Reklama

Reklama

W powietrzu było już czuć święta…

21 grudnia obchodzimy Dzień Pamięci o Poległych na Misjach. Taką datę wybrano nie bez powodu - dokładnie cztery lata temu mina-pułapka zabiła Piotra Ciesielskiego, Łukasza Krawca, Marcina Szczurowskiego, Marka Tomalę i Krystiana Banacha - całą załogę jednego z wozów ochrony. Nigdy dotąd - ani później - w historii afgańskiej misji nie poległo tylu Polaków naraz.

W rocznice tej tragedii poprosiłem kilka osób, wówczas związanych z PRT (ang. Provincial Reconstruction Team - zespół odbudowy prowincji; cywilno-wojskowa struktura, zajmująca się projektami pomocowymi), by opowiedziały mi o tamtych wydarzeniach. Oto ich relacje.

Reklama

*     *     *

Paweł: Poranek dwudziestego pierwszego nie wskazywał na nic, co mogłoby rzucić cień na nasz wyjazd. Marcin, Marek, Łukasz i Krystian szykowali się, podobnie jak inni, do kolejnego zadania. Piotrek jak zwykle przyszedł rano na krótki czat ze mną. Shake hands, dokumenty do wyjazdu, podpisy, ostatni glanz. "Co tam u Ciebie Piotrek? Jak nocka?" "Wszystko w porządku panie majorze. Dziękuję.". U niego zawsze wszystko było w porządku. Był jak szwajcarski zegarek z powiększoną kopertą na pamięć operacyjną. Taktowny, punktualny, inteligentny i... gotowy na wszystko. Choć przekonany, jak każdy z nas, że "jego" to nie dotyczy.

Przemek: Dzień był trochę inny niż każdy. Niby afgańska codzienność - czyli znowu jakiś patrol - choć ja akurat tym razem nie jechałem. Jednak w powietrzu było już czuć święta. Moje pierwsze święta na afgańskiej ziemi. Mimo że pracowałem w tym kraju od stycznia 2009 roku, to zawsze na święta wracałem do kraju.

Tym razem miała być Rawza. Po wybudowaniu niedaleko składowiska odpadów, mieliśmy i w samej wsi, w 2012 roku, zrobić jakąś rozsądną robotę. Miałem już nawet pierwszy projekt opracowany - chodziło o remont dachu w szkole, pięćdziesiąt metrów od miejsca, gdzie zdarzyła się tragedia. Byliśmy w tej szkole jakoś w listopadzie. No więc pojechał patrol...


Kuba: Rawza to wioska położona tuż za północno-wschodnią granicą miasta Ghazni. Znajduje się tam XV-wieczne mauzoleum timurydzkiego sułtana Abdur Razzaq bin Ulugh Bega, władającego ówczesnym Ghazni i Kabulem. Niegdyś była to część historycznego Ghazni, dziś jest to jedynie mała wioska, tuż przy głównej drodze Afganistanu - Highway 1.

W odnowionym pod koniec ubiegłego roku mauzoleum ulokowano Muzeum Sztuki Islamskiej. Władze afgańskie przeprowadziły renowację samodzielnie, jednak dowódca PKW wysłał do mauzoleum patrol PRT, aby ocenił efekty prac. Ja, dodatkowo, miałem też ocenić poziom życia mieszkańców wioski, by można było zaplanować dalsze, sensowne działania pomocowe. Rawza cieszyła się opinią miejscowości współpracującej z siłami ISAF i władzami afgańskimi.

Po wykonaniu zadania, w kordonie plutonu ochrony wróciliśmy do naszych pojazdów, oczekujących na placu przed murem otaczającym mauzoleum. Z naszej perspektywy cały ten teren przypominał skrzyżowanie nieużytku ze śmietniskiem, okraszonym dodatkowo muzułmańskim cmentarzem. W skład patrolu wchodziły cztery pojazdy. Zająłem miejsce w pierwszym "wózku" i chwilę później ruszyliśmy w drogę powrotną, korzystając z jedynej lokalnej drogi biegnącej w kierunku "hajłeja".

Paweł: Tej środy każda grupa miała inne zadanie. Ja - spotkanie z dyrektorem do spraw kultury. Długie konwersacje, uprzejmości, kurtuazje. A potem, jak zwykle, sygnał, komenda i byliśmy w pojazdach. Siedem minut później moje życie zmieniło bieg.


Kuba: Nagle, nad placem z którego zjeżdżaliśmy, podniosła się chmura pyłu i kurzu. Usłyszałem eksplozję i poczułem przechodzącą falę ciśnienia. W pierwszej chwili myślałem, że ktoś rąbnął rakietą lub moździerzem w mur otaczający mauzoleum. Opadające kamienie grzechotały w okolicy. Po dłuższej chwili tuman kurzu częściowo opadł. Zacząłem szukać wzrokiem brakującego, czwartego "wózka", ale dostrzegłem jedynie porozrzucany złom. "Gdzie ten wóz?" - pytałem sam siebie. Następna, szokująca myśl: "ten złom, to chyba rozerwany, zamykający kolumnę M-ATV". Trudno było w to uwierzyć. Części pojazdu znajdowały się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów. Duże, kilkutonowe części... Kabina rozerwana na dwoje, maska z silnikiem kilkanaście metrów dalej. Oglądałem ten straszny widok, bojąc się odpowiedzi na pytanie, które trzeba było zadać - "co z załogą?!".

Przemek: Byłem lekko chory, więc koło południa zaległem na chwilę na wyrze, żeby się zdrzemnąć. Nagle zadzwonił telefon, ale go nie odebrałem. "Angela - pewnie chce iść na obiad" - tak wówczas pomyślałem. Chwilę potem przyszła do mnie Magda. Usiadła na krześle i powiedziała, co się stało. Nie wierzyłem...


Magda: Jako pierwsza spośród tych osób z PRT, które zostały w bazie, dowiedziałam się o tragedii. To było tak, jakby ktoś cię uderzył. Mocno. Serce zaczęło bić jak oszalałe, a w głowie pojawiła się tylko jedna myśl: "żeby się pomylili!".

Siedzieliśmy jak na szpilkach, razem. Czas niesamowicie się dłużył, a ich nie było. Nie wiem, czy w każdym pododdziale tak jest i czy każdy tak ma, ale ja bałam się o każdą osobę z mojej ekipy. Trudno to wytłumaczyć, bo znaliśmy się bardzo krótko, ale w Afganistanie nie ma to znaczenia. Tam bardzo szybko ludzie stają się sobie bliscy. Żyjesz z nimi, jesz posiłki, grasz w siatkówkę, żartujesz, jeździsz na patrole.

Paweł: Choć PRT składało się z czterech różnych elementów - oficerów CIMIC-u, żołnierzy plutonu ochrony, pracowników wojska i tłumaczy - stanowiliśmy zgrany zespół. Nie zaryzykuję twierdząc, że byliśmy jedynym tak scalonym i "urodzinnionym" tworem dziesiątej zmiany.


Kuba: Kolejna myśl: "mamy tylko trzy wozy, a wokół teren zabudowany, idealny pod zasadzkę. Wystarczy kilku typów z granatnikami i po nas". Co możesz zrobić w takiej sytuacji, bez broni i wyszkolenia? Nic. Możesz tylko obserwować okolicę, czy nie widać jakiegoś ruchu wśród pobliskich kalat. Może ostrzeżesz o zagrożeniu i "ganer" je "ściągnie". Może. Ale to tylko jedna para oczu więcej.

Wozy się przemieściły, zajmując lepsze pozycje, chłopcy z osłony wyszli z pojazdów, zabezpieczyć okolicę. Medycy ruszyli do wraku. W eter poszły pierwsze komentarze o stanie załogi zaatakowanego wozu. Bardzo, bardzo złe.

Magda: Do dziś pamiętam gest, który przekreślił moje umiarkowane nadzieje. Początkowo była mowa o trzech zabitych, ale wkrótce, na palcach, pokazano mi, że jest ich pięciu.

Kuba: Ostatecznie do kolejnych ataków nie doszło. Po kilku minutach dołączył do nas patrol ANA. Prawdopodobnie wiadomość o zbliżającym się wsparciu odstraszyła potencjalnych napastników. Wkrótce dotarły też nasze Rosomaki, wylądowały śmigłowce MEDEVAC-u. Ciała poległych zabrały śmigłowce i Wozy Ewakuacji Medycznej. A my, w osłonie "rośków", wróciliśmy do bazy.

Przemek: Jak zobaczyłem, w jakim stanie psychicznym jest Chrapek (specjalistka PRT - dop. MO), to dopiero do mnie dotarło, że to prawda. Że nie ma żadnych nadziei...

Magda: Przerażające jest to, że jednego dnia z kimś rozmawiasz, widzisz zdjęcia dzieci, umawiasz się na przygotowanie potraw wigilijnych, a następnego... Eh...


Kuba: Wjeżdżając do bazy chyba wszyscy czuliśmy jednocześnie smutek i wściekłość. Smutek ... Bo nigdy już z nimi nie porozmawiasz, nie poznasz ich lepiej. Pięć osób odeszło. Nie ma ich. Nic już nie możesz zrobić. Wściekłość... Na zamachowców. I na mieszkańców wioski. Jak można pozwolić komuś na zamach na swoim terenie, a przynajmniej nie ostrzec przed nim? Jak można pozwolić na zamach na ludzi, którzy próbują ułatwić życie twoje i twoich dzieci? Na ludzi, którzy nie wchodzą z butami w twoje życie, ale pomagają jedynie wtedy, gdy sam wyrazisz taką chęć?

Już w bazie, uformowaliśmy kolumnę i idąc za WEM-em wiozącym ciało Piotra Ciesielskiego, dowódcy patrolu, odprowadziliśmy je do dyżurnego punktu medycznego.

Potem, razem z Chrapkiem, wróciłem do naszej części bazy. Walek (szef sekcji cywilnej PRT - dop. MO), spojrzał na mnie jak na ducha. Później dowiedziałem się, że byłem już na liście poległych. Ot, ironia losu.

Magda: Starałam się trzymać, ale łez nie da się opanować. Pakowaliśmy rzeczy chłopaków i wtedy pękłam, totalnie.

Przemek: Potem były pożegnania, wigilia... najsmutniejsza w życiu. A później poleciałem do kraju na urlop. Moja perspektywa odnośnie "Afganu" zmieniła się na zawsze.

*     *     *

Dramat z 21 grudnia 2011 roku miał też swoją krajową odsłonę. Tego dnia Polska Agencja Prasowa złamała dżentelmeńską umowę z wojskiem, wedle której nie informuje się o śmierci żołnierzy zanim przedstawiciele armii nie dotrą do rodzin poległych. By te nie dowiadywały się o utracie bliskich z telewizora czy radia. Wydany przez PAP komunikat uaktywnił wszystkie redakcje, w wyniku czego media ubiegły wysłanników z "komitetów".


Kuba: Siedziałem razem z kilkoma osobami z naszej ekipy na stołówce i piłem herbatę, starając się nie myśleć o tym, co się stało, a tu w polskiej "telewizornii" idzie "news" o ataku.

Magda: Była nas trzydziestka piątka, pięciu chłopaków zginęło. Gdy w świat poszła wieść, że zabici byli z PRT, każda z trzydziestu pięciu rodzin miała prawo odchodzić od zmysłów. I z tego, co wiem, odchodziła. Dla mnie to zwyczajne skurwysyństwo.

*     *      *

Byłem w Afganistanie dwa miesiące później. Zawsze ceniłem sobie możliwość pracy z PRT, które miało znacznie więcej kontaktów z Afgańczykami niż "bojówka". Wojskowi i cywile-specjaliści tworzyli specyficzną mieszankę, sprawiającą, że lubiłem też, po prostu, przebywać w towarzystwie tych ludzi. W lutym i marcu 2012 roku nic się w tej kwestii nie zmieniło.

A jednak było inaczej. Gdzieś pod skórą dawało się wyczuć atmosferę żałoby, której zresztą nie sposób było wyrugować. Bo każdy plan kolejnego wyjazdu przypominał o grudniowej tragedii. Inaczej się nie dało, gdyż PRT odebrano pozostałe wozy M-ATV, uznając je za zbyt niebezpieczne. A ponieważ zdziesiątkowany pluton ochrony nie dostał nic w zamian, wyjazdy należało zgrywać z "bojówką".

Paweł: Tylko ci, którzy byli w teamie, wiedzą, jak trudną szkołą życia był czas po 21 grudnia. Ale "my" to jedno. Jest jeszcze i zawsze było, prawdziwe życie - rodzina. Nie jestem i prawdopodobnie nigdy nie będę w stanie wyobrazić sobie cierpienia tych ludzi. Żon, dzieci, rodziców, znajomych.

*     *     *

Opisana historia doczekała się symbolicznego, choć brutalnego epilogu.

"W prowincji Ghazni dobiegła końca prowadzona od kilku miesięcy na szeroką skalę operacja sojuszniczych Sił i Służb Specjalnych" - podało w połowie listopada tego roku Dowództwo Operacyjne. "W wyniku intensywnych działań (...) wyeliminowano Hafiza Sardara. Zabity talibski dowódca odpowiedzialny był m.in. za organizację i przeprowadzenie (...) ataku na patrol z 21 grudnia 2011 roku, w wyniku którego zginęło pięciu polskich żołnierzy".

Wraz z Sardarem, który wcześniej kilka razy wymykał się polującym na niego komandosom, zginął również jego ochroniarz.

Marcin Ogdowski
Tekst został opublikowany na blogu zAfganistanu.pl w rocznicę opisanej tragedii.






Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne