Reklama

Reklama

ZNP: Zaczynamy ogólnopolską akcję protestacyjną

We wtorek na konferencji prasowej Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego, ogłosił rozpoczęcie ogólnopolskiego protestu pracowników oświaty. - Zarząd Główny podjął decyzję, że moment kulminacyjnej fali protestu będzie do samego końca utrzymywany w tajemnicy – powiedział Broniarz.

Reklama

Od poniedziałku trwa nieformalny protest nauczycieli, którzy dość licznie przechodzą na zwolnienia lekarskie. W samym Wrocławiu zamkniętych jest dziś już 15 przedszkoli, kilkanaście szkół odwołało lekcje, pojawiły się też apele do rodziców, by zostawiali dzieci w domach - informuje "Gazeta Wrocławska".

Reklama

- Postulat w przypadku tej akcji protestacyjnej jest jeden - płacowy. Domagamy się wzrostu wynagrodzeń na poziomie 1000 zł. Wzrostu realnego, a nie symbolicznego, który proponuje minister Anna Zalewska - wyjaśnia w rozmowie z Interią rzeczniczka Związku Nauczycielstwa Polskiego Magdalena Kaszulanis.

W tym roku nauczyciele otrzymali podwyżkę wynagrodzeń zasadniczych na poziomie 5,38 proc. w stosunku do roku poprzedniego. - W zależności od stopnia awansu zawodowego te podwyżki w przełożeniu na konkretne kwoty wyniosły od 86 do 116 zł netto. W sytuacji, gdy kwota startowa dla nauczyciela początkującego - stażysty wynosi 1751 zł netto, nie ma realnej poprawy finansowej - przekonuje rzeczniczka.

Zarobki nauczycieli rosną wraz ze stopniem awansu zawodowego. Nauczyciel stażysta zarabia 2417 zł (co daje 1751 zł "na rękę") kontraktowy - 2487 zł, mianowany - 2824 zł, a dyplomowany - 3317 zł (sumy brutto). Ponadto na pensję składają się jeszcze dodatki określone w ustawie Karta nauczyciela.

"Zachęcamy nauczycieli do dbania o zdrowie"

Jak przekonywał na wtorkowej konferencji prasowej Sławomir Broniarz, słuszność postulatu podwyżek potwierdzają dane GUS. - Dziś pojawił się komunikat GUS, który mówi, że przeciętne wynagrodzenie w kraju wynosi prawie 5 tys. zł, a więc dysproporcja w stosunku do wynagrodzenia nauczycieli rośnie - podkreślił prezes ZNP. 

- Zachęcamy nauczycieli do dbania o własne zdrowie. Z wielką troską i sympatią odnosimy się do akcji, która w dniu wczorajszym została zainicjowana. Uważamy, że jest to także troska o zdrowie uczniów - powiedział Broniarz. 

Zmiana taktyki

- Niestety, pomni doświadczeń, jakie wyciągnęliśmy z roku 2017, zmieniliśmy taktykę działania. Aczkolwiek jeszcze niewiele się wydarzyło, a już MEN i kuratorzy oświaty rozpoczęli wysyłkę listów, apeli o przestrzeganie etyki zawodowej, o nieprzystępowanie do protestów - przekazał.

Zdaniem prezesa ZNP, jest to powtórzenie taktyki z 2017, kiedy ZNP przeprowadził ostatni ogólnopolski strajk.

- Dotychczas ogłaszaliśmy zakres i skalę akcji protestacyjnej, tym razem Zarząd Główny podjął decyzję, że moment i ta kulminacyjna fala protestu będzie do samego końca utrzymywana w tajemnicy. Nie chcemy dać powodów do tego, byśmy narażali nauczycieli i pracowników oświaty na różnego rodzaju działania ze strony administracji oświatowej, oraz samorządowej. Tym bardziej, że już teraz listy niektórych kuratorów wyraźnie wskazują na rozpoczęcie takiego działania - powiedział. 

Ankieta ZNP. Strajk w dniu egzaminów?

Nauczyciele, biorąc zwolnienia lekarskie, idą za przykładem innych grup zawodowych. I liczą, że taka forma protestu przyniesie oczekiwane przez nich efekty.

W listopadzie ZNP przeprowadził ankietę wśród nauczycieli i pracowników oświaty, z której wynika, że nauczyciele chcą protestować. - W ankiecie zapytaliśmy nauczycieli o formę protestu, którą należałoby zorganizować w ramach walki o wyższe pensje. Wypełniło ją 230 181 osób. Najczęściej nauczyciele wskazywali na akcję podobną do protestu policjantów (93 tys.) oraz na strajk (w formie strajku ogólnopolskiego, lokalnego, włoskiego łącznie 102 137) - usłyszeliśmy w ZNP.

- Dominującą formą protestów wskazywaną przez nauczycieli i pracowników oświaty była akcja protestacyjna na wzór akcji policjantów, a przeprowadzona w okresie egzaminu kończącego ósmą klasę i egzaminu gimnazjalnego. Na drugim miejscu, jeśli chodzi o skalę poparcia, pojawia się akcja strajkowa - powiedział we wtorek Sławomir Broniarz.

8 stycznia rozmowy z MEN?

- Reasumując, chcemy rozmawiać z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Te rozmowy, do których zapraszamy zarówno pana premiera, jak i panią minister, zostały zaplanowane na 8 stycznia. Zwołałem wówczas posiedzenie w ramach Rady Dialogu Społecznego. Podczas tego posiedzenia chcemy z rządem i pozostałymi związkami zawodowymi rozmawiać o skali wzrostu wynagrodzeń w roku 2019 - zapowiedział. 

Jak podkreślił, od efektu tych rozmów ZNP uzależnia także dalsze działania. - Natomiast nie zaprzestajemy rozpoczętej dziś akcji protestacyjnej - podkreślił Broniarz.

Ile placówek było zamkniętych?

W poniedziałek, na tydzień przed świętami zajęcia odwołano w kilku placówkach m.in. w Warszawie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu - informowały media. Kłopoty były też w mniejszych miejscowościach. Tego samego dnia po południu MEN poinformował, że na ponad 39 tys. publicznych szkół, przedszkoli i placówek oświatowych, 13 przedszkoli w ogóle nie funkcjonowało z powodu nieobecności nauczycieli.

"W 17 placówkach oświatowych odbyły się tylko zajęcia opiekuńcze dla uczniów. W kilku szkołach dyrektor zapewnił zastępstwo, lekcje odbywały się normalnie lub został zmieniony plan zajęć. W jednej ze szkół uczniowie nie przyszli na zajęcia - to sytuacja niedopuszczalna, w trybie pilnym ją wyjaśniamy" - zapewniło MEN.

"To próba zastraszenia nauczycieli"

Kuratoria otrzymały od MEN dyspozycje, by uważnie monitorować sytuację w związku z nieobecnością nauczycieli. Media donosiły też, że niektóre kuratoria ostrzegały przed odpowiedzialnością za wzięcie zwolnień lekarskich bez powodu i możliwymi kontrolami z ZUS.

Czy kontrole miały miejsce? Do ZNP na razie nie dotarły informacje o takich przypadkach.

- Same ostrzeżenia odbieramy jako próby zastraszania nauczycieli. Pamiętajmy, że zwolnienie lekarskie wystawia lekarz na podstawie przesłanek związanych ze stanem zdrowia nauczycieli. Nauczyciele są przemęczeni. Wdrażają fatalną reformę edukacji. Dodatkowo jest sezon grypowy - wylicza Kaszulanis.

I podkreśla, że nikt zwolnień nie bierze bez powodu.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy