Reklama

Reklama

Rząd na spowolnienie czy kryzys?

W piątkowy wieczór większość obserwatorów skupiła się na ministerialnym podziale tek i kandydatach na ministrów w nowym rządzie Mateusza Morawieckiego. Nieco z boku – dosłownie i w przenośni – pozostał prezes PiS Jarosław Kaczyński i jego "słowo wstępne" wygłoszone po posiedzeniu komitetu politycznego partii, a określające w jakich warunkach przyjdzie nowemu-staremu gabinetowi funkcjonować.

Usłyszeliśmy więc od Jarosława Kaczyńskiego, że "rząd ma charakter kontynuacyjny i to kontynuacja dobrej zmiany" oraz że przez cztery kolejne lata "chcemy zrobić wszystko, żeby sytuacja Polaków była lepsza, począwszy od sytuacji materialnej, a skończywszy na ochronie zdrowia, sprawach bezpieczeństwa i łatwości poruszania się". Warto zapamiętać tę kolejność: najpierw sytuacja materialna, a dopiero potem ochrona zdrowia.

Reklama

Ale jeszcze ciekawsze były kolejne zdania z wypowiedzi prezesa PiS: "Chcemy dokonać postępu i odeprzeć niebezpieczeństwa, które mogą się pojawić związane z możliwym poważniejszym spowolnieniem gospodarczym, bo nie chcę używać słowa kryzys, bo to spowolnienie rzeczywiście teraz następuje. Mamy plany, aby skutki tego spowolnienia były w Polsce żadne albo zupełnie minimalne i temu ma służyć też skład rządu".

To chyba pierwsza, choć zawarta w niecałych dwóch minutach, tak wyraźna komunikacja "spowolnieniowo-kryzysowa" wypowiedziana przez lidera partii tworzącej koalicję rządową. Bo oczywiście mamy w Polsce cały czas solidny wzrost gospodarczy, choć wolniejszy niż parę kwartałów wcześniej. Czyli owo spowolnienie. I choć prezes zastrzega, że niewłaściwe jest słowo kryzys, to jednak ono się pojawia. I wyraźnie mówi też o "odpieraniu niebezpieczeństw", które np. mogą dotrzeć do polskiej gospodarki choćby zza zachodniej granicy.

W ten sposób prezes PiS wysłał sygnał do polityków koalicji rządowej pokazujący im, że druga kadencja może być zdecydowanie trudniejsza niż pierwsza, którą - od gospodarczej strony - charakteryzowały: szybki wzrost gospodarczy, wysoka dynamika budżetowych wpływów, spadające bezrobocie, stabilny złoty czy bardzo niskie deficyty w finansach publicznych (nie wdając się w analizę przyczyn tych zjawisk).

To już nie jest też czas na nowe pomysły zwiększające budżetowe wydatki, zdaje się mówić do polityków, ale i wyborców, Jarosław Kaczyński. A tym ostatnim sporo już obiecano, by wskazać choćby 500+ na pierwsze dziecko, trzynastkę i czternastkę dla emerytów i rencistów, brak podatku dla pracowników do 26. roku życia, obniżkę PIT z 18 do 17 proc., "mały ZUS", o budowie 100 obwodnic i równych dopłatach z UE dla rolników nie wspominając. Część z tych zapowiedzi została już zrealizowana, a apetyt wyborców na nowe programy tylko rozbudzać mogły kolejne komunikaty rządzących o sukcesach w walce z mafiami VAT, co miało dotąd pozwalać na zwiększanie budżetowych wpływów i finansowanie kolejnych programów jak owo 500+ czy emerytalna trzynastka.

Widać zatem, że przekaz zdecydowanie się zmienił, ale - z drugiej strony - jak zauważyła część ekonomistów - pomysły PiS z kampanii wyborczej mogą się okazać polskim pakietem stymulacyjnym - lekiem na spowolnienie. Zdecydowanie łatwiej jednak dystrybuować kolejne 500+ niż przeprowadzić wymagającą i ryzykowną politycznie reformę służby zdrowia czy edukacji (obywateli zasilonych 500+ bardziej stać na prywatnego lekarza czy szkolę - stąd najpierw sytuacja materialna, a dopiero potem ochrona zdrowia w wypowiedzi prezesa PiS). Ale teraz, co zdaje się sugerować sam Jarosław Kaczyński - nadchodzi czas próby.

Paweł Czuryło


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje