Reklama

Reklama

"DzGP": Rosjanie obserwują, co się dzieje w Ełku

"Bez wątpienia Rosjanie z uwagą obserwują, co się działo w Ełku" - mówi w wywiadzie dla "Dziennika Gazety Prawnej" Anna Maria Dyner z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (PISM). "Potencjalnie taki incydent może też być wykorzystany jako element wojny informacyjnej. Wyobraźmy sobie sytuację, w której ofiarami agresji padają obywatele rosyjscy" - mówi ekspertka.

Przypomnijmy, że w sylwestrową noc ok. godz. 23:00, w wyniku awantury w barze z kebabem, doszło do zabójstwa 21-letniego Polaka. Jak poinformowała w poniedziałek prokuratura rejonowa w Ełku, zarzuty zabójstwa postawiono pracującemu w barze obywatelowi Tunezji oraz Algierczykowi. We wtorek sąd w Ełku ma zdecydować, czy obcokrajowcy trafią do aresztu tymczasowego - wniosek w tej sprawie jest już w sądzie.

W niedzielę przed barem doszło do gwałtownych protestów. Wczesnym popołudniem zebrało się tam kilkuset mieszkańców, żeby wyrazić sprzeciw wobec tej tragedii i zapalić znicze. W tłumie były też osoby agresywne, które wybiły szyby i niszczyły mienie w witrynie lokalu, rzucały petardami, butelkami oraz kamieniami w stronę funkcjonariuszy i radiowozów. Zamieszki zakończyły się przed północą. Zatrzymano łącznie 28 osób w wieku od 17 do 50 lat. Policja przyznaje, że zatrzymani byli pijani.

Reklama

Także wczoraj w pobliżu baru, gdzie doszło do tragedii gromadzili się ludzie. Jak informowała policja, manifestacje były jednak spokojne.

Zdaniem Anny Marii Dyner z PISM, służby każdego państwa narażonego na działania hybrydowe powinny z bardzo dużą uwagą podchodzić do incydentów takich jak w Ełku. Incydenty takie łatwo mogą ulec eskalacji, zgodnie ze znanym od dawna mechanizmem. "Warto pamiętać, że pogromy zaczynały się od takich właśnie drobiazgów" - mówi ekspertka w rozmowie z Jakubem Kapiszewskim.

"Bez wątpienia Rosjanie z uwagą obserwują, co się działo w Ełku" - stwierdziła.

Jednocześnie podkreśliła, że jej zdaniem prawdopodobieństwo, by Polska padła ofiarą prowokacji, która przerodzi się "w coś większego", jest niewielkie. "O ile w przypadku Estonii i Łotwy - w krajach, w których jest znacząca mniejszość rosyjska - takie sytuacje można byłoby wykorzystać do wpływu na władzę, czy też jej przejęcia, o tyle Polska jest znacznie twardszym orzechem do zgryzienia. Nie ma u nas prorosyjskiego zaplecza, które mogłoby skorzystać na takim incydencie" - tłumaczy.

Całość rozmowy w "Dzienniku Gazecie Prawnej".


Reklama

Reklama

Reklama