Reklama

Reklama

"Przegląd": 63 cele: Warszawa, Wrocław, Gdańsk

Według odtajnionych w USA dokumentów tu miały spaść amerykańskie bomby atomowe.

W polskie miasta amerykańskie rakiety z głowicami nuklearnymi wycelowane były przez cały okres zimnej wojny. W myśl strategii wojennej USA, aby zdobyć przewagę nad Związkiem Radzieckim, można było skazać na zagładę miliony niewinnych ludzi.

Kto kogo uratował?

"Kukliński uratował nas przed wojną atomową" - zazwyczaj takim zdaniem rozpoczyna się każdy artykuł poświęcony pracy na rzecz amerykańskiego wywiadu pułkownika Wojska Polskiego Ryszarda Kuklińskiego. W jednym z wywiadów prasowych historyk sprzyjający obecnej władzy i jej polityce historycznej, prof. Wojciech Roszkowski, przekonywał: "Kukliński bronił terytorium Polski przed konsekwencjami ofensywy sił Układu Warszawskiego, która mogła spowodować atomową odpowiedź NATO. Bomby spadłyby na terytorium naszego kraju. Z tego punktu widzenia ostrzeżenie Amerykanów, że Związek Radziecki przygotowuje zbrojną interwencję w Polsce, było wypełnieniem zadania, za które odpowiadał. Kukliński zdradził Sowietów, ale na pewno nie zdradził polskiej racji stanu. Literalnie rzecz biorąc, zrobił to, co do niego należało".

Reklama

Nie czas i miejsce, aby szczegółowo komentować słowa prof. Roszkowskiego. Każdy polityk i wojskowy rozumiejący realia, które rządzą stosunkami międzynarodowymi, doskonale wie, że działanie na rzecz wywiadu obcego państwa przynosi korzyści jedynie temu państwu. Nie inaczej wyglądało to podczas zimnej wojny. Dostępne dokumenty wprost wskazują, że w wyniku konfliktu między Wschodem a Zachodem - bez względu na to, kto by go zaczął - w Polskę wycelowane były amerykańskie rakiety. Innymi słowy, jeśli coś Kukliński uratował, to na pewno nie Polskę. Raczej podał ją na tacy przeciwnikom, wskazując miejsca zgrupowania polskich wojsk i przypieczętowując tym samym ich los w wypadku ewentualnego konfliktu.

Lotnictwo i atomowa dominacja

Dowództwo Lotnictwa Strategicznego (Strategic Air Command) powołano w marcu 1946 r. Amerykańskie władze cywilne i wojskowe już od dawna zdawały sobie sprawę, że wynik przyszłych konfliktów będzie decydował się w przestworzach. Jak w XIX w. dominacja na morzach uczyniła z Wielkiej Brytanii imperium kolonialne, tak w drugiej połowie XX w. Stany Zjednoczone miały osiągnąć globalną supremację dzięki nowoczesnemu lotnictwu. W typowej dla siebie manierze dziennikarze i politycy przekonywali wątpiących o dobroczynnym wpływie samolotów. "Droga do światowego pokoju wiedzie przez przestworza", zapewniała prasa. Dopiero w mniej oficjalnych wypowiedziach przyznawano, że "siły powietrzne będą przede wszystkim amerykańską bronią".

O ile w czasie II wojny światowej lotnictwo współdzieliło chwałę amerykańskiego oręża z marynarką i piechotą, o tyle po udanych próbach bomby atomowej w połowie lipca 1945 r. rozpoczęło niepodzielne rządy. Zniszczenie Hiroszimy i trzy tygodnie później Nagasaki udowodniło destrukcyjną siłę nowej broni przenoszonej drogą powietrzną. Chociaż zatem zakończenie wojny przyniosło redukcję sił lotniczych o dwie trzecie, to już w 1946 r. wdrożono program rozwoju tego rodzaju wojsk ze szczególnym uwzględnieniem bombowców zdolnych do przenoszenia bomby atomowej. Nad poprawną realizacją tego zadania miało zaś czuwać Dowództwo Lotnictwa Strategicznego.

Na czele nowej jednostki stanął gen. Thomas Sarsfield Power. Lotnictwo wojskowe było całym życiem tego syna irlandzkich imigrantów. Karierę rozpoczął pod koniec lat 20. XX w. w Korpusie Lotniczym USA, by w 1944 r. stanąć na czele 314. Dywizji Lotniczej. To właśnie podległa Powerowi jednostka w marcu 1945 r. przeprowadziła słynny powietrzny rajd na japońską stolicę. "W czasie wojny nie ma miejsca na emocje. Jednak zniszczenie, które obserwowałem tamtej nocy nad Tokio, było tak przytłaczające, że wywarło na mnie ogromne i trwałe wrażenie", przyznał później. Takie doświadczenie powinno skłonić Powera do nieszafowania ludzkim życiem. Nic podobnego. Pod jego rządami dowództwo funkcjonowało w rytm innego powiedzenia generała: "Ostrożność? Dlaczego tak bardzo przejmujecie się ludzkim życiem? Celem jest zabicie tych gnojków. Jeśli na koniec wojny pozostanie przy życiu dwóch Amerykanów i jeden Rusek, to znaczy, że wygraliśmy".

Pewnego razu, gdy Power jeszcze raz wyłożył swoją strategię, jeden ze współpracowników zażartował: "Upewnijmy się, że ta dwójka to kobieta i mężczyzna".

Zero-jedynkowy sposób rozumowania, który wówczas dominował w Dowództwie Lotnictwa Strategicznego, dobrze ilustruje "The Strategic Air Command Atomic Weapons Requirement Study for 1959". Odtajniony dokument z 1956 r. zawiera m.in. listę celów w Związku Radzieckim i Europie Wschodniej przeznaczonych do zniszczenia, gdyby zimna wojna nagle nabrała temperatury. W istnieniu takiego planu nie ma nic dziwnego, podobne opracowania znajdują się w archiwach wszystkich mocarstw atomowych. Wątpliwości budzi jednak sposób potraktowania strat wśród ludności cywilnej. Okazuje się bowiem, że jak na "obrońcę światowej demokracji i wolności" Stany Zjednoczone dość wybiórczo traktowały życie ludzkie.

Za główny cel Dowództwo Lotnictwa Strategicznego postawiło sobie redukcję czasu, jaki był potrzebny do zbrojnej odpowiedzi na potencjalny atak radziecki. W pierwszej kolejności planowano zatem likwidację jednostek wojskowych przeciwnika, przede wszystkim jego sił nuklearnych i taktycznych. Na tym jednak nie poprzestawano. W ślad za zniszczeniem celów militarnych miały nastąpić ataki na centra polityczne i przemysłowe wroga, a więc jego największe i najludniejsze miasta. Do realizacji tego zadania w 1959 r. dowództwo miało do dyspozycji ponad 12 tys. głowic nuklearnych. Cztery lata wcześniej liczba ta była niemal pięciokrotnie niższa. Z kolei w 1961 r. USA posiadały już ponad 22 tys. głowic.

Na 43 stronach zestawiono ponad tysiąc celów w Związku Radzieckim i całym bloku socjalistycznym. Były to głównie lotniska, choć uwzględniono także inne obiekty, które mogłyby zostać wykorzystane w potencjalnym konflikcie. Na terytorium Polski znajdowało się kilkadziesiąt takich miejsc. Amerykańskie bomby z głowicami atomowymi miały spaść m.in. na Białą Podlaską, Wrocław, Bydgoszcz, Ciechanów, Trójmiasto, Gliwice, Grudziądz, Toruń i oczywiście Warszawę.

W opracowaniu podkreślano, że "wybór celów został dokonany z uwzględnieniem wysokiego prawdopodobieństwa, że starcie sił powietrznych nastąpi szybko, a decyzje zostaną podjęte już na etapie początkowym. Wymaga to maksimum efektywności (masowa koncentracja siły ognia), ekonomii użycia sił (minimalna wielkość wypadów), elastyczności oraz maksimum pewności, że nieliczne cele będą wymagały ponownego nalotu".

Efekty uboczne

Łącznie amerykańskie bomby miały spaść na ponad 2,3 tys. miejsc w bloku socjalistycznym i w Chinach. Najważniejsze na liście były Moskwa i Leningrad. W radzieckiej stolicy do zniszczenia wyznaczono 179 punktów, w obecnym Petersburgu zaś 145. Co ważne, w planie ataku uwzględniono cele cywilne, niestanowiące żadnego zagrożenia dla amerykańskiego wojska. Do dyspozycji Stany Zjednoczone miały bomby o sile od 1,7 do 9 Mt, choć apetyty Dowództwa Lotnictwa Strategicznego były o wiele większe. Trwały prace nad superbombą o sile 60 Mt, która mogła zapewnić "znaczące rezultaty" w ZSRR. Bomba zrzucona na Hiroszimę była 70 razy słabsza od najmniejszej bomby w arsenale USA pod koniec lat 50. XX w.

Użycie takiego arsenału musiało się wiązać z olbrzymimi zniszczeniami, również śmiercią ogromnej liczby cywilów. Jak można było przeczytać w dokumencie: "Wszystkie następstwa ataku nuklearnego poddano drobiazgowej analizie. Chociaż więc wzięto pod uwagę wystąpienie skutków tektonicznych i opadów radioaktywnych, które mogą dotrzeć także na obszar sił sojuszniczych i narodów, to wygranie podniebnej konfrontacji jest celem nadrzędnym. Jeśli starcie nie zakończy się sukcesem, konsekwencje dla naszych sojuszników i tak będą o wiele gorsze niż prognozowane efekty skażenia nuklearnego w strefach peryferyjnych. Należy wziąć pod uwagę, że skala naszego ataku będzie tak wielka, że efekty radiacyjne i pożary poprzedzą radioaktywny opad na wielu obszarach. Co więcej, nie można zignorować faktu ataku atomowego na sojusznicze siły i narody przez Związek Radziecki. W takich okolicznościach wszelkie efekty uboczne naszego ataku mogą stać się co najwyżej przedmiotem akademickiej debaty".

Gdyby równoległy atak na wskazane cele nie doprowadził do ostatecznego zniszczenia wroga, USA planowały realizację drugiego etapu wojny, czyli "systematyczną destrukcję" potencjału ZSRR. W samej Moskwie wyznaczono 180 miejsc do likwidacji, m.in. fabrykę penicyliny. Biorąc pod uwagę trudności z trafieniem w konkretny cel, dopuszczano zbombardowanie okolicznych budynków i osiedli, co miało zwiększyć prawdopodobieństwo sukcesu. Z tym jednak nie byłoby problemów, skoro moc zrzuconych bomb co najmniej kilkakrotnie przekraczałaby wymagane minimum.

Analiza powyższego dokumentu, a także pozostałych wytworzonych w okresie zimnej wojny, wyraźnie pokazuje, że w amerykańskiej doktrynie wojennej broń atomową traktowano jako remedium na wszelkiego rodzaju zagrożenia. Było to o tyle niepokojące, że w kolejnych latach postępował proces przejmowania kontroli nad powiększającym się arsenałem nuklearnym od władzy cywilnej przez wojskowych. W rezultacie w memorandum z września 1964 r. McGeorge Bundy, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji Johna F. Kennedy’ego i Lyndona B. Johnsona, nalegał na zmianę obowiązujących wytycznych, gdyż te pozwalały generałom na podejmowanie decyzji o ataku atomowym nawet bez konsultacji z prezydentem. Co prawda, zgoda dotyczyła jedynie wrogich celów militarnych, lecz nie zmieniało to faktu, że możliwość wywołania globalnego konfliktu nuklearnego pozostawała w rękach dowódców pokroju wspomnianego już gen. Powera.

Czy można zatem się dziwić, że zgodnie z przyjętym przez wojskowych planem działania odpalenie rakiet z głowicami nuklearnymi miało być odpowiedzią USA na śmierć prezydenta, nawet jeśli doszło do tego podczas ataku konwencjonalnego lub wręcz przez pomyłkę? Mało tego, bez względu na to, kto stałby za atakiem na Stany Zjednoczone, amerykańska odpowiedź skierowana była na ZSRR i Chiny. "Do 1968 r. instrukcje dotyczące użycia broni atomowej, zaakceptowane przez prezydentów Dwighta Eisenhowera i Johna F. Kennedy’ego, przewidywały wszechstronny kontratak nuklearny, także wówczas, gdy atak na USA miał charakter konwencjonalny lub też wynikał z oczywistej pomyłki, zaś oba komunistyczne mocarstwa znalazłyby się na celowniku bez względu na to, czy któreś z nich jako pierwsze zainicjowało atak na Stany Zjednoczone", podsumowywał William Burr, historyk z Archiwum Narodowej Agencji Bezpieczeństwa.

W październiku 1968 r. z inicjatywy sekretarza obrony Clarka Clifforda sprawa trafiła na biurko prezydenta Johnsona. Zdaniem Clifforda instrukcja mogła doprowadzić do sytuacji, w której błędna ocena nadgorliwego wojskowego spowodowałaby wojnę nuklearną. Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Walt Rostow wskazał z kolei, że "zmiana jest konieczna. Ta instrukcja jest niebezpieczna. Sugeruję jej kompleksową zmianę". Ostatecznie podjęto decyzję o modyfikacji instrukcji, by odpowiedzią na konwencjonalny atak na Stany Zjednoczone mogła być jedynie symetryczna reakcja USA.

Ewolucja amerykańskiej doktryny atomowej

Wraz z nadejściem administracji Richarda M. Nixona zmienił się sposób myślenia o broni atomowej. Nowy prezydent, wspólnie z doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Henrym Kissingerem, uznał, że istniejące plany masowego ataku atomowego są nierealne, a przez to nie pozwalają na pełne wykorzystanie arsenału nuklearnego w bieżącej polityce. W Białym Domu rozpoczęto zatem intensywne prace nad przygotowaniem scenariuszy selektywnego użycia broni strategicznej. Na początku 1974 r. prezydent podpisał memorandum nakazujące przygotowanie różnorodnych opcji wykorzystania broni nuklearnej. Zgodnie z raportami CIA nowa doktryna nuklearna USA sprowokowała ZSRR i Chiny do wprowadzenia podobnych modyfikacji w ich planach.

W późniejszych latach nuklearne plany zmieniano jeszcze kilkakrotnie. Chociaż w Białym Domu i Pentagonie powoli zaczęto wycofywać się z pierwotnej koncepcji automatycznej odpowiedzi nuklearnej bez względu na straty w ludności cywilnej - wrogiej i sojuszniczej - w dalszym ciągu dominowało przekonanie o konieczności zapewnienia sobie strategicznej przewagi. Tym bardziej że bez względu na to, kto zasiadał w Białym Domu, obawa przed wyprzedzającym atakiem ze strony ZSRR spędzała sen z powiek amerykańskim przywódcom.

Myśl, że radzieckie rakiety dosięgną amerykańskich miast, szczególnie dokuczała Ronaldowi Reaganowi. O ile Nixon prowadził politykę opartą na równowadze sił, o tyle Reagan dążył do zdobycia nad ZSRR strategicznej przewagi. Nic zatem dziwnego, że podczas jego dwóch kadencji opracowano różnorodne scenariusze, uwzględniające zarówno środki taktyczne, jak i nuklearne.

Podstawowy plan - Major Attack Options - powielał wszystkie wcześniejsze ustalenia dotyczące wykorzystania niemalże całej floty powietrznej Stanów Zjednoczonych do jednoczesnego zniszczenia tysięcy celów na terytorium wroga. Z kolei Launch Under Attack Option określał sposób wykorzystania sił strategicznych na wypadek ataku na terytorium USA lub państw sojuszniczych. Wreszcie Optional Withhold Categories pozwalał na selektywny wybór celów. Oznaczało to, że gdyby któreś państwo bloku wschodniego, np. Polska albo Rumunia, nie brało udziału w konflikcie, mogło uniknąć atomowej anihilacji. W rzeczywistości - co przyznawano w nieoficjalnych rozmowach - na takie niuansowanie nie byłoby czasu.

Prezydent Reagan nie ukrywał, że podczas jego rządów Stany Zjednoczone będą dążyły do zwiększenia przewagi nuklearnej nad ZSRR. Zapowiedział zatem program gwiezdnych wojen, który miał otoczyć USA tarczą antyrakietową, oraz zaktywizował partnerów z NATO. Odtąd w system bezpośredniej odpowiedzi została włączona Europa Zachodnia, pozwalając Stanom Zjednoczonym na szachowanie całego bloku socjalistycznego. I tutaj wracamy do postaci płk. Kuklińskiego. Od początku zimnej wojny polskie miasta znajdowały się na liście celów przeznaczonych do szybkiego zniszczenia. Informacje przekazane przez polskiego szpiega pozwoliły Amerykanom ją uaktualnić i uzupełnić. W świetle ujawnionych dokumentów twierdzenia o uratowaniu Polski można włożyć między bajki.

Niebezpieczeństwo zagłady nuklearnej wisiało nad światem przez cały okres zimnej wojny. Odtajnione akta dowodzą, że ani Związek Radziecki, ani Stany Zjednoczone nie przejmowały się zbytnio potencjalnymi stratami wśród ludności cywilnej. Liczyło się zwycięstwo nad ideologicznym wrogiem. Bez względu na rezultat konfrontacji z Polski pozostałyby co najwyżej radioaktywne gruzy.

Andrzej Szymański

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje