Reklama

Reklama

Władysławowo. Protest rybaków, blokowali drogę na Hel. Interweniowała policja

Pięć godzin trwała w sobotę we Władysławowie (Pomorskie) blokada drogi na Półwysep Helski przez armatorów rybołówstwa rekreacyjnego. Demonstrujący skrócili protest o dwie godziny. Wcześniej zapowiadali, że będą blokować drogę do godz. 16. Rybaków wspierali rolnicy zrzeszeni w Agrounii. To trzeci protest tego rodzaju na wybrzeżu w ciągu ostatnich tygodni.

- W geście dobrej woli ze względu na trudną sytuację ludzi, kierowców, dzieci, pasażerów w samochodach kończymy blokadę o 14. - powiedział dziennikarzom Andrzej Antosik ze Sztabu Kryzysowego Armatorów Rybołówstwa.

Rybak rekreacyjny z Władysławowa Aleksander Cichosz zapowiedział, że armatorzy zamierzają protestować, aż rząd spełni ich postulaty. - Nie poddajemy się, będziemy protestować dalej, cyklicznie, jak tylko rząd nie będzie z nami rozmawiał. Jeżeli rząd podejmie z nami rozmowy, to wszystko idzie załatwić, chcemy dojść do porozumienia - mówił armator.

Reklama

Przed ogłoszeniem decyzji o skróceniu protestu doszło do kilku utarczek słownych między kierowcami, a demonstrującymi. Policjanci odgrodzili jednak obie grupy.

"Panie premierze, jak żyć?

Armatorzy rybołówstwa rekreacyjnego blokowali od godz. 9. drogę wojewódzką nr 216 na wyjeździe z Władysławowa (Pomorskie) na Półwysep Helski przechodząc przez przejście dla pieszych. Rybaków wspierali rolnicy zrzeszeni w Agrounii, na czele z jej liderem Michałem Kołodziejczakiem Kilkudziesięciu demonstrujących miało ze sobą transparenty z takimi hasłami jak: "Panie premierze, jak łowić???, jak żyć???", "Panie prezydencie, premierze, pomocy!!!"

We współpracy z policją przepuszczane były głównie samochody uprzywilejowanych służb, takie jak karetki pogotowia, radiowozy policyjne, czy pojazdy straży pożarnej oraz auta, którymi podróżowały małe dzieci. Podczas protestu mało było samochodów, które dojeżdżały do przejścia dla pieszych, gdzie trwał protest. Policja zamknęła bowiem dojazd do miejsca demonstracji.

Blokada we Władysławowie drogi nr 216 spowodowała brak wjazdu i wyjazdu z Półwyspu Helskiego, nie ma bowiem innych tras, którymi byłyby możliwe objazdy.

"Organizatorem tego protestu jest rząd"


- Chciałem przeprosić kierowców i społeczeństwo za utrudnienia, które wprowadzamy naszym protestem, ale proszę uwierzyć, że organizatorem tego protestu jest pan premier i rząd, nie my. I w każdej chwili może to odwołać. Wystarczy jeden telefon: "przyjeżdżajcie do Warszawy na spotkanie, na rozmowy". I automatycznie schodzimy z blokady. Ale ten rząd nie ma dobrej woli - powiedział na konferencji prasowej Andrzej Antosik ze Sztabu Kryzysowego Armatorów Rybołówstwa.

Głos zabrał też m.in. lider Agrounii Michał Kołodziejczak.

- Tym ludziom półtora roku temu zakazano ustawowo, za pomocą złych przepisów, pracować. Zainwestowali grube miliony w to, żeby stworzyć sobie miejsca pracy. Tutaj strajkują ludzie, którzy muszą raz na pięć lat robić przeglądy kutrów za kilkadziesiąt tysięcy złotych. W każdym miesiącu płacą ZUS i inne opłaty. To są zamknięte biznesy z wielomilionowym kapitałem. Dziś do 16. ta blokada będzie utrzymana, a takich po następnej niedzieli będzie w kraju więcej. Sprawy rolników ciągle są nierozwiązane - mówił Kołodziejczak.

To była trzecia manifestacja na lądzie armatorów rybołówstwa. Trzy tygodnie temu blokowali wjazdy do Łeby i Ustki, a dwa tygodnie temu DW 216 we Władysławowie. Podczas tamtych protestów rybacy przechodzili przez przejście dla pieszych i co kilkanaście minut przepuszczali czekające pojazdy.

"Tragiczna sytuacja armatorów rybołówstwa"

"W związku z tragiczną sytuacją armatorów rybołówstwa rekreacyjnego postanowiliśmy przystąpić do wznowienia akcji protestacyjnych. Do dnia dzisiejszego podpisane porozumienie z ówczesnym Ministrem Gospodarki Morskiej Markiem Gróbarczykiem (podpisane 16 stycznia 2020 r. - red.) nie zostało zrealizowane. We wszystkich polskich portach stoją statki, które już nie wrócą do zawodu. Morskie farmy wiatrowe na Bałtyku zabierają nam nasze jedyne łowiska, a zakaz połowu dorsza będzie przedłużony. Armatorzy podjęli decyzję o blokowaniu miejscowości nadmorskich od strony lądu, niech ta drastyczna forma zwróci uwagę rządu" - poinformował w komunikacie przesłanym mediom Sztab Kryzysowy Armatorów Rybołówstwa.

W maju ub.r. resort gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej poinformował, że ze względu na pandemię COVID-19 i związane z nią duże wydatki, na razie nie ma możliwości zwiększenia pomocy dla borykających się z problemami armatorów rekreacyjnych, którzy łowili dorsze. Podczas spotkania przedstawiciele ministerstwa potwierdzili, że na pomoc dla armatorów przeznaczonych zostanie 20 mln zł, co oznacza ok. 200 tys. zł wsparcia dla każdego armatora.

Protestujący rybak rekreacyjny Waldemar Giżanowski z Portu Kołobrzeg powiedział, że proponowana przez resort kwota jest za mała i rekompensata dla branży rybaków rekreacyjnych powinna wynieść 70 mln zł.

Oderwani od ministerstwa

Sejmowa komisja Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej przyjęła w piątek dezyderat opisujący problemy rybołówstwa rekreacyjnego i wzywający rząd do podjęcia dialogu.
Dzień wcześniej przedstawiciele Sztabu Kryzysowego Armatorów Rybołówstwa przedstawili swoje postulaty podczas posiedzenia sejmowej komisji.

Jak powiedział w czwartek podczas posiedzenia komisji Andrzej Banaszczyk ze Sztabu Kryzysowego Rybołówstwa Rekreacyjnego mówił podczas obrad sejmowej komisji, że rząd "złamał wszystkie ustalenia porozumienia zawartego w 16 stycznia 2020 r." - Obecnie polski rząd pozostawił nas oderwanych od jakiegokolwiek ministerstwa. Nie jesteśmy przydzieleni ani do Ministerstwa Infrastruktury, ani do rybołówstwa (Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi - red.). Ministerstwa te odsyłają nasze pisma między sobą, ukazując, że nie jesteśmy przynależni ani do jednego, ani do drugiego - stwierdził.

Dyrektor Departamentu Gospodarki Morskiej Ministerstwa Infrastruktury Mariola Chojnacka podkreśliła natomiast, że przedstawiciele Departamentu Rybołówstwa Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej (zniesionego w październiku 2020 r.) "wielokrotnie spotykali się z właścicielami, armatorami jachtów komercyjnych. Dzięki temu można było oszacować straty, które ponoszą w związku z ograniczeniami wprowadzonymi w ramach walki z pandemią COVID-19".

Dodała, że wsparcie mogło wynieść maksymalnie 200 tys. zł na jeden jacht, a pomoc miała charakter interwencyjny "mający na celu wsparcie przedsiębiorców, którzy nie mogli kontynuować działalności w następstwie wystąpienia COVID-19".

Chojnacka poinformowała, że rozpatrzono 107 spraw, z czego 58 wniosków spełniło warunki przyznania wsparcia na łączną kwotę 14 mln zł. Wsparcie finansowe wynosiło od 200 do 600 tys. zł na jednego wnioskodawcę.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy