Reklama

Reklama

Pomorskie: Mąż zostawił chorą na raka i zabrał dzieci

Pani Kamila i pan Marcin mają dwóch synów: 5-letniego Wiktora i 4-letniego Dominika. Rok temu kobieta zachorowała na raka, leczyła się w Niemczech. To tam 15 sierpnia między małżonkami doszło do kłótni. Pan Marcin zabrał dzieci i wrócił do Polski, zamieszkał z chłopcami prawie sto kilometrów od domu. Sąd zdecydował, że synowie mają mieszkać z matką. Dzieci jednak do matki nie wróciły. Chora pani Kamila od prawie roku nie może odzyskać synów. Sprawą zajęli się reporterzy „Interwencji” Telewizji Polsat.

38-letnia pani Kamila sześć lat temu wyszła za mąż za 36-letniego dziś pana Marcina. Urodziło im się dwoje dzieci. Wiktor ma pięć lat, a Dominik cztery. Mieszkali w Gdańsku. Jak twierdzi pani Kamila, jej małżeństwo nie należało jednak do najszczęśliwszych. 

- Wszystko, co robiłam, było źle. Byłam krytykowana za wszystko - opowiada.

Kłopoty rodzinne to nie jedyny problem. Rok temu pani Kamila zachorowała na raka. Leczyła się w Niemczech chemioterapią. 15 sierpnia ubiegłego roku na terenie Niemiec między małżonkami doszło do kłótni. Pan Marcin - jak twierdzi pani Kamila - zostawił ją w trakcie leczenia i zabrał dzieci do Polski.

Reklama

- Nie mam słów, że można coś takiego zrobić osobie najbliższej, gdzie brało się na dobre i na złe, a jak przyszło złe, to się uciekło z dziećmi. Byłam  w obcym kraju, bardzo daleko od domu, ze śmiertelną chorobą - mówi pani Kamila.

Po powrocie do kraju pan Marcin zamieszkał z synami prawie sto kilometrów od Gdyni. Zaczęła się walka o dzieci. Po kilku miesiącach sąd zdecydował, że dzieci mają mieszkać z matką.  

- Dzieci powinny przebywać przy matce i to postanowienie zostało wydane 7 grudnia 2020 roku - mówi Łukasz Zioła z Sądu Okręgowego w Gdańsku.

- Skontaktowałam się z dziećmi, oni się cieszyli, że ja przyjadę - mówi kobieta.

Reporter: I wydał?

Pani Kamila: Wydał, ale nie wydał. Tam już była agresja od samego początku. Starszy synek płakał na rękach męża, więc nie wiem, co zostało powiedziane, bo dzieci wcześniej się cieszyły. Młodszy przyszedł normalnie się przytulić.      

Pani Kamila walczyła dalej w sądzie. 12 maja tego roku sąd wydał kolejne postanowienie.

- Sędzia była wściekła. Poczuła, że naprawdę z sądu ktoś robi sobie żarty. Dała natychmiastowy nakaz wydania z terminem jednodniowym, nakazała przywiezienie dzieci do mojego miejsca zamieszkania - relacjonuje pani Kamila.

Dzieci pan Marcin nie oddał. Nic nie dały kilkukrotne próby odebrania chłopców.   

- Byłam przekonana, że jak mam postanowienie sądu i poproszę policję o asystę, to oni zrobią wszystko, bym z dziećmi wróciła do domu, a  policja zachowuje się troszkę inaczej. Oni mówią: dzień dobry, jest postanowienie sądu, prosimy przekazać dzieci mamie. A jeżeli tata powie: nie, bo dzieci nie chcą, to jest: no dobrze, do widzenia - opowiada pani Kamila.

"Postanowienie Sądu nie zostało wykonane z przyczyn przeze mnie niezawinionych, lecz wyłącznie z uwagi na dobro dzieci, które nie chcą mieszkać z matką i uzewnętrzniają wyraźnie swoją wolę. Chcą mieszkać z tatą, czemu wielokrotnie dały wyraz" - brzmi oświadczenie pana Marcina.

Pani Kamila złożyła kolejny wniosek do sądu - o przymusowe odebranie dzieci z pomocą kuratora. Niestety postepowanie wciąż nie jest zakończone, a chora pani Kamila od prawie roku nie może odzyskać synów.

- Walczy się z tym strachem, że może się nie dożyć przytulenia dzieci swoich. Może być rożnie, ten człowiek o tym wie i może doprowadzić do sytuacji, że dzieci będą mnie tylko na zdjęciach oglądały i to jest dla mnie barbarzyństwo i jakkolwiek on może mnie nienawidzić, to dzieci mają prawo do tego, żebym ja je wychowywała, jak długo jestem w stanie - mówi pani Kamila.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy