Reklama

Reklama

"Przegląd": Ciemny horyzont. Unijne dotacje ujawniły nędzę polskiej nauki

Zapewne 99 proc. Polaków nie ma pojęcia, kim są Krzysztof "Kris" Matyjaszewski czy Frank Wilczek, zapewne nigdy nie słyszało o Harrym Kroto, Hilarym Koprowskim czy Joannie Karinie Hoffman. A szkoda.

"Kris" Matyjaszewski to absolwent Politechniki Łódzkiej i moskiewskiego Instytutu Petrochemicznego, dziś profesor Carnegie Mellon University w Pittsburghu, autor 20 książek i ponad 1000 recenzowanych artykułów, prawdopodobnie najczęściej cytowany chemik na świecie. Prof. Hilary Koprowski to absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, twórca pierwszej w świecie skutecznej szczepionki przeciw wirusowi polio, wywołującemu chorobę Heinego-Medina. Frank Wilczek to matematyk i fizyk teoretyk, profesor Massachusetts Institute of Technology, laureat Nagrody Nobla w roku 2004. Sir Harold Walter Kroto jest bardziej znany jako Harry Kroto - chemik, noblista z roku 1996, związany z Uniwersytetem Sussex. Jego rodzina pochodziła z Bojanowa w Wielkopolsce, a ojciec nazywał się Krotoschiner (czyli Krotoszyński). A Joanna Karina Hoffman to córka reżysera Jerzego Hoffmana, absolwentka MIT. Była bliską współpracownicą Steve’a Jobsa, współtwórczynią sukcesów firmy Apple.

Reklama

Wszyscy oni, i bardzo wielu innych, odnieśli sukces według ukochanego przez Polaków scenariusza, czyli za granicą. Bo od pokoleń wiadomo - nad Wisłą to niemożliwe.

Stracone złudzenia

Nasi politycy, bez względu na poglądy, gdy mówią o stanie nauki polskiej, podkreślają ogromne możliwości, jakimi dysponują rodzime uniwersytety i instytuty naukowo-badawcze. I tak jak prezydent Andrzej Duda pocieszają się słowami: "Jesteśmy inteligentnym narodem, jesteśmy ludźmi, którzy wiele zrobili dla świata na przestrzeni historii właśnie jeżeli chodzi o rozwój naukowo-techniczny".

Mają przy tym świadomość, że dziś Polska niewiele może zaoferować młodym, dobrze wykształconym ludziom. 1 października 2018 r. podczas inauguracji nowego roku akademickiego na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie premier Mateusz Morawiecki mówił: "W ciągu ostatnich 25 lat z Polski wyjechało 25-30 tys. lekarzy, co oznacza, że nasz kraj - wychodzący z biedy po okresie PRL - finansował bogatym państwom Zachodu znakomitych polskich lekarzy".

Powinien dodać, że także fizyków, matematyków, biologów, chemików i inżynierów najrozmaitszych specjalności. Wyjeżdżali ci, którzy dobrze znali języki obce i mieli doświadczenia w kontaktach z zachodnimi placówkami badawczymi.

Proces ten będzie się pogłębiał, ponieważ dzięki członkostwu w Unii Europejskiej młodzi Polacy mają zapewniony dostęp do zagranicznych tanich kredytów studenckich. I jeśli tylko chcą, mogą wybrać studia na francuskich, niemieckich, włoskich, czy brytyjskich uczelniach. Jest to tym bardziej sensowne, że we wszelkich międzynarodowych rankingach rodzime politechniki i uniwersytety wypadają bardzo słabo. Na przykład w "Times Higher Education World University Rankings 2020", który obejmuje 1400 uczelni z 92 krajów, najlepszy nasz uniwersytet - Jagielloński - znalazł się między szóstą a ósmą setką w towarzystwie takich potęg jak hiszpański University of the Balearic Island czy Beni-Suef University w Egipcie. Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz Politechnika Gdańska zmieściły się w przedziale 801-1000. A krakowska Akademia Górniczo-Hutnicza im. Stanisława Staszica poniżej tysięcznego miejsca. Inne nasze Almae Matris wypadły jeszcze gorzej.

Politycy uważają, że największym problemem jest brak środków. W latach 90. doszło do tragedii - na naukę z budżetu wydawano symboliczne środki. Pochodzący z Polski francuski uczony Georges Charpak, laureat nagrody Nobla w dziedzinie fizyki, nazwał przeznaczanie 0,8% PKB na szkolnictwo wyższe i 0,47% PKB na naukę - sabotażem i zbrodnią. Ten stan trwał do roku 2004, gdy Polska została pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Pojawiły się pierwsze większe pieniądze w formie dotacji na badania i rozwój oraz nadzieja, że teraz będzie lepiej.

Jak się okazuje, niewiele się zmieniło. Co prawda rodzima nauka ma coraz więcej środków, lecz według unijnych rankingów stoimy w miejscu. I to w końcówce tabeli.

Pieniądze cudów nie czynią

Fakt, że dzięki unijnym dotacjom polskie wyższe uczelnie dysponują nowoczesnymi, coraz lepiej wyposażonymi laboratoriami i placówkami badawczymi, teoretycznie powinien wpłynąć na poprawę wyników prac, większą liczbę wynalazków i wdrożeń w przemyśle. Dzięki czemu polska gospodarka stałaby się nowocześniejsza, a uczeni mogliby sięgnąć po kolejne środki. W praktyce od lat liczy się jedno - kto najskuteczniej "zaabsorbuje" przyznane Polsce pieniądze. Bez względu na efekty.

I tak Wrocławskie Centrum Badań "EiT+" uzyskało dotacje na kwotę blisko 1 mld zł, by potem niemal zbankrutować. I gdyby nie pomoc państwa, do tego by doszło. Centrum Badań Przedklinicznych i Technologii (CePT), wybudowane przez Warszawski Uniwersytet Medyczny, kosztowało ponad 392 mln zł, a Centrum Zaawansowanych Materiałów i Technologii, którego właścicielem jest Politechnika Warszawska - 384 mln zł. Każdy uniwersytet, każda politechnika w kraju miała ambicje budowy nowoczesnych laboratoriów, najlepiej bio- i nanotechnologicznych. Tak powstały krakowskie Akademickie Centrum Materiałów i Nanotechnologii oraz Małopolskie Centrum Biotechnologii (MCB). Lecz ani na jotę nie poprawiliśmy swoich notowań w tych obszarach.

W stolicy Wielkopolski za blisko 100 mln zł powstało Centrum Badawcze Polskiego Internetu Optycznego, a na Wybrzeżu Gdański Park Naukowo-Technologiczny - za ponad 164 mln zł. W Gdyni zaś Pomorski Park Naukowo-Technologiczny - za 183 mln zł. Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie za ponad 143 mln zł wybudował ECOTECH-COMPLEX - Człowiek, Środowisko, Produkcja, którym pod koniec listopada 2019 r. zainteresowały się prokuratura i Centralne Biuro Antykorupcyjne. Miało tam bowiem dojść do nieprawidłowości.

Ponad 194 mln zł włożono w budowę Centrum Czystych Technologii Węglowych. Ciekawe tylko, czym za kilka lat będą się zajmowali pracujący w nim naukowcy, skoro nasz kraj odchodzi od technologii węglowych w energetyce, co oznacza systematyczne ograniczanie wydobycia i zamykanie kopalń?

Unijne Horyzonty nie dla nas

Znamienny jest fakt, że o przydziale wszystkich tych dotacji decydowano w Polsce. Ale do wzięcia były też znaczne środki na naukę dzielone w Brukseli. Pochodziły one z funkcjonujących od 1984 r. i zarządzanych bezpośrednio przez Komisję Europejską tzw. programów ramowych, których celem było finansowanie badań naukowych i rozwoju technologicznego w krajach Unii. Zakładano, że dzięki międzynarodowej współpracy naukowców nastąpi szybszy rozwój dziedzin priorytetowych z punktu widzenia polityki, gospodarki i społeczeństwa. Jako zasadę przyjęto podział środków w ramach konkursów grantowych. Realizowany w latach 2007-2013 Siódmy Program Ramowy miał budżet w wysokości 53,22 mld euro. Program na lata 2014-2020 o nazwie Horyzont 2020 zamknął się kwotą 75,92 mld euro. Planowany na lata 2021-2027 program Horyzont Europa ma mieć wartość 100 mld euro. Wydawać by się mogło, że polscy uczeni, którzy od zawsze narzekali na brak środków, powinni aktywnie zabiegać o brukselskie granty. Otóż nic bardziej mylnego!

W roku 2018 Europejski Trybunał Obrachunkowy dokonał oceny funkcjonowania programu Horyzont 2020. Wynikało z niej, że do początku roku 2017 złożono ponad 100 tys. wniosków o dofinansowanie. Większość projektów miała być realizowana przez konsorcja międzynarodowe. Zauważono też, że prawie dwa razy więcej wniosków pochodziło z krajów tzw. Starej Unii. W połowie roku 2018 na 28 krajów unijnych, jeśli chodzi o pozyskane środki, Polska z 237,7 mln euro znajdowała się na 15. miejscu, wyprzedzając nieco Węgry i Czechy. Wydawać by się mogło, że nie jest tak źle, tyle że Węgry liczą 9,8 mln mieszkańców, Czechy - 10,6 mln, a nasz kraj 38 mln. Pierwsza trójka to Niemcy (4,37 mld euro), Wielka Brytania (3,93 mld euro) i Francja (2,73 mld euro).

Nasi uczeni i inżynierowie nie kwapią się do składania wniosków o granty i udziału w konkursach. Było tak najpierw w ramach Siódmego Programu Ramowego, a następnie programu Horyzont 2020. Dr Jolanta Adamiec, autorka opracowania "Finansowanie badań naukowych z budżetu Unii Europejskiej. Wnioski dla Polski", stwierdza: "Polscy naukowcy i inżynierowie wydają się wyjątkowo pasywni na tle Unii Europejskiej. Na jednego z nich przypada średnio 8,5 aplikacji w porównaniu z 27 przeciętnie dla całej UE. W efekcie ponad połowa środków z Horyzontu 2020 (czyli ponad 38 mld euro - przyp. aut.) trafiła do zaledwie pięciu państw: Wielkiej Brytanii, Włoch, Niemiec, Hiszpanii i Francji. Z drugiej strony państwa te przodują także pod względem własnych wydatków na badania i rozwój, odpowiadając za ponad 70% inwestycji w infrastrukturę badawczo-rozwojową realizowanych w Unii".

Jak wynika z badań na temat wykorzystania przez polskich beneficjentów dotacji unijnych w ramach programu Horyzont 2020 zrealizowanych w roku 2017 na zlecenie Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, cechuje nas niska innowacyjność prowadzonych działań oraz składanych wniosków. Kiepsko też nam idzie tworzenie międzynarodowych konsorcjów. Najczęściej ograniczamy się do bycia partnerami w projekcie kierowanym przez kogoś innego. Niska jest mobilność polskich uczonych spowodowana np. słabą znajomością języków obcych. Do tego większość polskich naukowców żyje z prowadzenia wykładów, a nie prac badawczych, więc z czasem utracili oni umiejętności niezbędne w pracy laboratoryjnej.

W praktyce oznacza to, że jesteśmy skazani na dreptanie w miejscu. Fakt, że w ostatniej dekadzie w rankingach unijnych obejmujących naukę oraz badania i rozwój Polska zajmowała ostatnie miejsca, rywalizując z Rumunią i Bułgarią, świadczy o nas źle. Nic dziwnego, że nie cieszymy się opinią kraju, w którym rodzą się nowe teorie naukowe, prowadzone są prace badawczo-rozwojowe, a przedsiębiorstwa słyną z innowacyjności. Utrudnia to nawiązywanie nowych kontaktów mogących zaowocować wspólnymi projektami. Jeśli nawet komuś to się udaje, jest to wyjątek, a nie reguła.

Dochodzi do tego praktyka polegająca na tym, że konsorcja, których uczestnikami są podmioty z wysoko rozwiniętych krajów zachodnich, korzystając ze zdobytego doświadczenia są w stanie składać nowe atrakcyjne wnioski i tym sposobem pozyskiwać dofinansowanie. Takie konsorcja nie dopuszczają nowych partnerów, więc nie mamy czego tam szukać.

Niebezpodstawne są więc obawy, że w ramach kolejnego programu ramowego Horyzont Europa rodzime wyższe uczelnie i instytuty naukowo-badawcze niewiele uszczkną z zapowiadanych 100 mld euro. Będzie się utrwalała niska pozycja polskich uczelni. A co za tym idzie, także przemysł skazany zostanie na starzejące się technologie i powolną utratę konkurencyjności. Chcąc utrzymać dystans, będziemy musieli płacić za niemieckie, francuskie, brytyjskie technologie, finansując w ten sposób badania i rozwój u sąsiadów.

Jakiś czas temu politycy Prawa i Sprawiedliwości mówili o zagrożeniu, jakim jest "pułapka średniego rozwoju". Dziś na naszych oczach spełniane są warunki, byśmy w niej utknęli. Kraj, który nie jest w stanie oprzeć swojego wzrostu gospodarczego na nowoczesnych technologiach, skazany jest na porażkę. Może konkurować z innymi jedynie niskimi kosztami pracy i niskimi podatkami. Dobrze rozwinięta nauka, szybkie wdrażanie nowoczesnych technologii, dobrze wykształcona i obyta w świecie kadra to główne warunki powodzenia. Tego wszystkiego nam brakuje. A przed Polską stoi wielkie wyzwanie w postaci konieczności dokonania transformacji energetycznej całej gospodarki. Trzeba będzie nie tylko zamykać kopalnie, ale też zapewnić mieszkańcom Śląska nowe miejsca pracy. Kto będzie to robił?

Gdyby nie analizy wykorzystania środków unijnych, trudno byłoby się zorientować, jak bardzo odstajemy od sąsiadów. Fakt, że jesteśmy członkami Unii Europejskiej, sprawia, że w miarę obiektywnie możemy porównać się z innymi. Szkoda tylko, że płyną z tego bardzo smutne wnioski.

Marek Czarkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje