Reklama

Reklama

​SN uchylił wyrok w sprawie dziennikarza Wojciecha Biedronia

Sąd Najwyższy uchylił w środę (2 września) wyrok wymierzający grzywnę dziennikarzowi portalu wPolityce.pl Wojciechowi Biedroniowi w związku z jego artykułem na temat ówczesnego sędziego Wojciecha Łączewskiego. Sprawa wróci do ponownego rozpoznania przez sąd II instancji.

Tym samym Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych SN podzieliła część argumentacji ze skargi nadzwyczajnej prokuratora generalnego, w której zawnioskował on o uchylenie wyroku skazującego dziennikarza na karę grzywny za pomówienie sędziego i o uniewinnienie dziennikarza od zarzuconego mu czynu.

Reklama

SN uznał zasadność jednego z dwóch zarzutów podniesionych przez PG w skardze nadzwyczajnej. - Ta sprawa dotyczy kwestii istotnej, ogniskują się w niej pytania o wzajemne relacje pomiędzy wolnością wypowiedzi i prawem społeczeństwa do bycia informowanym, a z drugiej strony prawem do godności i dobrego imienia - przyznał sędzia Krzysztof Wiak w uzasadnieniu wyroku SN.

Akt oskarżenia w 2016 roku

Sprawa dotycząca dziennikarza portalu początek przed sądami miała, gdy sędzia wystąpił w listopadzie 2016 r. z prywatnym aktem oskarżenia. Sąd I instancji w lipcu 2018 r. uznał dziennikarza za winnego na podstawie art. 212 Kodeksu karnego mówiącego o zniesławieniu i wymierzył mu 25 tys. zł grzywny. Po apelacji obrońcy Sąd Okręgowy w Łodzi w lutym 2019 r. złagodził wyrok i zmniejszył grzywnę do 3 tys. zł.

W procesie chodziło o publikacje na temat sędziego Łączewskiego, który poprzez portal Twitter miał nawiązać prywatną korespondencję z osobą, którą wziął za dziennikarza Tomasza Lisa, i namawiać do przyjęcia nowej strategii w politycznej walce z rządem.

Sąd okręgowy uznał, że dziennikarz pomówił sędziego "o właściwości, które mogły go narazić na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu sędziego poprzez nieprawdziwe wskazanie, że wobec pokrzywdzonego toczy się postępowanie dyscyplinarne" oraz sugerowanie, że w związku z medialnymi doniesieniami na temat kontaktów z dziennikarzem sędzia został przeniesiony z wydziału karnego do wydziału cywilnego.

W uzasadnieniu skargi nadzwyczajnej wskazano m.in., że przeniesienie sędziego do orzekania w innym wydziale miało "bezpośredni związek czasowy i merytoryczny z doniesieniami medialnymi na jego temat".

Wyjaśnienie SN

W środę SN przypomniał jednak, że sąd okręgowy na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego przyjął jednak, że sędzia Łączewski "już od dłuższego czasu nosił się z zamiarem przejścia do wydziału cywilnego" i składał dwukrotnie podanie o to przeniesienie. - Uznanie skargi nadzwyczajnej za zasadną wymagałoby wykazania, że sąd krańcowo pobłądził, a jego ustalenia są w sposób oczywisty sprzeczne z tym materiałem dowodowym, którym sąd dysponował. W tym przypadku tak powiedzieć nie możemy - zaznaczył sędzia Wiak, odnosząc się do pierwszego z zarzutów skargi nadzwyczajnej.

W skardze nadzwyczajnej zarzucono ponadto, że "za niesłuszne należy uznać również zajęte przez sądy obu instancji stanowisko, iż nieprawdziwe wskazanie przez oskarżonego, że wobec pokrzywdzonego toczy się postępowanie dyscyplinarne, stanowi pomówienie". Biedroń mówił w zeszłym roku, że sąd II instancji przyznał mu rację. - Problem jednak polega na tym, że użyłem określenia, że przeciwko Łączewskiemu toczy się postępowanie dyscyplinarne. Tymczasem to nie było postępowanie dyscyplinarne, ale postępowanie wyjaśniające - podkreślał.

- Różnice między postępowaniem wyjaśniającym i dyscyplinarnym są niewątpliwie znane osobom obeznanym z tą materią i istotne dla tej osoby, której jedno z tych postępowań dotyczy bezpośrednio. Nie stanowią one natomiast wiedzy powszechnej i nie jest niczym niezwykłym posługiwanie się "ogólną" nazwą "postępowanie dyscyplinarne" także wtedy, gdy postępowanie wyjaśniające nie weszło jeszcze w tę fazę - wskazywał w swej skardze PG.

Temu drugiemu zarzutowi SN przyznał rację. Jak zaznaczył sędzia Wiak, nie istnieje ujednolicona definicja "postępowania dyscyplinarnego". - Jeśli sami prawnicy stosują te terminy często zamiennie (...), to tym bardziej wydaje się, że dopuszczalne jest posługiwanie się taką konwencją i terminologią przez osoby, które nie są prawnikami - powiedział. Dlatego w ocenie sądu - w odniesieniu do tego aspektu - wnioski sądu okręgowego były sprzeczne z zebranymi dowodami.

Wcześniej SN podczas blisko trzygodzinnej rozprawy wysłuchał stron procesu. "Ktoś wykonujący zawód dziennikarza musi to robić odpowiedzialnie (...) a błędy i pomyłki wymagają jak najszybszego sprostowania. Dziennikarz musi używać starannego języka wypowiedzi, a w tej staranności nie mieści się mylenie postępowania wyjaśniającego z dyscyplinarnym" - mówił Łączewski. Jak dodawał, dziennikarz nie podjął trudu weryfikacji podanych informacji oraz próby kontaktu z nim.

Tłumaczenie Biedronia

Z kolei Biedroń przed SN podkreślał, że "art. 212 Kk to relikt, a Łączewski użył tego narzędzia, bo myślał, że zamknie dziennikarzom usta". Jego obrońca mec. Dariusz Pluta pytał, czy formalna pomyłka jego klienta ma "skutkować uczynieniem z niego przestępcy". Sprawę określił, jako "obronę przez atak" ze strony Łączewskiego.

Prokuratura Krajowa w komunikacie po orzeczeniu SN zaznaczyła, że SO zmieniając wyrok I instancji "wyeliminował większość zarzutów opisanych w prywatnym akcie oskarżenia oraz wyroku I instancji jako niemających charakteru pomówień". - Wyeliminował z opisu czynu stwierdzenia o składaniu przez sędziego fałszywych zeznań, prowadzeniu przez niego swoistej gry z prokuratorami i rzecznikiem dyscyplinarnym, stosowaniu prawniczych trików i uników oraz stwierdzeń takich jak "skompromitowany sędzia" - zaznaczyła PK.

Przeciwko skazaniu Biedronia protestowało w lutym ubiegłego roku m.in. Centrum Monitoringu Wolności Prasy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, w ocenie którego wyrok naruszył "fundamentalną dla ustroju demokratycznego zasadę wolności słowa".

Łączewski był sędzią znanym m.in. z tego, że pięć lat temu orzekał w składzie sędziowskim, który skazał byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego na trzy lata więzienia, uznając m.in., że ten przekroczył uprawnienia i prowadził nielegalne działania operacyjne CBA w "aferze gruntowej". Później orzekał w wydziale cywilnym sądu rejonowego. Jesienią zeszłego roku poinformowano, że Łączewski zrzekł się urzędu sędziego, a rezygnację określał jako znak sprzeciwu wobec "niszczenia wymiaru sprawiedliwości w imię partyjnego interesu".

Instytucja skargi nadzwyczajnej została wprowadzona ustawą o SN, która weszła w życie w kwietniu 2018 r. Przewiduje ona m.in. możliwość składania do Sądu Najwyższego takich skarg na prawomocne wyroki polskich sądów z ostatnich 20 lat. Dotychczas SN do rozstrzygnięcia otrzymał kilkadziesiąt skarg nadzwyczajnych - najwięcej złożył ich właśnie prokurator generalny.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje