Reklama

Reklama

​Wirus krąży, one chorują na bezczynność

O Polkach emigrantkach w dobie pandemii pisze na łamach "Przeglądu" Zuzanna Muszyńska.

Kasia woziła o świcie pielęgniarki i pracowników lotniska. Magda wyprowadzała opalonych gości na krawędź wzgórza - skok w górę, klik, zdjęcie lądowało na Instagramie. Cindy nie chciałaby już wracać do robienia makijażu gwiazdom telewizji. Taksówkarka z Dublina, hotelarka spod Aten i berlińska kosmetyczka. Polskie siłaczki, którym czasem brak sił, nigdy jednak - pomysłów na życie. Przez lata przemierzały emigracyjne szlaki, aż drogę zastąpił im koronawirus.

Zająć czymś ręce

Siedzą na ławce blisko siebie, kończą jeść lody - Mandeep, Becca i Oliwka. Kasia robi im zdjęcie. Udało jej się wyluzować podczas zamknięcia, które zaczęło się w Irlandii 15 marca. - Na początku myślałam, że oszaleję bez pracy - opowiada. Szybko dodaje, że bardzo kocha męża i córki.

Reklama

Od zawsze marzyła, żeby hodować konie - w Prudniku albo w Strzegomiu. - A najlepiej dostać się do telewizji - śmieje się - jak Smoleń i Olejnik! Tak jak oni skończyła zootechnikę. Wnuczka ułana, ostatnią klacz sprzedała, będąc w czwartym miesiącu ciąży. W Polsce pracowała jako hipoterapeutka i instruktorka jeździectwa. Do Irlandii poleciała odwiedzić kuzyna. Spacerując z psem znajomych, trafiła na stajnię wyścigową. Spytała, czy szukają pracowników. Szukali. Trafiła do opieki nad młodymi końmi.

Po przedłużonym z powodów osobistych urlopie w Polsce nie miała do czego wracać. Znalazła pracę w irlandzkiej kwiaciarni, gdzie zastał ją kryzys 2008 r. i skazał na dwumiesięczną bezczynność. Chętnie podjęła się nowego wyzwania w firmie farmaceutycznej. Zwolnili ją po roku, gdyż mówiła po angielsku lepiej niż menedżerka. Poszła do sądu i wygrała. Wróciła do Polski koniowozem, z klaczą. Znów spróbowała szczęścia jako florystka, już na swoim, i znów dogonił ją kryzys. Zdążyła wszystko pozamykać, niewiele stracić. Kolejny raz była gotowa na Irlandię. Przyjechała na Wyspy bez grosza. - Ciuchy na rozmowę w H&M kupiłam za wygraną w totolotka - wspomina. - 56 euro, akurat wystarczyło.

Udało się. Przepracowała w sklepie siedem lat, potem została taksówkarką. Jeździć da się w ramach grafiku mamy i żony. Znajomi taksówkarze doradzili, żeby spróbować. Zdała egzamin, odeszła z H&M. Zaliczała wpadki - klientka, którą zawiozła okrężną drogą na dworzec, spóźniła się na pociąg. Kasia nie wzięła od niej ani grosza. Kolejnych pasażerów uprzedzała, że się uczy. Z Irlandczykami można o wszystkim pogadać - o drodze przez Dublin i przez życie.

Pobudka codziennie o czwartej, praca do popołudnia, chyba że zarobi szybciej. Rano wiezie pielęgniarki i pracowników lotniska; lekarzy i pracowników Facebooka - później. W aucie Kasi jest miejsce na wózek inwalidzki. Od dwóch lat korzysta z tego udogodnienia Rosie. Zostały dobrymi znajomymi, ale Kasia nigdy nie spytała, na co choruje pasażerka. Uważa, że nie wypada. Na czas pandemii Rosie wyjechała za miasto, do rodziców. - Człowiek się przywiązuje - mówi Kasia. - Jest miło, kiedy z góry wiadomo, pod jaki adres jechać.

Biegły angielski to podstawa. Uczyła się od zawsze, do perfekcji opanowała język nie w Irlandii, lecz na Islandii. - Irlandczycy nigdy mnie nie krytykują za drobne błędy, jeśli już, to pomagają. Mąż pomaga w pisaniu - za co Kasia, dyslektyczka i dysgrafka, jest mu wdzięczna.

Mieszkają w magicznym Ashbourne. Dwie główne ulice, jeden kościół, cztery puby. Jest kilka szkół, starsza córka chodzi do specjalnej, z językiem gaelickim (otworzy jej to ścieżki kariery). Nie ma tu dużych firm. Kiedy uruchomi swoją siedzibę Netflix, ceny domów skoczą w górę. Kasia marzy o domu. Jest jeden, na który ich stać, ale czy to się utrzyma po pandemii?

Dwa tygodnie przed zamknięciem zauważyła, że po mieście kręci się mniej ludzi. Odwołano obchody św. Patryka, co dotknęło ją finansowo. Rząd wypłacał po 203 euro tygodniowo, potem zwiększył pomoc do 350 euro. Mąż, szef kuchni, pierwszy raz Wielkanoc spędził w domu.

Córki uczą się w domu. Kasia pomaga starszej w odrabianiu lekcji. - Dziś na pewno wspierałabym nauczycieli, gdyby strajkowali - wzdycha z tęsknoty za profesjonalną opieką nad dziećmi. W pierwszy poranek bez szkoły dziewczynki wyjęły z szafy różowe sukienki i przebrały się za księżniczki. Kasia ma oko do kadrów; równolegle z zootechniką uczyła się w studium fotograficznym. Na widok córek chwyciła aparat. Tak znalazła sposób walki z monotonią codzienności. Zajęła czymś ręce.

Kogo będzie wozić, jeśli nie wrócą do Dublina turyści albo korporacje przejdą na stałe na pracę zdalną? Pewnie, że taksówkarzom bywa nielekko. Są w mieście dzielnice, gdzie dowozi się klienta, blokuje drzwi i ucieka. Po centrum hula wiatr. - To nie Londyn ani Paryż - mówi Kasia. - Ale wystarczy wiedzieć, w jakie zaułki zajrzeć po najlepszą na świecie atmosferę. Ludzie zostają tu dla niej na zawsze.

Ona została przez połowę życia. I dalej chciałaby pokazywać turystom Dublin.

Bez uścisku, pocałunku, tańca

- Mieszkać i pracować w nadmorskiej wiosce to prawdziwe szczęście - opowiada Magda, która jako 13-latka oznajmiła rodzicom, że wyjedzie z Polski. Rodzinny Gdańsk opuściła dla europeistyki w Poznaniu, potem dwa razy zmieniała koniec świata, wędrując za miłością - do Meksyku i do RPA. Jej mąż pochodzi znad Morza Egejskiego. Historia Peryklesa i Magdy rozpoczęła się w Johannesburgu, gdzie dwóch Greków serwowało pizzę z pieca. Perykles puszczał piosenki Kayah specjalnie dla polskiej dziewczyny. Zamieszkali razem po roku. Perykles prowadził własną firmę konsultingową, dużo podróżował. Zatęsknił za jeszcze jedną wielką miłością swojego życia - Grecją. Jego ojciec miał działkę na Peloponezie, z której roztaczał się widok na modne wśród ateńczyków Poros. Stał na niej nigdy niedokończony dom, a że w Grecji nie sprzedaje się pochopnie nieruchomości, młodzi mieli dokąd wracać.

Zamiana willi z ogrodem w Johannesburgu na studio w Galatas była problemem dla Magdy. Perykles wiedział, od czego i dokąd ucieka, ona nie bardzo. Nie pomógł psujący się bojler ani brak sukcesów w uprawie kwiatów na spalonym słońcem wzgórzu. Stawiali domy. Własnoręcznie, jeden po drugim. Kiedy Perykles wyjeżdżał w podróże służbowe, Magda, utalentowana poliglotka, dogadywała się z fachowcami łamaną greką. W miasteczku okazano jej wiele życzliwości. Zakochała się w ludziach, którzy żyją nie dla pieniędzy, lecz dla pasji - tkackich, kulinarnych, rzeźbiarskich.

Pięć mieszkań dla turystów urządzili z taką samą miłością jak szóste, własne. Perykles wyżywał się w warsztacie stolarskim, Magda zaczęła budować "turystyczną lokalną rodzinę". Ukoronowaniem pracy były dwa wielkie wesela, greckie i polskie. Magda poczuła się w Grecji jak u siebie, bała się już tylko jednego - że kiedyś musiałaby stamtąd się wyprowadzić. Wtedy zachorowała na raka piersi. I tę próbę przeszli pomyślnie. Były ciężkie chwile, greckie Boże Narodzenie z jej rodzicami i sztuczną choinką, którą przytargał nieznoszący komercji Perykles. Dziś włosy Magdy znów sięgają ramion.

- Grecja rekordowo wcześnie zniosła zamknięcie. Czuliśmy się i czujemy bezpiecznie - mówi Magda, śledząca statystyki zachorowań. Całkowicie "zamknięto" wyspy. Na cieśninie pomiędzy Poros i Galatas, zwanej małym Bosforem, przestały kursować wodne taksówki. Ucichło, choć było już cicho; czysta woda przybrała jeszcze bardziej turkusowy odcień.

Poparcie dla rządu wzrosło do 70%. Grecy nie lubią, kiedy coś im się narzuca, ale dbają o siebie nawzajem, chronią chorych i starszych. Pomoc drugiemu człowiekowi to narodowa cecha Greków.

Na Wielkanoc procesje trwają cztery dni, w tym roku nie odbyły się. To również początek sezonu. Restauracje otworzyły się pod koniec maja, według nowych reguł. Turystyka to 20% greckiego PKB i 25% miejsc pracy. Większość rodzinnych biznesów nie ma zaplecza finansowego. Rząd zaoferował niewielkie wsparcie. - Grecy są zahartowani przez lata kryzysu - przypomina Magda. - Z letniego zarobku potrafią się utrzymać przez cały rok.

2020 r. zapowiadał się nieźle. Hotelik Magdy i Peryklesa w sezonie 2019 zanotował 93 rezerwacje, w tym zostało na liście 20. Perykles ma dochód z własnej firmy. W Galatas żyje się skromnie, jedzenie jest świeże i tanie. 150 euro tygodniowo wystarczy na wszystko, razem z dobrym winem, niehodowlanymi rybami i krewetkami. - Czego najbardziej brakuje Grekom? Uścisku, pocałunku, tańca - wylicza Magda. - Mnie szokuje brak ludzi w tawernach - dodaje. - To tak jakby odebrać im ich greckość.

Wraz z wynalezieniem szczepionki ludzie wrócą do podróżowania dla przyjemności, przewiduje Polka. Przyzwyczają się do procedur. Slow tourism? Był w Galatopii Louis z Ameryki, zakochał się w tym miejscu i chciałby w nim zaszczepić ideę "zrównoważonej turystyki". Pójdą z jego projektem do lokalnych władz. Poza tym Magda i Perykles zawsze zachęcali gości do dłuższych pobytów, zanurzania się w lokalnym życiu. Długodystansowców można lepiej poznać, zaprzyjaźnić się. Rekordzista Chris pisał u nich artykuł do "Washington Post", kończył pracę doktorską, w tym roku chciałby zacząć pisać książkę. Na razie Grecja nie wpuszcza Amerykanów. Ale, myśląc perspektywicznie, praca zdalna przy biurku z widokiem na Morze Egejskie - czemu nie?

Ratować życie makijażem

Ma zmęczony głos. Samochód zaparkowała pod domem, nie weszła na górę. W tle gra cicho muzyka. Cindy opowiada o sobie ostatkiem sił. Odpocznie nazajutrz, przy klientkach.

Urodziła się w Norymberdze, w wieku szkolnym przeprowadziła z rodzicami do Szczecina. W niemieckiej podstawówce spędziła jeden trudny rok, co dało wstęp do dobrego ogólniaka. - W trzeciej klasie odkryłam swoje powołanie - mówi Cindy. - Chciałam ratować życie kobietom. Makijażem.

Przyśnił jej się amerykański sen - zostać Ewą Chodakowską kosmetyki. Po maturze wyjechała na miesiąc do Anglii. Chciała studiować makijaż, ale wystarczył telefon od mamy, by wróciła do Berlina, gdzie mama zaczynała nowe życie. Cindy zdobyła fachowe wykształcenie, ale nie od razu odnalazła się w niemieckiej stolicy. Zapadła decyzja - Warszawa. Wróciła do Niemiec po pięciu miesiącach. Dostała propozycję pracy w telewizji. Miała jeździć po kraju i organizować ciuchy dla kandydatek do telewizyjnego show "przed i po". Do Hamburga, gdzie czekało służbowe auto, zawiozła ją przyjaciółka, dalej musiała radzić sobie sama. - Po sześciu latach przerwy usiadłam za kółkiem i od razu spowodowałam wypadek - wspomina. Nie zniechęciła się. Przy drugiej edycji programu doznała olśnienia - w machinie medialnej kobieta po metamorfozie ciągle jest produktem.

Spróbowała kreatywnych sesji, ale praca z modelkami, które i tak mają piękną, młodą skórę, nie przyniosła satysfakcji. Na targach w Londynie Cindy poznała Alex Box, mistrzynię makijażu. Alex postawiła jej makijażowego tarota. Cindy wspomniała o swojej fascynacji malowaniem chorych na nowotwory. - Zrób to - poradziła Alex. Wywróżyła też dziecko. Rok później Cindy zaszła w ciążę.

Kiedy skończył się program, zrobiła dalsze kursy. Otarła się o Pro Sieben, gdzie malowała gwiazdy. Zbliżyła się do celu finansowego i... wypalenia. Wtedy wytinderowała sobie męża, Polaka. Oboje chcieli dziecka, było cudownie.

Macierzyńskiego wysiłku nie da się porównać z żadną pracą. Przez rok Cindy dostawała zasiłek wychowawczy. Potem łapała sporadyczne zlecenia i takie też miała dochody. Mąż nie garnął się do wspierania żony na bezpłatnym urlopie. Frustracja wywołała u Cindy wolę działania. Tkwiąc w logistycznym matriksie - opieka nad Mają, gotowanie, sprzątanie, zakupy - poszła do szkoły permanentnego makijażu. Znalazła lokal za 300 euro miesięcznie, z covidowego dofinansowania dołożyła na sprzęt. Dzięki rabatom urządziła gabinet w dobrej cenie. W pierwszym tygodniu po otwarciu salonów klientki wpadły w makijażowy szał, potem się uspokoiło.

W dzień Cindy siedzi z Mają (przedszkole wciąż zamknięte). Gdy zmieni ją mąż, jedzie do salonu. Sił dodaje jej wywalczona w tak trudnym momencie niezależność. Uwielbia swoją pracę - rozmowy z klientkami, wspólne herbatki. Podczas pandemii łamie zakaz częstowania napojami, proponując wodę.

Pierwszy weekend z koronawirusem był ciężki. Bała się, więc czytała i słuchała radia jak leci. Z czasem zaczęła filtrować wiadomości, męża poprosiła o to samo. Polska? Słuchała, co tam się dzieje. Woli swoje miasto wolności. W Berlinie jest miejsce dla każdego koloru skóry, każdej płci, każdego ubioru. Dla każdego jest klub, restauracja, dzielnica. Takiego świata pragnie Cindy dla Mai - wolnego od konwenansów, od polskiego "bo tak, bo musisz, bo nie wypada".

Baza klientek powoli rośnie. Na razie Cindy nie może zagwarantować kobietom, że nie mają czego się bać. - W tej branży higiena była i jest kluczowa - zapewnia. - Na szczęście kobiety zawsze będą chciały zajebiście wyglądać. Ładne brwi to jest to.

Jest dziwnie

Kasia znów jeździ. Dublin imprezuje na domówkach, więc na razie ma pracę. - W Irlandii spokojnie, lepiej niż w UK - melduje, wyluzowana. - Nasz premier jest ostrożny z otwieraniem wszystkiego.

Jej mąż również nie narzeka na brak zajęcia. Czekają na otwarcie szkół, to jest teraz najważniejsze.

Cindy właśnie główkuje nad ofertą specjalną. - "Zrób sobie brwi przed drugą falą", może być? - śmieje się, z trudem maskując zmęczenie. - Jak oficjalnie ogłoszą drugą falę, wtedy będę się martwić.

Siedzi nad listą: kończące się oszczędności, brak dalszego dofinansowania, nowe przedszkole.

W sierpniu zapełniło się też u Magdy. Po każdym gościu sprząta specjalna firma. Trwa izolacja, o ile to możliwe. - Dziwnie jest - mówi Polka. - Chciałoby się wyjść na kolację, ale to niezbyt dobry pomysł. Mamy już COVID-19, osiem przypadków na Poros i dwa w Galatas - wzdycha. - Ludzie za bardzo się rozluźnili, teraz lekko panikują.

Zamknęło się kilka restauracji, barów. Przyjechała specjalna jednostka testująca, która najpierw zbada pracowników sektora publicznego. Nie można wykluczyć lokalnego zamknięcia. Wszyscy czekają - na koniec sezonu i na następny rok, z nadzieją, że będzie lepszy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy