Reklama

Reklama

Titanic na szynach

Orient Express, za sprawą Agathy Christie i kolejnych ekranizacji jej powieści, na stałe zagościł w popkulturze. Mało kto wie, że na stałe gości także w naszym kraju.

Luksusowy ekspres czeka na sygnał do odjazdu. Wagony barowe i salonowe złączono już z sypialnymi, razem tworzą długi skład. Wielojęzyczne napisy na ich burtach zwiastują daleką trasę. Przez otwarte okna przedziałów widać obite skórą wygodne fotele i drewniane meble. Ale zamiast gwizdka konduktora słychać jedynie szum wiatru, a krzaki porastające torowiska przy peryferyjnej bocznicy to nie perony dworców Paryża czy Wiednia, więc pociąg wciąż nie rusza. Już od lat niszczeje na prowincjonalnej stacji w Małaszewiczach.

Legendarny pociąg na bocznym torze

W listopadzie zeszłego roku do kin na całym świecie weszła kolejna ekranizacja powieści Agathy Christie "Morderstwo w Orient Expressie". Film, zachęcający gwiazdorską obsadą, zobaczyły też pewnie tysiące Polaków, ale raczej mało który z widzów podziwiających luksusowe wnętrza wagonów miał świadomość, że oryginalny skład pociągu od lat stoi porzucony na polsko-białoruskim pograniczu. Choć żałosny los legendy żelaznego szlaku wydaje się mieć więcej wspólnego z jakąś szaloną, filmową fikcją, jest niestety prawdziwy.

Reklama

- Orient Express utknął w Małaszewiczach prawie dziesięć lat temu - wyjaśnia Jacek Wnukowski z Biura Prasowego PKP Cargo S.A. (do jednej ze spółek Grupy PKP Cargo należą tory, na których stoją zabytkowe wagony). - Wcześniej skład ten obsługiwał turystyczne połączenia na terenie Rosji, m.in. trasę Moskwa-Władywostok. Właściciel pociągu popadł jednak w kłopoty finansowe, ale ze względu na upływ czasu trudno już mówić o szczegółach. Pociąg zdołał jeszcze wjechać przez Białoruś na teren Polski, ale Białorusini zatrzymali wózki wagonów o europejskim prześwicie toru, dlatego skład stoi na torze o rozmiarze 1520 mm, którego nitka pociągnięta jest do Małaszewicz. Jest to dodatkową trudnością w dysponowaniu tym składem, bo trudno przetoczyć go gdziekolwiek dalej.

Buty szurają o suche trawy, gdy wchodzi się na stromy, wysoki nasyp. Tutaj, na zardzewiałych torach, od lat dumnie stoi trzynaście ekskluzywnych, oryginalnych wagonów z lat 20. Wokół dość monotonny krajobraz torowisk przeładunkowej stacji - obecnie na platformach kolejowych idą tędy tysiące kontenerów z Chin. Małaszewicze to jeden z największych na świecie "portów lądowych" - kolejowych stacji towarowych. W dali zdewastowany i zamknięty budynek dworca osobowego w cieniu nieczynnej wieży wodnej. Na niekończących się torach postojowych - węglarki, wagony towarowe, cysterny pokryte cyrylicą lub częściej azjatyckimi znakami. Obok - niczym pamiątka w gablotce - relikt sprzed lat. Granatowa farba odchodzi płatami od toczonych korozją pudeł wagonów. W ocalałych szybach wagonowych okien odbijają się wiszące nisko ołowiane chmury, wolno przesuwane przez wschodni wiatr. Nad oknami napisy - Orient Express. Legenda kolejnictwa oraz po­pkultury, symbol "belle epoque" i relikt historii Europy kona, stojąc na obrzeżach przygranicznej stacji towarowej. Kolej nalicza opłaty za tor postojowy, z roku na rok należności rosną, ale nie bardzo wiadomo, kto, jak i kiedy ma je uiścić. A uregulowanie długów jest jednym z warunków, od których uzależniona jest przyszłość nietypowych wagonów.

- Obecnie kwestią dalszych losów pociągu zajmują się prawnicy - dodaje Jacek Wnukowski. - Udało się namierzyć właściciela składu, jest nią prywatna osoba, powiązana z firmą, która organizowała przed laty przejazdy retro po Rosji. Jest to dość skomplikowana kwestia. Rozważane są różne możliwości uregulowania tej patowej sytuacji, trudno jednak powiedzieć, jaki będzie jej dalszy rozwój. Jako pracownicy kolei mamy świadomość, że nie jest to zwyczajny skład, lecz także zabytek kolejnictwa. Wagony pochodzą z lat 20. ubiegłego wieku. Dlatego bocznicy pilnuje firma ochroniarska, gdyż zdarzały się przypadki kradzieży elementów wyposażenia wagonów i dewastacje. Co cenniejsze elementy wnętrz luksusowych wagonów zostały zabrane z ich pokładów i zdeponowane w magazynie. Były to emblematy Orient Expressu z burt wagonów, wyposażenie wagonów restauracyjnych, jak np. elementy zastaw stołowych czy meble.

Symbol epoki

Orient Express po raz pierwszy wyruszył w trasę w 1883 roku. Był oznaką tryumfu ówczesnej techniki i postępu, w symboliczny sposób łącząc Zachód ze Wschodem Europy. Ekspres kursował na trasie Paryż-Stambuł. Skład słynął z luksusowych wagonów sypialnych, ekskluzywnych wagonów barowych i salonowych, a także wykwintnych potraw serwowanych na ich pokładach. Na podróż w luksusie mogli sobie pozwolić jedynie możni ówczesnego świata. Z tych właśnie powodów Orient Express określany był mianem "Titanica na szynach". Podróż trwała trzy doby, a pociąg ten był jedynym transkontynentalnym środkiem komunikacji w owym czasie. Na przestrzeni lat trasa pociągu ulegała modyfikacjom, niektóre z wagonów odczepiano od głównego składu i doczepiano do innych dalekobieżnych pociągów, dzięki czemu mogły one docierać do miejsc oddalonych od głównej trasy. Losy przemierzającego Europę luksusowego składu splatały się z tragiczną i burzliwą historią kontynentu. Zmiany w rozkładzie jazdy Orient Expressu to niemal podręcznik historii współczesnej Europy. Fronty lat 1914-1918 unieruchomiły na francuskich dworcach tabor Orient Expressu, za to w jednym z jego ekskluzywnych wagonów restauracyjnych, o numerze 2419, podpisano kapitulację Niemców w Compiègne. Wagon ten wchodził wtedy w skład pociągu sztabowego marszałka Ferdynanda Focha. W tym samym roku pociąg wrócił na żelazne szlaki, prowadząc dodatkowo od 1930 roku wagony z Londynu, które do Francji docierały na pokładzie promu. To właśnie lata 30. uznawane są przez historyków kolei za złotą erę Orient Expressu. W tym czasie składy spod tego elitarnego szyldu jeździły aż trzema trasami przez Europę.

Gdy wśród pasjonatów kolejnictwa rozeszła się wiadomość o ekspresie, który utknął w Małaszewiczach, zaczęto snuć barwne scenariusze. Były głosy, aby ściągnąć go na południe Polski, wizjonerzy widzieli odremontowany pociąg wożący turystów malowniczymi górskimi trasami. Proponowano połączenie Chabówka-Nowy Sącz-Krynica, ktoś inny sugerował relację Zakopane-Nowy Sącz-Żegiestów-Muszyna; jeszcze inni oczyma wyobraźni widzieli legendarny skład zimujący w skansenie kolejnictwa w Chabówce...

- Kilka lat temu m.in. ze strony małopolskich samorządowców rzeczywiście pojawiły się pomysły, aby spróbować odkupić i wyremontować przynajmniej część wagonów z Małaszewicz - wyjaśnia Maciej Panasiewicz, naczelnik Sekcji Utrzymania i Napraw Taboru Zabytkowego w Chabówce. - Były też plany, by wagony te weszły w skład pociągu retro obsługującego lokalne trasy, choć od tego pomysłu się dystansowałem m.in. z uwagi na przystosowanie zasilania wagonów napięciem 3000 V z sieci trakcyjnej. Dokonaliśmy nawet wizji lokalnej. Wnioski były tyle brutalne co porażające - te wagony są znacząco zdekompletowane i zniszczone. Wiele szyb rozbito, co potęguje proces destrukcji wnętrz wagonów. Zarówno ich kondycja techniczna, jak i stan wyposażenia wnętrz przedstawiają obraz nędzy i rozpaczy. Wagony mają rozkradzione elementy podwozi, co uniemożliwia ich dopuszczenie do ruchu. Podzespoły istotne dla eksploatacji zostały rozkradzione albo zniszczone w wyniku działań sił przyrody. To nie są polskie wagony, więc problematyczne byłoby nawet pozyskiwanie części zamiennych. Wagony ogołocono z elementów wyposażenia, brakuje mosiężnych klamek, uchwytów, wieszaków, kranów przy umywalkach, czyli tzw. galanterii wagonowej, oraz elementów oświetlenia. Koszty renowacji byłyby horrendalne - wyprodukowanie nawet jednej mosiężnej klamki na wzór to kilkaset złotych, a gdzie cała reszta jak instalacje wodne, elektryczne, nagłośnienie, układ hamulcowy, stolarka wnętrz. Cały skład stoi od lat pod gołym niebem. W wyniku wieloletniej dewastacji pociąg ten nie przedstawia zbyt wielkiej wartości.

Wrzesień 1939 roku znów przerwał kursy pociągu, a w 1940 roku z kaprysu Adolfa Hitlera w tym samym wagonie restauracyjnym Francja podpisała kapitulację przed hitlerowskimi Niemcami. Zanim kolejna światowa hekatomba dobiegła końca i ekspres znów powrócił na żelazny szlak, niemieccy saperzy zniszczyli "restauracyjny nr 2419", wysadzając go w powietrze.

Rok 1945 przyniósł wznowienie kursowania Orient Expressu, ale jego sława już powoli gasła. Podzielona żelazną kurtyną Europa nie była zbyt przyjaznym miejscem dla idei pociągu łączącego w nieskrępowany sposób Wschód z Zachodem, ale tak naprawdę to nie komunistyczne reżimy spowodowały powolny upadek kolejowej legendy. Rozwój motoryzacji, a zwłaszcza coraz tańszych linii lotniczych, umożliwiający naprawdę szybkie podróże po Europie, zdeklasowały kolejowe ekspresy. Ekskluzywne, lecz drogie składy, majestatycznie pokonujące kontynent w ciągu kilku dni, zostały zepchnięte do lamusa. W latach 60. Orient Express kursował już nieregularnie, kres tego połączenia przyniosła kolejna dekada. Co ciekawe, jeszcze w latach 50. wagony Orient Expressu (choć nie cały skład) kursowały po polskich torach, realizując dość egzotyczne jak na realia PRL połączenia Warszawa-Rzym lub Warszawa-Stambuł.

Pociąg retro

Legendy takich pociągów jak Orient Express były na tyle silnie zakorzenione w ludzkiej świadomości, że w latach 80. połączenia te zaczęły wracać do łask - jednak już nie jako środek transportu, lecz w roli pociągów retro. Podróż stała się celem samym w sobie, nie sposobem dotarcia do celu. W 1982 roku na torach Zachodniej Europy pojawiły się wagony Orient Expressu wyremontowane przez milionera i entuzjastę kolei Jamesa Sherwooda. Wkrótce do oferty luksusowych ekspresów, umożliwiając romantyczną podróż w czasie, dołączyły m.in. "Royal Scotsman" kursujący w Wielkiej Brytanii i "Pride of Africa" przemierzający bezdroża w RPA. Składy te także złożone są z oryginalnego taboru z lat 20. i 30. Choć koszty takiej wyprawy są znaczne, wciąż znajdują się chętni, którzy gotowi są zapłacić za przygodę na kolejowym szlaku bajońskie sumy.

Tymczasem pochodzące z tej samej epoki oryginalne wagony, które utknęły w prowincjonalnych Małaszewiczach, z roku na rok niszczeją coraz bardziej, wystawione na działanie sił natury oraz niszczycielską aktywność wandali. Choć dawny właściciel zadał sobie przed laty trud poszukiwania tego taboru po całej Europie, by skompletować legendarny skład i tchnąć w niego życie, dawno porzucił już tę ideę, jak i sam pociąg.

- Dla takich wagonów, z drewnianym wnętrzami, drewnianym wyposażeniem, kilka lat bez okien, i to w bezruchu pod gołym niebem to wyrok - dodaje Maciej Panasiewicz. - W obecnej chwili można powiedzieć wprost, że to wraki. Jaka będzie ich przyszłość? A kto to może wiedzieć. Stan własnościowy wagonów jest skomplikowany, nawet jeśli gdzieś jest właściciel, to najwyraźniej nie ma zamiaru się przyznawać do tych wagonów, bo musiałby uregulować gigantyczne zobowiązania finansowe. Poza tym - gdyby rzeczywiście opłacalne było odkupienie tych wagonów i ich renowacja - to ten skład nie stałby gdzieś na końcu świata, tylko jeździł po Europie. To, że nikt go nie chce - najlepiej świadczy o jego realnej wartości. W mojej opinii dużo ważniejsze, z punktu widzenia zachowania polskiego dziedzictwa kolejowego, jest pozyskanie i remont wagonów z lat 60. i 70. XX wieku. Obecnie są masowo kasowane i tym samym pozbawiane perspektyw na zachowanie kilku egzemplarzy dla potrzeb kolejowych przewozów historycznych.

W dzisiejszych czasach, odnalezienie zabytkowego samolotu, czołgu czy innego pojazdu zalegającego w bagnie lub rzece, zazwyczaj skutkuje akcją wyciągnięcia takiego wraku celem ocalenia maszyny. Wagony w Małaszewiczach nie leżą na dnie rzeki czy jeziora. Mimo to, czarno na białym widać, że nikt ich nie chce i nie potrzebuje. Wydaje się więc, że lodową górą dla "Titanica na szynach" stał się polsko-białoruski terminal towarowy.

Tomasz Bienek

Entuzjasta historii obu wojen światowych, kolekcjoner żołnierskiego ekwipunku z lat 1914-1945, miłośnik fantastyki i fan rockowej muzyki, polskich gór i polskiego morza. Z wykształcenia humanista, z doświadczenia zawodowego - reporter w prasie codziennej. Autor rubryki "Wojna od kuchni" w miesięczniku "Odkrywca". Wyznawca maksymy wyśpiewanej przez Marka Grechutę: "ważne są dni, których jeszcze nie znamy".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje