Reklama

Reklama

"Gazeta Wyborcza": Tak porwano Polaka

Myślę, że za parę dni wszystko będzie jasne, ktoś zażąda okupu, bo było to typowe zachowanie rabusiów - mówi "Gazecie Wyborczej" naoczny świadek uprowadzenia w Syrii polskiego fotoreportera Marcina Sudera.

Jak mówią rozmówcy "Wyborczej", Suder dojechał do Sarakib w poniedziałek. W środę rano został porwany podczas napadu na miejscowe biuro prasowe opozycji. Nocowały w nim w sumie cztery osoby - oprócz Polaka Manhal Barisz, znany działacz syryjski i dziennikarz, który sprawuje pieczę nad biurem, Mohamed al-Chalid i Mahmud Hilal. O 11 rano mieszkanie zaatakowało ok. ośmiu zamaskowanych mężczyzn.

Reklama

"Wszyscy spaliśmy z wyjątkiem Manhala, który wstał i podłączał internet. Manhal próbował walczyć i przeszkodzić im, żeby nie zabrali Marcina. Reszcie napastnicy od razu związali ręce i krzyczeli "Zamknijcie się" - opowiada Al-Chalid. Manhala pobili, a Marcina zabrali ze sobą - ustaliła "Gazeta Wyborcza".

"Sprawa związana jest z pieniędzmi" - ocenia Mohamed al-Chalid.

"Ukradli wszystko" - relacjonuje, wymieniając, że łupem złodziei padło 7 laptopów, dyski pamięci, wszystkie komórki, kamery, aparaty, gotówka.

"Typowe zachowanie rabusiów. Myślę, że za parę dni wszystko stanie się jasne i ktoś zażąda okupu" - stwierdza Al-Chalid.


Dowiedz się więcej na temat: porwanie Polaka | Marcin Suder | Syria

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy