Reklama

Reklama

Trwa sądowy spór między Trawny a Głowackimi o odszkodowanie za Narty

Sąd przesłuchał w piątek Mazurkę Agnes Trawny, która odzyskała ojcowiznę we wsi Narty. Wysłuchał też mieszkających tam przez 30 lat Głowackich, którzy domagają się 210 tys. zł odszkodowania za nakłady poniesione na utrzymanie domu. Zdaniem Trawny odszkodowanie im się nie należy.

Głowaccy chcą zwrotu kosztów za poniesione przez 32 lata remonty, zrobienie w domu nowych schodów, położenie glazury, terakoty, wstawienie kominka oraz zasadzenie na posesji świerków i drzew owocowych. W piątek przed sądem podtrzymali swoje stanowisko co do roszczenia.

- Wkładaliśmy w ten dom pieniądze i serce - powiedziała, płacząc Władysława Głowacka. Jak mówiła, zawierucha i emocje związane z odzyskaniem tego domu przez Trawny zniszczyły zdrowie jej i jej męża.

Reklama

Agnes Trawny i jej pełnomocnik Andrzej Jemielita po raz kolejny powtórzyli, że chcą oddalenia tego powództwa. Trawny przyznała, że już w 2010 roku uprzedziła Głowackich, że nie będzie remontowała domu, który odzyskała, tylko go zburzy.

- Remont by się nie opłacał, to ruina była - stwierdziła Trawny i zapewniła, że i ona, i jej adwokat wielokrotnie mówili Głowackim, że mogą z Nart zabrać co tylko chcą.

W piątek sąd próbował ustalić okoliczności, w jakich w kwietniu 2011 roku Trawny przejęła od Głowackich dom i posesję. Wówczas to Władysław Głowacki podpisał protokół, w którym stwierdzał, że nie będzie w przyszłości ubiegał się o zwrot czegokolwiek od Trawny. Pismo to podpisała też Agnes Trawny i jej adwokat.

Władysław Głowacki, który w ostatnim czasie przeszedł kolejny udar i miał przez to kłopoty z mówieniem, przyznał, że podpisał pismo, ale - jak powiedział przed sądem - nie czytał go, bo nie miał okularów, a odczytanej na głos przez adwokata treści oświadczenia nie rozumiał. Mimo to - jak przyznał - nie prosił o wyjaśnienie treści tego, co podpisywał.

Agnes Trawny miała kłopoty z przypomnieniem sobie szczegółów tamtej chwili. Pamiętała, że podpisywała pismo "na parapecie okna z widokiem na ogród", ale miała kłopoty z przypomnieniem sobie, w ilu egzemplarzach podpisała to oświadczenie.

Trawny i Głowacki odmiennie zeznawali w sprawie liczby i gatunku drzew, jakie rosły w sadzie przy domu w Nartach. Głowacki podawał większą liczbę i twierdził, że Trawny wycięła kilkanaście dorodnych świerków, Trawny upierała się, że żadnych drzew przy domu nie wycinała i podawała mniejszą liczbę drzew owocowych. 

W związku z tym sąd zdecydował, że biegli z zakresu sadownictwa i leśnictwa wyliczą na następną rozprawę wartość nasadzeń, według tego co podawał Głowacki, i opracują drugą wersję, według tego co mówiła Trawny.

Głowaccy i Trawny różnili się też co do oceny estetycznej domu i obejścia. Zdaniem Głowackich "oddali dom na sto procent - z boazerią, kominkiem, z ogrodem". Trawny zaś stwierdziła, że musiała wyciąć "okropny kolczasty żywopłot, bo zarastał drogę", stan domu nazywała "ruiną", a o ogrodzie mówiła, że "był bardzo zachwaszczony, zaniedbany".

Po wyjściu z sali rozpraw Trawny powiedziała, że w jej ocenie za mieszkanie w Nartach Głowackim nie należy się odszkodowanie ani od niej, ani od Skarbu Państwa.

- Bo jak tyle lat tam mieszkali, to powinni dbać, a zrobili z niego ruinę - powiedziała Mazurka, która prosto z rozprawy pojechała na dworzec, by autobusem wrócić do Niemiec.

Sąd Okręgowy w Olsztynie już raz rozpoznawał tę sprawę; oddalił wówczas roszczenia Głowackich, uznając, że to nie Trawny osiedliła ich w Nartach, a Lasy Państwowe, które przejęły pozostawiony przez Mazurkę dom. Sąd Apelacyjny w Białymstoku uznał jednak, że Głowaccy prawidłowo wytoczyli powództwo i nakazał ponowne rozpoznanie sprawy.

Po rozprawie Trawny przyznała, że trwająca od 2001 roku walka najpierw o prawo do rodzinnego domu, a potem o fizyczne odzyskanie go, zmęczyła już ją i nadwyrężyła jej zdrowie.

- Nie wiem, czy dziś bym to wszystko na nowo zaczynała. Dużo zdrowia mnie to kosztowało, dużo nerwów - przyznała. Zapytana, gdzie czuje się u siebie, powiedziała bez wahania: "W Nartach. Tu jest inne powietrze, tu się znacznie lepiej czuję".

Trawny w rozmowie z PAP przyznała, że w miejscu zburzonego domu w Nartach chciałaby zbudować nowy dom i może nawet w nim zamieszkać. - Choć trochę się obawiam o bezpieczeństwo, żeby ktoś w nocy się nie zakradł, krzywdy nie zrobił - dodała. Zapewniła, że w Nartach wciąż ma wielu przyjaznych sąsiadów, znajomych i życzliwych jej osób. Dodała, że jeśli jej się to nie uda, to może dokonają tego jej urodzone w Polsce dzieci, które "też tu ciągnie, na każdy urlop jadą na Mazury".

Agnes Trawny wyjechała z Nart do Niemiec w latach 70., ma niemieckie obywatelstwo. Jej dom i ziemia przeszły na własność Skarbu Państwa, który oddał dom w Nartach w zarząd Lasom Państwowym, a te ulokowały w nim rodziny robotników leśnych - Moskalików i Głowackich.

Ówcześni urzędnicy nie zmienili jednak adnotacji w księgach wieczystych i przez lata to Trawny figurowała jako właścicielka domu i ziemi. Po latach sądowej batalii w 2005 roku przed Sądem Najwyższym Trawny - jako pierwsza obywatelka Niemiec - odzyskała ojcowiznę. Fizycznie rodzinny dom odzyskała w 2011 roku, gdy wyprowadziły się z niego - po kolejnych sądowych bataliach - rodziny robotników leśnych Moskalików i Głowackich.

Dowiedz się więcej na temat: Agnes Trawny

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne