwami, że grzechem byłoby go nie odwiedzić.

Mało tego, może nawet warto tu zamieszkać? W dodatku hasła promocyjne, zwizualizowane w postaci wielkich, trójwymiarowych bloków tekstu osadzanych w rajskich krajobrazach, zapewniają, że nowoczesność już tu dotarła i zapuściła korzenie. Oddycha się tu powietrzem XXI w.

Reklama

To nie jest opis żadnej z potęg politycznych czy gospodarczych. Nie opowiada o życiu w Kanadzie, Japonii czy Australii. Nie pokazuje francuskich ani brytyjskich pól uprawnych. To spot reklamowy Angoli - kraju niespełniającego kryteriów demokracji według badań Freedom House, zajmującego 57. miejsce od końca w liczącym 210 pozycji rankingu przestrzegania praw i wolności obywatelskich. Państwa, w którym, jak wynika z raportów Międzynarodowej Organizacji Pracy oraz inicjatywy Humanium, co czwarty nieletni zmuszony jest do pracy w celu utrzymania rodziny, a bardzo wielu z nich pracuje w miejscach niebezpiecznych, takich jak kopalnie złota i diamentów, lub jest wykorzystywanych seksualnie za pieniądze.

Angola funkcjonuje też jako punkt przerzutowy narkotyków i ludzi, zarówno na terenie Afryki, jak i do Europy. A za wyrażanie swoich poglądów politycznych, zwłaszcza nieprzychylnych obecnemu rządowi, wciąż można tu dostać na ulicy pałką w głowę. Wprawdzie organizowane są regularne wybory, jednak za fasadą ich powszechności i wolności kryją się represje wobec uczestników debaty politycznej, zauważa Johannes Beck z Deutsche Welle.

Mimo to Angola w wydaniu mlekiem i miodem płynącym gości niemal codziennie w telewizji Euronews. Ten nadający z Lyonu kanał informacyjny jest efektem współpracy kilkunastu organizacji mediowych z Europy i Afryki, zrzeszonych w inicjatywie Media Global Networks. Jednak za uruchomieniem i finansowaniem telewizji stoi Naguib Sawiris, egipski multimiliarder, magnat telekomunikacyjny i budowlany.

Euronews koncentruje się niemal wyłącznie na tematach europejskich, bardzo dużo miejsca poświęcając kwestiom unijnym i newsom z Brukseli; przerw na reklamę ma niewiele. Co ciekawe, te nieliczne są niemal w całości zagospodarowane przez spoty krajów, które nie uchodzą ani za ostoję demokracji i praw człowieka, ani za idealne miejsce do prowadzenia działalności gospodarczej czy nawet spędzenia wakacji.

Jeśli widz nie trafi akurat na widokówkę z rajskiej Angoli, to może się dowiedzieć, jakie atrakcje turystyczne oferuje Arabia Saudyjska. Zobaczy tańce przy rozpalonym na pustyni ognisku, w których na równych prawach udział biorą uśmiechnięci mężczyźni i rozbawione kobiety.

Kiedy zaś blok reklamowy się skończy, widza czeka prawdopodobnie jeden z licznych programów poświęconych Dubajowi lub, szerzej, Zjednoczonym Emiratom Arabskim. Dowie się z niego, że są to miejsca "zmieniające całe życie", jak o Dubaju mówi dla Euronews brytyjski kucharz celebryta Gordon Ramsay. Naszpikowane nowoczesnymi technologiami serce świata przyszłości, gdzie kwitnie wolność, a każdy może wybrać swoją ścieżkę. Taki schemat zaoferować można zresztą nie tylko tym, którzy śledzą europejskie kanały.

Jeśli przełączymy się chociażby na CNN, zobaczymy to samo - reklamówki tych samych miast czy państw, czasem tylko z innymi zachodnimi gwiazdami. Amerykańska stacja preferuje akurat krótkometrażowy filmik "Historia się rozpoczyna", w którym Dubaj zachwalają popularne aktorki Gwyneth Paltrow, Kate Hudson i Zoe Saldana.

Szybki rajd po pozostałych globalnych kanałach informacyjnych mógłby jeszcze zaowocować zaproszeniami do Kataru, Azerbejdżanu czy Kuwejtu. Czyli państw, które w rankingu Freedom House są jeszcze niżej od Angoli. Kontrast pomiędzy reklamowanym wizerunkiem a rzeczywistością jest szczególnie ostry w przypadku Arabii Saudyjskiej, 10. najgorszego obszaru na świecie pod względem przestrzegania praw obywatelskich i wolności politycznych.

Listę krajów parademokratycznych, otwarcie niedemokratycznych lub traktujących demokrację co najwyżej fasadowo, które regularnie reklamują się w globalnych mediach głównego nurtu, można by jeszcze poszerzyć o dobrych kilka, a nawet kilkanaście pozycji.

Nie powinien też dziwić fakt, że prym wiodą wśród nich państwa Zatoki Perskiej - bardzo bogate, ale mające niewiele wspólnego z poszanowaniem praw człowieka. Dla nich sponsorowanie kolejnych kampanii reklamowych nie stanowi większego problemu. Wizerunek, a ściślej rzecz ujmując, jego znacząca poprawa, jest natomiast bezcenny.

Zwłaszcza gdy na zewnątrz przedostaje się coraz więcej faktów stawiających te państwa w świetle co najmniej niekorzystnym. Niedawny raport dziennika "The Guardian" ujawnił chociażby, że od początku przygotowań do mistrzostw świata w piłce nożnej, które Katar ma zorganizować w przyszłym roku, na budowach poniosło już śmierć 6,5 tys. migrantów.

Trudno oszacować, ile kraje autorytarne wydają na promocję za granicą - dane te najczęściej nie są upubliczniane, podobnie jak honoraria celebrytów występujących w reklamach. Łatwo jednak wyobrazić sobie, że zatrudnienie trzech hollywoodzkich gwiazd, najbardziej znanego na świecie kucharza czy Leo Messiego (który promował Expo w Dubaju) do tanich nie należy.

Futbol zresztą zdaje się ulubioną płaszczyzną reklamową niedemokratów. Jak donosi hiszpański magazyn sportowy "Marca", do promowania kraju jako modnego kierunku turystycznego chcieli też Messiego zatrudnić Saudyjczycy. Ten jednak odmówił, podobnie jak jego wielki rywal Cristiano Ronaldo - mimo że każdemu oferowano podobno aż 6 mln dol. za rok działań marketingowych.

Przykład piłkarskich megagwiazd ilustruje ciekawą prawidłowość. Pokazuje bowiem, że jakaś granica w akceptowaniu pieniędzy z autorytarnych krajów istnieje. Miliony z emiratów śmierdzą mniej niż saudyjskie petrodolary, przynajmniej im. Bo nie wszystkim, biorąc pod uwagę choćby fakt, że hiszpański związek piłki nożnej przyjął zaproszenie, oczywiście okraszone pokaźnym czekiem, do przeniesienia ubiegłorocznego meczu o Superpuchar Hiszpanii do Arabii Saudyjskiej.

Być może właśnie pytanie o istnienie i lokalizację tej granicy jest w dyskusji o niedemokratycznych reklamodawcach najciekawsze. Sam fakt pompowania przez nich milionów w kampanie reklamowe nie powinien nikogo dziwić, tak samo jak to, że największe stacje sprzedają im czas antenowy. To w końcu gigantyczny biznes, który zresztą przekłada się na cenzurę. W końcu wszystkie te kanały donosiły w swoim czasie o morderstwie Dżamala Chaszukdżiego, jednoznacznie wskazując zaangażowanie saudyjskiego państwa w całą sprawę.

Widać zatem, że spin doktorzy i marketingowcy krajów niedemokratycznych przyjęli strategię opartą na ilości, a niekoniecznie na jakości. Złych historii na swój temat już nie wygłuszą, zwłaszcza w dobie internetu i coraz trudniejszego do ocenzurowania świata mediów społecznościowych. Wolą je zatem przykryć historiami dobrymi, czasem ckliwymi.

Za te drugie nie zawsze nawet muszą płacić. Wspomniana reklamówka Dubaju, zrealizowana nawiasem mówiąc przez znaną z "Opowieści podręcznej" reżyserkę Reed Morano, była produkcją tak cukierkową, że wyżyć się na niej postanowiły największe amerykańskie gazety, na czele z "New York Timesem". Chociaż, kto wie, może i to jest elementem akcji promocyjnej? Każdy i tak uwierzy w to, w co zechce.

Warto jednak podkreślić, że to niejedyna droga dla tych krajów. Przesłodzone reklamówki z uśmiechami celebrytów mogłyby zamienić na inne spoty, np. o przyjmowaniu uchodźców. Bo fakt, że sześć państw, które zaakceptowały ich u siebie najwięcej, to kraje Zatoki Perskiej, jest relatywnie mało znany. Podobnie jak historia Angoli jako przyczółku dla uciekinierów z Konga prześladowanych za poglądy.

Pomoc sprzedaje się jednak znacznie gorzej niż luksus, bezproblemowy wypoczynek albo perspektywa zawrotnej kariery. Ale przykrywa własne grzechy. Współczesny kapitalizm nieraz już przecież pokazał, że pieniędzmi da się zasypać nawet najgłębszy dół nieetycznych zachowań.

Mateusz Mazzini

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne